Klient nasz pan

Klient nasz pan

Doceniasz tę treść?

Do sklepu wszedł pierwszy gość: kobieta ubrana w salopę i chustkę na głowie, żądająca mosiężnej spluwaczki… Pan Ignacy bardzo nisko ukłonił się jej i ofiarował krzesło, a pan Lisiecki zniknął za szafami i wróciwszy po chwili, doręczył interesantce ruchem pełnym godności żądany przedmiot. Potem zapisał cenę spluwaczki na kartce, podał ją przez ramię Rzeckiemu i poszedł za gablotkę z miną bankiera, który złożył na cel dobroczynny kilka tysięcy rubli. […]

Do sklepu wszedł drugi gość i zażądał kaloszy. Naprzeciw niego wysunął się Mraczewski.

– Kaloszyków żąda szanowny pan? Który numerek, jeżeli wolno spytać? Ach, szanowny pan zapewne nie pamięta! Nie każdy ma czas myśleć o numerze swoich kaloszy, to należy do nas. Szanowny pan pozwoli, że przymierzymy?… Szanowny pan raczy zająć miejsce na taburecie. Paweł! Przynieś ręcznik, zdejm panu kalosze i wytrzyj obuwie…

Wbiegł Paweł ze ścierką i rzucił się do nóg przybyłemu.

– Ależ, panie, ależ przepraszam!… – tłumaczył się odurzony gość.

– Bardzo prosimy – mówił prędko Mraczewski – to nasz obowiązek. Zdaje mi się, że te będą dobre – ciągnął, podając parę sczepionych nitką kaloszy. – Doskonałe, pysznie wyglądają; szanowny pan ma tak normalną nogę, że niepodobna mylić się co do numeru. Szanowny pan życzy sobie zapewne literki; jakie mają być literki?…

– L. P. – mruknął gość, czując, że tonie w bystrym potoku wymowy grzecznego subiekta.

– Panie Lisiecki, panie Klejn, przybijcie z łaski swojej literki. Szanowny pan każe zawinąć dawne kalosze? Paweł! Wytrzyj kalosze i okręć w bibułę. A może szanowny pan nie życzy sobie dźwigać zbytecznego ciężaru? Paweł! Rzuć kalosze do paki… Należy się dwa ruble kopiejek pięćdziesiąt… Kaloszy z literkami nikt szanownemu panu nie zamieni, a to przykra rzecz znaleźć w miejsce nowych artykułów dziurawe graty… Dwa ruble pięćdziesiąt kopiejek do kasy, z tą karteczką. Panie kasjerze, pięćdziesiąt kopiejek reszty dla szanownego pana…

 

Proszę wybaczyć ten długi cytat, ale klasykę cytować zawsze warto. To oczywiście „Lalka” Bolesława Prusa i opis rządów starego subiekta, Ignacego Rzeckiego, w sklepie Stanisława Wokulskiego, zawarty w rozdziale II powieści.

Nie muszę przypominać, że Rzecki jest u Prusa synonimem solidności, rzetelności i kupieckiej obowiązkowości. To na nim spoczywa bieżące funkcjonowanie sklepu Wokulskiego, to on dba, żeby obsługa była należyta, to on pilnuje spraw finansowych i zaopatrzeniowych. Jest opoką i fundamentem. Jest wzorem z Sèvres pilnego i porządnego pracownika handlu.

Ciekaw zatem jestem, jak relacje panujące między subiektami a klientami sklepu mieszczącego się w powieści niedaleko Placu Zamkowego skomentowaliby pracownicy sieci sklepów Spar (południowoafrykańska firma, która przejęła placówki polskiej sieci Piotr i Paweł), których oburzyła kampania reklamowa ich firmy. A dokładnie – oburzyło ich użyte w niej hasło „Klient nasz pan”.

W materiale w serwisie Wirtualne Media możemy przeczytać, jak niektórzy pracownicy zatrzęśli się z oburzenia.

„Jako kasjerka i osoba pracująca w handlu jestem głęboko oburzona tym faktem, tak samo jak tysiące innych użytkowników, którzy uważają, że główne hasło godzi w godność człowieka, który ciężko pracuje na kasie” – miał napisać ktoś w mejlu do redakcji WM.

Na FB pojawił się profil, na którym założycielka pisze: „Haniebny slogan KLIENT NASZ PAN to wymysł socjalizmu, który zamiast pójść w zapomnienie wciąż wraca do nas jak bumerang. Uderza on najmocniej we wszystkich pracowników handlu, którzy przez takie właśnie hasła odzierani są z szacunku do ich pracy. Wobec tego, dlaczego SPAR w swej kampanii manipuluje informacją, iż zwraca uwagę na swoich pracowników, skoro ma ich w głębokim poważaniu?”.

Pod wpisem jest mnóstwo komentarzy osób, które dzielą się swoim oburzeniem na „pomiatanie pracownikiem”, „komunistyczne hasła” i straszliwy wyzysk.

Najbardziej ubawiła mnie kasjerka z innej sieci, która pod postem napisała tak: „Kiedyś tak mi gościu powiedział »nasz klient nasz Pan«. Odpowiedziałam mu, że tak może i było za czasów komuny. Teraz są takie czasy, że jak ja Panu nie sprzedam, to Pan nie będziesz miał”.

Z socjologicznego punktu widzenia bardzo ciekawie byłoby sprawdzić, dlaczego duża grupa oburzonych uznała za dziedzictwo komunizmu coś, co właśnie w komunie nie miało racji bytu i zresztą nie z komuny się wywodzi. Hasło „nasz klient, nasz pan” ma rodowód przedpeerelowski i – o ile udało mi się sprawdzić – w reklamach polskich sklepów i firm zaczęło się pojawiać po raz pierwszy w latach 20. Nawet jeśli przetrwało wojnę i bywało używane w Peerelu, to raczej w roli sloganu, który mógł jedynie wkurzyć lekceważonych klientów. Jeśli ktoś chciałby sobie przypomnieć, jak wtedy wyglądały stosunki między obsługą a klientami, powinien sięgnąć do filmów Stanisława Barei, a szczególnie do kultowej sceny z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”.

W wyniku awantury (której uczestnicy wylądowali na tablicy ze zdjęciami pod nagłówkiem „Tych klientów nie obsługujemy”) w sklepie zrobił się bałagan. Ten bałagan zaczęła sprzątać pani sprzątająca, którą potem ekspedientka poprosiła o podanie kurczaka. Sprzątaczka podała – biorąc tuszkę przez brudną ścierkę. Niestety, trafił się klient awanturujący się (w tej roli Jerzy Duszyński), który mimo błagań swojej żony (Wanda Stanisławska-Lothe) postanowił interweniować u kierownika sklepu (Janusz Gajos).

 

Klient: Kurczaka podaje sprzątaczka brudną ścierką.

Kierownik: Ja tu jestem kierownikiem.

Ekspedientka: Przede wszystkim pan mi po chamsku wyrwał tego kurczaka!

Klient: Jako corpus delicti.

Sprzątaczka: Ścierkę, ścierkę mi wyrwał, moje narzędzie pracy!

Ekspedientka: Panie kierowniku, ukraść chciał mi tego kurczaka!

Sprzątaczka: No pewnie, bo po co by wyrywał. To złodziej!

Ekspedientka: I pijak! Bo każdy pijak to złodziej.

Klient: No, niech pan sam osądzi, czy to jest w porządku?

Żona klienta: Uspokój się, Kaziu.

Klient: Brudna ścierka, proszę pana.

Kierownik: Od tego jest ścierka, żeby była brudna.

Klient: Proszę pana! Podstawowe zasady higieny…

Kierownik: Proszę pana, podstawowe zasady higieny są takie, że jak się wchodzi, to się puka. A pan wchodzi bez pukania, z brudną ścierką.

Klient: Nie będę tu więcej kupował!

Żona klienta: Kaziu, poczekaj chwilę. Panie kierowniku, panie kierowniku, on się na wszystkie sklepy obraża. Mieszkamy na Służewcu, to aż do Żoliborza mamy wszystkie sklepy poobrażane. Pański sklepy jest ostatni. To teraz już chyba na Bielany będziemy…

Klient: Do Bydgoszczy będę jeździł, a tu nie będę kupował! Proszę, niech mnie pan umieści na tej swojej gablocie.

 

Bareja – wiadomo – przerysowywał. Lecz przerysowanie wcale nie było tak radykalne, jak można by sądzić. Pamiętna scena doskonale oddaje to, jak pracownicy handlu zachowywali się wobec klientów – bo system stał na głowie. O klienta nie trzeba było walczyć, jak to robili Rzecki i jego podwładni. W Peerelu klient przyłaził, zakłócał spokój jaśnie państwa sprzedawców, czegoś tam się domagał i ogólnie był upierdliwy. A przecież jasne było, że jak rzucili papier toaletowy albo schabowego z kością, to trzeba było najpierw odłożyć dla znajomych, a już szczególnie dla tych, którzy w zamian mogli coś załatwić. Normalną klientelę to się obsługiwało na końcu, jak coś zostało.

Interpretowanie hasła „Klient nasz pan” tak jak to robią oburzeni, świadczy również o gruntownym braku wyczucia języka. Dla każdej względnie obytej z polszczyzną osoby jasny jest figuratywny wydźwięk sloganu: klient jest dla nas najważniejszy i to on decyduje, co sprzedajemy, jak sprzedajemy, a my staramy się służyć mu w każdej kwestii. Twierdzenie, że to jakaś nowa emanacja „pańszczyzny” albo że z tego hasła wynika, iż pracownik handlu jest psem, bo ma pana – świadczy wyłącznie o dramatycznym oderwaniu kulturowym i językowym. Radziłbym się tym nie chwalić.

(Przy okazji warto zauważyć, że eleganckie polskie zapytanie „Czym mogę służyć?” zostało wyparte przez idiotyczną kalkę z angielskiego: „W czym mogę pomóc?”).

Jest jeszcze jeden ciekawy wątek tej sytuacji. Od jakiegoś czasu bowiem żyjemy w kulturze oburzania się. Oburzanie się przez jakąś grupę ma być wystarczającym powodem, żeby komuś czegoś zabronić, przede wszystkim w sferze języka. Nie można mówić o Murzynach, bo ktoś się oburza. Nie można używać określenia „autystyczny” w znaczeniu przenośnym, bo oburza się ktoś inny. Tutaj natomiast oburzają się jacyś kasjerzy o nikłej świadomości językowej, kulturowej i historycznej.

No jednak – nie. Czyjeś oburzenie nie jest i nie może być uzasadnieniem dla nakładania ograniczeń na język, jakiego używamy (abstrahując oczywiście od chamstwa czy wulgarności, to odrębna kwestia).

Sieć Spar broni się przed krytyką na razie dość stanowczo i sensownie. Cytowany przez WM Trevor Blunden, dyrektor handlowy Spara, mówi: „Hasło naszej kampanii odnosi się wyłącznie do gwarancji najwyższej jakości obsługi naszych klientów, którą oferujemy w sieci Spar. […] Chcemy, aby wszyscy klienci, którzy odwiedzają nasze sklepy, czuli się wyjątkowo i aby, prócz dobrych jakościowo produktów, wynosili także same pozytywne odczucia, ponieważ zależy nam na wyłącznie dobrych doświadczeniach związanych z każdą wizytą w Spar. […] Co do socjalistycznego wydźwięku – każdy wie, że w czasach PRL-u klient był na ostatnim, a nie na pierwszym miejscu”.

Mam nadzieję, że sieć nie ulegnie. Bo nie chodzi tu tylko o to, że ktoś nie rozumie prostego hasła. Chodzi też o bardzo niepokojące przyczyny oburzenia, w tle których jest – wbrew temu, co twierdzą oburzeni – głęboka, nawet jeśli nieuświadomiona, tęsknota za Peerelem.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Robert Gwiazdowski: PO-PiS działa

Kreatywna księgowość budżetowa kwitnie. Jak kiedyś w amerykańskim Enronie. Z tym że dyrektorzy Enronu – Kenneth Lay i Jeffrey Skilling – zostali skazani za nadużycia