Oświecenie w epoce cenzury

Dariusz Matuszak

Doceniasz tę treść?

Za sprawą kilku wydarzeń walka z wolnością słowa i zaprowadzanie powszechnej cenzury nabierają w nowym roku gwałtownego przyspieszenia. W Polsce wiemy o zaprowadzeniu przez Facebook cenzorskiego zapisu na Konfederację. To mechanizm znany z reżimów komunistycznych, w tym z PRL, polegający na tym, że blokowano publikację nie tyle konkretnych, niepodobających się reżimom treści, ale wszelkich od danego autora pochodzących. Przestawał on dla świata istnieć. W wirtualnym universum Facebooka Konfederacji już zwyczajnie nie ma i jest tak, jakby jej nigdy nie było. O tym jednak później.

Najpierw zajmę się mym ulubieńcem, Jego Gówniarskością Prezydentem Francji. Być może wielu z Państwa ten termin wyda się niestosowny. Otóż ja tylko twórczo rozwinąłem słowo, którego używa sam Emmanuel Macron w stosunku do części swych poddanych. Jak powiedział w wywiadzie dla „Le Parisien”, chce ich „emmerde”, czyli „obgównić”, życie im „usrać”. W Polsce lizuskowate i poprawne media przetłumaczyły to, że chce „wkurzyć” nieszczepionych, „utrudnić im życie”. To takie słodko pierdzące tłumaczenie słowa „merde”. (Jak historia odpowiedzi jednego z dowódców napoleońskiej gwardii, generała Pierre’a Cambronne, której miał udzielić Brytyjczykom pod Waterloo, na propozycję poddania się. Wedle pompatycznej, rozpowszechnionej przez dziennikarza prasowej wersji, Cambronne miał im powiedzieć „Gwardia umiera, ale nigdy się nie poddaje”. Wedle świadków – żołnierzy, rzekł dosadnie: merde – gówno).

Ale, ale bo za dużo, co by tam Macron dokładnie nie powiedział był, to zbliżają się kwietniowe wybory i on przerażony jest, bo poparcie dla niego spływa jak woda do studzienki ściekowej. Wymyślił więc sposób, by studzienka – szanse wyborcze wybiły do góry. W tym celu straszy przeciwników politycznych, grozi im sądami i zapowiada jeszcze ostrzejsze egzekwowanie cenzury i ograniczanie wolności wypowiedzi. W wygłoszonym przemówieniu prezydent odniósł się do przygotowanego dla potrzeb kampanii wyborczej raportu „Oświecenie w epoce cyfrowej”, z którego wynika m.in. że w 2017 roku zaatakowali go ruscy trolle (może ci sam z wioski w Macedonii Północnej, co wykończyli Clintonową). Prezydent oznajmił, że szerzyciele fake newsów naruszających porządek i narażających debatę publiczną powinni być pociągani do odpowiedzialności i stawiani przed sądem. To mają umożliwić nowe przepisy, także te, nad którymi pracuje obecnie Unia. Karane miałyby być nie tylko osoby, ale też platformy internetowe. (Jest już dobry zastraszający wzór z Niemiec – do 50 milionów euro kary za kłamanie niezgodne z obowiązującą ideologią i linią polityczną).

Od wiosny 2021 roku we Francji działa specjalna agencja zajmująca się zwalczaniem dezinformacji powielanej także przez media zagraniczne. Im również Macron pogroził i powiedział: Te same zasady muszą dotyczyć mediów zagranicznych, które otrzymały pozwolenie na działalność we Francji. Musimy nauczyć się chronić przed zagraniczną ingerencją. (Prezydencie Dudo, śmiało, pamięta Pan słowa: Dał nam przykład Bonaparte? To z hymnu. Być może Panu Macron przykład daje… Tylko żartuję. Nie należy się na nim wzorować).

Szef owej komisji, socjolog i ideolog cenzury, Gerard Bronner ogłosił, że to wszystko dla dobra obywateli, bo cenzorskie przepisy: muszą ograniczyć jedynie te treści, które zagrażają demokracji, muszą odstraszać i sankcjonować szkodliwe zachowania.

Nowe przepisy nie wejdą przed wyborami w życie, ale nie o to chodzi. Macron jasno sformułował wytyczne dla platform internetowych i wszyscy wiedzą, komu grozi. Tylko się wychylcie. Nie na darmo nasz wielki poeta noblista Czesław Miłosz proroczo pisał: spisane będą czyny i rozmowy.

Tego samego dnia, w którym Macron pogroził przeciwnikom politycznym, 80 cenzorskich organizacji z całego świata, w tym polska – Demagog, zażądało od YouTube’a jeszcze ostrzejszej walki z wolnością słowa, swobodą ekspresji, wypowiedzi. Owi samozwańczy cenzorzy zajmują się tzw. fact-checkingiem (polscy cenzorzy są tak prymitywni, że nie potrafią nawet wymyślić nazwy dla swej działalności, tylko małpują Anglosasów), czyli z racji jakiegoś boskiego objawienia, czy wyższej formy oświecenia mówią ludziom, co jest prawdą, a co nie. No i nie podoba im się to, że YouTube nie dość szybko wolność słowa zwalcza i za słabo korzysta z ich pomocy.

Tu kilka słów wyjaśnienia. Mamy jakiś tam wolny rynek więc urzędy cenzury nie są już państwowe, tylko prywatne, a sam proces weryfikowania i usuwania nieprawidłowych treści jest zdecentralizowany. W PRL mieliśmy jeden Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Kwatera główna była na Mysiej w Warszawie, a po całym kraju rozsiane były posterunki prawdy pilnujące. Zatrudnieni w nich cenzorzy czytali wszystko, co miało zostać opublikowane, oglądali każdy spektakl, film słuchali każdej piosenki etc. i decydowali czy wolno emitować, pokazywać, drukować etc. Na końcu była redakcja pisma, która usuwała artykuł, teatr odwołujący premierę, wydawnictwo wrzucające maszynopis na wieczność do szuflady, telewizja odkładająca taśmę z programem, widowiskiem, filmem na półkę, a radio z audycjami piosenkami etc.

Dziś są prywatni cenzorzy, choć nieraz biorą pieniądze z budżetów państwa, jak choćby Demagog finansowany przez rząd amerykański, czy norweski (czujecie to Państwo, za pieniądze amerykańskiego rządu ktoś decyduje, co w Polsce jest prawdą i co można publikować, a co nie) i działają w rozproszeniu, bo cenzorskich instytucji jest wiele i teoretycznie każdy może się cenzorem obwołać, a kto sprytniejszy to załapie się na jakiś unijny grant, pieniądze, od jakichś fundacji, prywatnych firm, rządów etc. Jest tego mnogość tak, jak różnych organizacji blokujących inwestycje, drogi, ulice, wycinki w lasach. Ci współcześni cenzorzy/weryfikatorzy sprawdzają post factum i orzekają, co w ich mniemaniu prawdą jest, a co nie i napuszczają platformy społecznościowe – Twitter, YouTube, Facebook etc., a te, jak kiedyś redakcje gazet, dane treści usuwają.

No i okazuje się, że cenzorzy, kontrolerzy prawdy nie są zadowoleni z tego, jak działa firma, której szefuje pani Susan Wojcicki, czyli YouTube, więc do niej bezpośrednio się zwrócili. YouTube jest jednym z głównych kanałów dezinformacji online na całym świecie. Jest to źródłem poważnego zaniepokojenia dla naszej globalnej społeczności weryfikatorów faktów. Nie dostrzegamy znaczących wysiłków ze strony YouTube, aby wdrożyć zasady, które rozwiązałyby ten problem. Wręcz przeciwnie: YouTube pozwala wykorzystywać swoją platformę przez pozbawione skrupułów podmioty do manipulowania i wykorzystywania ludzi oraz organizowania się i zbierania funduszy – napisali kontrolerzy

Dalej cenzorska międzynarodówka podaje przykłady. Otóż nie podoba się, co jest wypisywane po grecku, arabsku i na Filipinach, na Tajwanie, to, że jakieś teorie spiskowe przeniosły się z Niemiec, do Hiszpanii, a potem do Ameryki Łacińskiej, a także to, jak czasami opisywane są ubiegłoroczne rozruchy w Waszyngtonie na Kapitolu

I to jest wstęp do postawienia kilku żądań. Chodzi o to, by we wskazanych przez cenzorów, przypadkach YouTube opatrywał to, co publikuje komentarzami, informacjami, treściami dostarczanymi przez nich, bo wtedy odbiorcy dowiedzą się co prawda, a co nie. Międzynarodówka walki z wolnością słowa podpowiada też, platformie, by zamiast całkowicie usuwać czyjeś kanały, jak to prymitywnie robi Facebook, posłużył się raczej algorytmami i sprawiał, by nikt treści od nieprawidłowych autorów nie zobaczył. Chodzi także o: zwiększenie aktualnych i przyszłych wysiłków przeciwko dezinformacji w językach innych niż angielski.

Wszytko to lipa, blaga na wielkim łgarstwie oparta i prawdopodobnie chodzi tylko o pieniądz. Cenzorzy chcą wymusić na YouTube, by oddał im swoją część tortu, a oni będą pomagać decydować o tym, co prawdą jest, a co nie. Pod listem z żądaniami podpisało się 80 cenzorskich organizacji ze świata i na tym między innymi oszustwo polega. Powiedzmy sobie szczerze: Demagog nie ma bladego pojęcia kto, co po grecku albo na Filipinach, czy Tajwanie wypisuje, a mimo to bezczelnie się w tej sprawie wypowiada. Podobne cenzorzy z Gruzji Senegalu, Burkina Faso, Macedonii Północnej, Bangladeszu, Sierra Leone i kolejnych kilkudziesięciu innych, jak cenzor Dubava z Nigerii nic, kompletnie nic nie wiedzą, co się na Tajwanie pisze, a cenzorzy z Demagoga nie wiedzą na temat tego, czy jakiś lek na raka jest fałszywy, czy nie jest. A mimo to cenzorzy z takiej też Mongolii piszą, jakby wiedzieli, co jest na raka, co nie, czy jacyś Grecy nakłamali, czy nie. Oszuści nie wiedzą. Te przykłady z całego świata, ta masa podpisujących się pod żądaniem biur cenzorskich ma tylko sprawić wrażenie jakiejś siły, zbudować złudzenie, że chodzi o jakiś globalny problem, ale także lokalny na Tajwanie, a Demagog z Polski i Chequado z Argentyny go rozwiążą.

Kontrolerzy zażądali spotkania z Wojcicki i można się domyślać, że postawią kolejne roszczenia. Nie żal mi YouTube’a, ale nie jest mi wcale obojętne czy ulegnie żądaniom samozwańczych kontrolerów prawdy i zacznie im coś zlecać za pieniądze. Rozwinie się bowiem może nowy model biznesowy, jak w przypadku organizacji niby ekologicznych, którym trzeba się opłacić, zanim się szpadel w ziemie wbije. Wyciągną pieniądze od YouTube’a i będą dalej się rozglądać. Jesteśmy świadkami powstawania cenzorskiego przemysłu, nowego biznesu. Nadciąga pełne „Oświecenie w erze cyfrowej”, a zapewnią je nam m.in. Macron i albański kontroler Faktoje.

O tym, jak owo oświecenie będzie wyglądać, przekonujemy się teraz w Polsce. Facebook zablokował konta Konfederacji. Zniknęła ona z jego świata, także cała jej przeszłość, historia, każdy wpis, zdjęcie, publikacja i setki tysięcy kontaktów, miliony wpisów od komentatorów. Nie zostało nic. Wymazano do cna, jak Jeżowa ze zdjęć ze Stalinem. Jakby Konfederacja nie istniała. Zlekceważono usunięcie 2 lata temu Korwina i to się mści. Przez 30 lat wolnej Polski mógł sobie opowiadać, co tam chciał – głupio, mądrze, paskudnie i my wolni ludzie mający własne osądy żyliśmy z tym. Aż przyszła amerykańska korporacja i go skasowała. W imieniu pilnującej globalnych porządków firmy, zrobili to jacyś zarządzający jej polską prowincją cenzorzy, praktycznie anonimowi, o których nikt nic nie wie.

I co po wymazaniu konta z setkami tysięcy ludzi? A nic, cisza, media nie grzmią, protesty są miałkie, a niektórzy jak towarzysz Śmiszek cieszą się. Ten osobnik już zapowiada, że za tzw. homofobię należy do więzienia wsadzać. Inni debile radują się skrycie, bo sądzą, że jakaś tam konkurencja polityczna znika. Bez złudzeń, nie zabiorą też głosu media tradycyjne, głównego nurtu. Żadna żenująca akcja przemalowywania się na czarno nie wydarzy się, bo one wspierają cenzurę w mediach społecznościowych. Pisałem o tym wielokrotnie. Media społecznościowe są dla nich konkurencją i odbierają pieniądze. Rywalizują też o rząd dusz, a przecież stare korpo media chcą decydować o tym, kto rządzi, bo władcy zapewniają im ich uprzywilejowaną pozycję. Media są wolne tylko w sensie takim, że nie są bystre.

Konfederacja broni się głupio, wręcz żenująco. Próbuje jakichś lichych sztuczek z nowymi kontami, tłumaczy się pokornie, z tego, co opublikowała. Otoczyła się pewnie tabunem ssących pieniądz prawników, którzy doradzają takie i owakie kroki. Wszystko to bez znaczenia, bo żadne pióro mecenasa nie przemoże pały nabitej gwoździami, gdyż walka nie jest na argumenty, przepisy, prawdę, racje, tylko na pięści, kastety i jedynie spryt i brutalna siła zdecydują o powodzeniu.

Jest jedno fundamentalne nieporozumienie, niezrozumienie w całej tej sprawie. Otóż nie chodzi o Konfederację, a przynajmniej w niewielkim stopniu. Nie chodzi też o byty polityczne, które rozumieją, że dziś Konfederację wyrznięto, a jutro je spotka taki sam los. Chodzi o nasze prawa. Facebook nas zaatakował, nam odebrał wolność słowa. Nam, czyli tym wszystkim, którzy są jego użytkownikami, a przynajmniej kilkuset tysiącom osób, które śledziły konto Konfederacji. Arogancka, cyniczna, zakłamana korporacja decyduje o tym, co setki tysięcy, jeśli nie miliony Polaków mogą czytać, a co nie. Co oglądać, a co nie, co jest dla nas „dobre”, a co nie. To jest bezczelna napaść na nasze wolności, to jest odbieranie naszych praw, a nie Konfederacji.

Jakieś opowieści o regulaminach, to brednie dla wiecznych zabaw prawniczych, uprawiania sofistyki, ukrywania istoty sprawy. Nic do rzeczy nie ma też porównywanie do sprawy drukarza, który odmówił usługi, czy restauratora, który nie chce wpuścić pijanego gościa. Facebook jest monopolistą i działa też jak firma infrastrukturalna, która nie ma prawa odmówić świadczenia usług. Tak jak telefonia komórkowa nie ma prawa nas odłączyć, bo nie podoba jej się, o czym rozmawiamy, Nie będę odwalał roboty za prawników, ale wszystko jest zapisane. Jako firma infrastrukturalna nie ponosi odpowiedzialności za rozpowszechniane za jej pośrednictwem treści, ale przez to nie ma prawa w nie ingerować.

Kilka miesięcy temu przysłuchiwałem się w Świetlicy Wolności dyskusji o cenzurze. Jerzy Kisielewski opowiadał, jakie jego tata miał kłopoty z cenzurą, jak z nią walczył. Ale znów – to nie Kisiel był tak naprawdę ofiarą, tylko całe społeczeństwo pozbawiane jego książek i pism. Dokładnie tak samo jest dzisiaj. Facebook wypowiedział cenzorską wojnę nie jakiejś partii politycznej, jakimś pojedynczym nieprawomyślnym komentatorom. To jest wypowiedzenie wojny nam i reakcja do tego powinna być adekwatna.

Państwo polskie i my wolni obywatele mamy sposoby, środki, by ukrócić panoszenie się pysznych, zagranicznych korporacji, które atakują nasze wolności, prawa i demokrację. Paleta działań jest bardzo szeroka, ale potrzeba odwagi, wyobraźni, konsekwencji, by je zastosować. Nie będę się o nich rozpisywał, choć dokładnie, krok po kroku wiem, co bym zrobił. Na żadną Unię nie ma się co oglądać.

A na końcu, gdyby już nic nie pomogło, to zostaje opcja atomowa. Otóż, proszę Państwa, pełno jest w Polsce polityków, którzy są oświeceni i stanowczy jak Macron, w telewizorach roi się od odważnych i naukowo uświadomionych w pełni europejskich jak premier Holandii Mark Rutte, czy światowych jak premier Australii Scott Morrison. Pozamykaliby więc jak ci wielcy mężowie stanu szkoły, restauracje, muzea, stadiony, sale sportowe, kluby, hotele, ludzi w obozach sanitarnych. A ja nie. Ja proszę Państwa jestem jak Muhhamadu Buhari. Ten dzielny prezydent Nigerii zamknął Twittera i żadne wrzaski i lamenty Unii, Kanady i Stanów Zjednoczonych nie pomogły. Potrzymał go tak w zamknięciu 7 miesięcy, aż Twitter zmiękł i zobowiązał się płacić podatki, a także jak napisano w oświadczeniu działać z poszanowaniem dla nigeryjskiego prawa, kultury oraz historii.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Czy Republikanie nie chcą pomagać Ukrainie?

Jeszcze pod koniec stycznia, miesiąc przed napaścią Rosji na Ukrainę, na konferencji prasowej prezydent Joe Biden mówił, iż „mały najazd” spowoduje dla kremlowskiego reżimu „małe