Manipulacje Tomasza Rożka

warzecha_avatar

Doceniasz tę treść?

Polski rząd twierdzi, że 60 proc. kosztów energii elektrycznej (ale w którym dokładnie momencie? O tym dalej) to koszt uprawnień do emisji CO2. Komisja Europejska oskarża kampanię z wizerunkiem żarówki (spółki produkujące energię) o manipulację. Trafiła w tej sprawie nawet skarga do UOKiK, aczkolwiek biorąc pod uwagę usytuowanie polityczne urzędu wątpliwe, żeby miało to jakiekolwiek skutki. Tymczasem dr Tomasz Rożek, znany dziennikarz popularnonaukowy, umieszcza w tym samym czasie na swoim kanale „Nauka. To lubię” film, wspierający narrację Komisji Europejskiej.

Na tym ostatnim przykładzie pokażę, jak manipuluje się oskarżeniami o manipulację w kampanii o cenach prądu. Najpierw jednak kilka zastrzeżeń.

Pierwsze dotyczy osoby autora materiału. Tomka Rożka znam, prywatnie lubię, więc tym trudniej mi napisać, że błądzi on tam, gdzie wkracza w tematy zahaczające o politykę. Dotyczy to spraw, które mają swoje znaczące społeczne i polityczne konsekwencje, szczególnie kwestii zmian klimatu czy epidemii. W obu tych sprawach mój kolega, zamiast wykazać się chwalebnym sceptycyzmem i wnikliwością, płynął idealnie w głównym nurcie. Nie zajął się na przykład nigdy negatywnymi skutkami NPI ani kosztami społecznymi polityki klimatycznej. Chciałbym, żeby Tomek wrócił do tego, co mu dobrze szło: materiałów o ciekawych zjawiskach fizycznych, o śnie, o tym, jak działa mózg. Staram się myśleć, że manipulacje, jakie można znaleźć w filmie, o którym mowa, nie są skutkiem złej woli, ale być może nieuświadomionego oportunizmu.

Drugie zastrzeżenie dotyczy samej kampanii. Jak to często bywa, mówiąc o niej – dotyczy to również premiera Morawieckiego – dokonuje się skrótu myślowego, który sprawia, że wygłaszane stwierdzenie staje się nieprawdziwe. Powiada się mianowicie, że 60 proc. kosztów rachunków wynika z polityki klimatycznej UE. To nie jest prawda i to akurat dr Rożek słusznie w swoim filmie wytknął. Ale też nie to jest napisane na billboardach. Napis na nich głosi, że owe 60 proc. to koszt produkcji, nie koszt na rachunku. Rachunek bowiem obciąża nas dodatkowo całą grupą podatków, w tym nową opłatą mocową, a także zyskiem spółek. Opłata mocowa jest z kolei uzasadniana koniecznością ogromnych inwestycji w infrastrukturę przesyłową, idących w setki miliardów złotych, co jest prawdą. Zatem literalnie biorąc – billboardy mówią prawdę. Przy czym można założyć, że większość nie dostrzeże różnicy pomiędzy kosztem produkcji a kosztem na rachunku.

Trzecie zastrzeżenie to oczywisty kontekst polityczny. Rząd za pośrednictwem państwowych spółek energetycznych, finansujących kampanię, stara się choć trochę osłabić złość wyborców na wysokie ceny energii, przekierowując niechęć na Unię Europejską. Jest w tym mnóstwo hipokryzji, bo Polska nie tylko lata temu zgodziła się na system handlu emisjami, ale też – już za rządów PiS – nie zrobiła niczego, żeby zawczasu zapobiec wynaturzeniu się tego systemu w układ spekulacyjny. Mało tego – co wielokrotnie przypominałem – zgadzaliśmy się na kolejne zaostrzenia celów klimatycznych, co z kolei przyczyniało się do wzrostu cen uprawnień.

Gdzie zatem dr Rożek manipuluje? Najważniejsza manipulacja pojawia się na samym początku i jest niestety jedną z podstawowych, pojawiających się nieustannie w dyskusjach o kosztach energii w kontekście unijnej polityki klimatycznej. Rożek powiada mianowicie, że ponosimy koszty, bo przecież „jak się śmieci, to się za to płaci”, a my „śmiecimy” CO2. Można tę manipulację uznać za jeden z klasycznych środków erystycznych. Któż bowiem nie zgodzi się, że śmiecić nie należy, a jeśli się śmieci, to trzeba ponieść tego konsekwencje? Problem w tym, że za oczywistość, a więc założenie swojej tezy, które nie wymaga analizy ani dowodzenia, przyjął dr Rożek coś, co nie jest bynajmniej oczywiste. Decyzja o stworzeniu systemu EU ETS nie wynikała bowiem z jakiejś bezspornej oczywistości, obiektywnie istniejącej.

Najpierw mieliśmy bynajmniej nie jednoznaczne i bardzo dyskusyjne podstawy w postaci naukowych hipotez, dotyczących natury zmian klimatu i sposobów zapobiegania im, które następnie zostały przełożone na język decyzji politycznej (należy dodać, że nikt nigdy i nigdzie nie pokazał konkretnych wyliczeń dowodzących, że radykalizm klimatyczny UE przełoży się na jakieś realne skutki klimatyczne). Ta decyzja polityczna w takiej formie wcale nie jest oczywistością, a cały system EU ETS jest sztucznie wykreowanym mechanizmem, którego parametry także są kwestią czysto politycznych decyzji, wypracowywanych w toku negocjacji. To od nich zależały m.in. pule przyznawanych państwom uprawnień, które były systematycznie zmniejszane. Mamy zatem pełne prawo kwestionować ów system od samych jego fundamentów, nie mamy zaś prawa traktować go jako oczywistej podstawy do podważenia zasadności kampanii w sprawie cen prądu.

Druga manipulacja dr. Rożka dotyczy wpływów ze sprzedaży przypadających Polsce uprawnień. I jest to już manipulacja naprawdę gruba. Rożek stwierdza mianowicie beztrosko, że przecież pieniądze ze sprzedaży uprawnień przypadających Polsce wpadają do polskiego budżetu, a Polska co najmniej połowę z nich powinna wydawać na zieloną transformację. I to jest prawda – ale tylko częściowo (jak to z manipulacjami bywa). Rożek – choć powinien, żeby uczciwie przedstawić temat – nie sięgnął po dostępne przecież wyliczenia, dotyczące tzw. luki ETS.

Mówiąc w uproszczeniu: gdyby spojrzeć na problem kosztów systemu całościowo (co też nie jest do końca właściwe – o tym za chwilę), moglibyśmy uznać, że wychodzimy na zero, dopóki wpływy do polskiego budżetu ze sprzedaży przypadających nam uprawnień równają się pieniądzom, jakie polska gospodarka (podmioty publiczne, w tym komunalne i prywatne) muszą na ich zakup wydać. Sęk w tym, że polska gospodarka z powodu kształtu naszego miksu energetycznego potrzebuje dużo więcej uprawnień, niż trafia do polskiej puli, a z powodu zmniejszania tejże – wskutek decyzji politycznej – ten deficyt będzie się powiększał. Jest to właśnie luka ETS.

Poseł Janusz Kowalski wyliczał ją w latach 2013–2020 na 41 mln ton CO2 rocznie. W latach 2021–2023 – jak szacował – ma być większa i wynieść 65 mln ton. W tej chwili kontrakty terminowe uprawnień na grudzień tego roku to już 92 euro za tonę. Weźmy wartość 90 euro. Oznaczałoby to, że szacowana przez posła Solidarnej Polski luka do 2023 r. będzie Polskę kosztować ponad 5,8 mld euro, czyli przy obecnym kursie ponad 26 mld zł. To pieniądze, które za sprawą systemu EU ETS bezpowrotnie z Polski znikną i trafią do budżetów innych państw, które będą mogły sprzedawać nadwyżkę swoich uprawnień.

Trzeba się też rozprawić z myśleniem wziętym z Excela. Nie jest tak, że jeśli pieniądze ze sprzedaży uprawnień pozostaną częściowo w polskim budżecie, to w jakiś sposób automatycznie ulżą podmiotom, które są zmuszone nabywać je na bieżąco, żeby działać. Rząd tych pieniędzy przecież nie rozdaje. Jeśli mamy zakład, który opiera swoją produkcję głównie na prądzie, czyli pośrednio płaci za uprawnienia do emisji CO2, to nie dostanie on zwrotu z budżetu. Będzie duszony cenami energii, aż zmuszony będzie podnieść ceny albo zakończyć działalność. Reklamowana tak pięknie „zielona rewolucja” została wymyślona przez ludzi, którzy nigdy nie mieli do czynienia z biznesem i którym wydaje się być może, że jeśli coś zgadza się w programie księgowym, to będzie się zgadzało w rzeczywistości. To jednak tak nie działa. Nie jest tak, że w miejsce zamkniętego energochłonnego biznesu natychmiast powstanie inny, „zielony”, generujący taki sam odsetek PKB i zatrudniający identyczną liczbę ludzi. Więcej nawet: Polska na tym polu jest już na przegranej pozycji wobec silniejszych krajów UE. Można biadolić, że to skutek naszej krótkowzroczności, ale jakby nie było – takie są fakty i to powinno nas teraz obchodzić.

Tu dochodzimy do kolejnej kwestii, którą dr Rożek pominął w swoim filmie: duszone kosztami polityki klimatycznej podmioty – w tym te, które muszą nabywać uprawnienia bezpośrednio, ponieważ same produkują CO2 (np. ciepłownie komunalne) – są do tego stopnia wydrenowane z pieniędzy, że nie ma już mowy o żadnych „zielonych inwestycjach”. Tymczasem Tomasz Rożek beztrosko opowiada w swoim filmie, że w systemie chodzi o to, żeby skłonić do przejścia na zielone technologie. W polskich warunkach system nie działa – w większości przypadków jest zwykłym rabunkiem, a nie impulsem do zmiany.

Ostatni punkt, którego w filmie dr. Rożka zabrakło, to odniesienie do wymogów, dotyczących miksu energetycznego Polski. Rożek opowiada o odnawialnych źródłach energii, które mają zastąpić źródła tradycyjne, a przecież musi doskonale wiedzieć, że Polska w naszych warunkach geograficznych nie ma szans na zbilansowanie miksu bez udziału gazu jako paliwa przejściowego i przede wszystkim atomu, który jako żywo odnawialnym źródłem energii nie jest i trwa teraz walka o włączenie go tzw. taksonomii. Fotowoltaika na wielką skalę, zwłaszcza gdy nie istnieje nadal technologia dużych magazynów energii, to w polskich warunkach kpina (co innego w małej, prosumenckiej skali, ale tu wiele zależy od rozwiązań prawnych). Najwięcej możemy zyskać, budując morskie farmy wiatrowe i to jest dobry kierunek, ale wiatrakami na morzu nie zasilimy całego kraju.

W filmie Tomasza Rożka pada stwierdzenie, powtarzane przez wielu zwolenników unijnej polityki klimatycznej: wysokie ceny energii to nie wina UE, to nasza wina, bo wiedzieliśmy, co się szykuje i nie zadziałaliśmy na czas. To mniej więcej tak jakby uznać, że utrata portfela wskutek bandyckiego napadu na ulicy to wina napadniętego, bo nie wziął ze sobą broni, którą mógłby się obronić przed złodziejem. Jest w tym trochę racji – dobrze mieć ze sobą coś, co pozwoli nam odstraszyć albo unieszkodliwić napastnika. Nie zmienia to jednak faktu, że winę ponosi tenże napastnik, a nie obrabowany.

Polska mogła zrobić więcej, żeby przerzucić się z węgla na inne źródła energii. Przede wszystkim już dawno powinna się była rozpocząć budowa co najmniej jednego bloku jądrowego – i to jest zdecydowanie największe zaniedbanie rządu Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Ale absurdalnie wysokie koszty, wynikające z polityki klimatycznej UE, to wina klimatystycznego fanatyzmu polityków Unii – nie nasza. Polskiej klasie politycznej można jedynie zarzucać – aczkolwiek jest to zarzut bardzo poważny – że godziła się na te rozwiązania, począwszy od czasów Lecha, jak i Jarosława Kaczyńskich.

Poglądy wyrażane przez blogerów publikujących dla WEI mogą nie być zgodne z oficjalnym stanowiskiem think-tanku.

Inne wpisy tego autora

Dlaczego Ukraińcy mają chęć walczyć

Trudno analizować to, co dzieje na ukraińskich frontach, lecz jedno wydaje się pewne niezależnie od ostatecznego rezultatu: Władimir Putin się przeliczył. Nie doszacował zarówno zdolności

Justin Trudeau podziwia Chiny

Gdyby mnie ktoś dzisiaj zapytał, czy Kanada jest wciąż demokratycznym krajem, miałbym problem z odpowiedzią. Owszem, także dlatego, że nie jest dziś łatwo zbudować sensowną