Koniec koncertu mocarstw

Mariusz Staniszewski

Doceniasz tę treść?

Usilne próby Francji i Niemiec, by utrzymać Rosję w gronie mocarstw, pokazują w rzeczywistości skalę kryzysu, w jakim znalazły się najsilniejsze państwa Unii Europejskiej. Mogą one pozostać w gronie głównych rozgrywających współczesnego świata tylko wówczas, gdy Moskwa nadal będzie silna i gotowa prowadzić z nimi grę o wpływy.

Próba zakończenia wojny poprzez ofiarowanie Rosji przez prezydenta Francji Emmanuela Macrona kawałka terytorium Ukrainy jest jakby cofnięciem się o kilkadziesiąt, a może nawet ponad sto lat. Po dużych europejskich lub światowych konfliktach przywódcy głównych mocarstw spotykali się nad mapą i z pełną swobodą dzielili nieswoje terytoria, przedzielając na pół narody albo nawet przesuwając terytoria państw na Wschód czy Zachód. Zarządzanie mniejszymi ludami było dowodem dominacji ugruntowanej przeszłością kolonialną, poczuciem kulturowej i cywilizacyjnej wyższości czy swego rodzaju dziejowej misji, która miała dawać Francuzom, Anglikom, Niemcom, ale także Rosjanom prawo do decydowania o losach innych.

Co wolno narodom

Nawet jeśli państwa te toczyły między sobą wojny, to nigdy nie miały one doprowadzić do całkowitego zniszczenia przeciwnika (wyjątkiem była II wojna światowa, ale wówczas starcie niemiecko-rosyjskie było także konfliktem dwóch krwawych totalitaryzmów). Raczej walczyły one o dominację niż zmiecenie przeciwnika z powierzchni Ziemi. Wydać to wyraźnie choćby na Kongresie Wiedeńskim, kiedy pokonana po wojnach napoleońskich Francja nie doznała właściwie żadnych uszczerbków terytorialnych. Przywrócono jedynie status quo. Po I wojnie światowej sytuację zaburzyła sowiecka rewolucja, ale Francuzi i Anglicy nadal dzielili terytoria, nie stawiając na pierwszym planie ich etnicznej czy historycznej przynależności, ale starając się zaspokoić apetyty wielkich.

Kongres Wiedeński. Długa seria spotkań i narad dyplomatycznych, źródło: polityka.pl

To właśnie wtedy pojawiła się pierwsza jaskółka zmian w pojmowaniu podmiotowości państwa. W planie prezydenta USA Thomasa Woodrowa Wilsona znalazł się punkt o samostanowieniu narodów. W ówczesnym świecie była to myśl nie tylko nowa, ale wręcz rewolucyjna, gdyż odbierała mocarstwom ich legitymację do paternalistycznego traktowania mniejszych i słabszych. Choć ówczesna rzeczywistość nie dopasowała się do tej idei, to jednak ziarno zostało zasiane. Nawet jeśli po II wojnie świat podzielił się na dwa wrogie sobie bloki i wiele narodów za zgodą zachodnich mocarstw zostało podporządkowanych Związkowi Sowieckiemu, to było jasne, że znajdują się one w komunistycznej niewoli, a Moskwa sprawuje nad nimi władzę wyłącznie dzięki sile i terrorowi. One same mają prawo do innego, lepszego losu. Nowy model dominacji, czyli ten w stylu amerykańskim, wyglądał wszak zupełnie inaczej niż pruski, francuski czy brytyjski. O rosyjskim już nawet nie wspominając.

Po I wojnie światowej można w pewnym sensie zrozumieć zignorowanie idei samostanowienia narodów i kontynuację polityki opartej na koncercie mocarstw, czyli bezwzględnej dominacji kilku państw nad resztą kontynentu z powodów ekonomicznych. O ile w 1929 roku na Europę Północno-Zachodnią przypadło wówczas 24 proc. światowego PKB, o tyle na południowo-wschodnią część przypadało zaledwie 8,4 proc. Przewaga gospodarcza była więc ogromna (dla porównania na Związek Sowiecki przypadało 6,6 proc. a na Stany Zjednoczone i Kanadę – 38,3 proc.; źródło: L.J. Zimmerman, The Distribution of World Income, 1860–1960 w: Essays on Unbalanced Growth, ed. E.De Vries, London 1965).

Już wtedy było jednak widać, że nadchodzi zmierzch światowej dominacji mocarstw zachodnioeuropejskich. Wynikało to nie tylko z samych różnic w PKB, ale w dynamice zmian, których wojna była katalizatorem. „Wyraźnie spadło znaczenie Europy w światowej wymianie handlowej – jej udział zmniejszył się z 58 do 49 proc. Na pierwsze miejsce w handlu międzynarodowym wysunęły się zdecydowanie Stany Zjednoczone. W 1929 r. ich eksport stanowił ponad 16 proc. wywozu światowego, zaś import – 12,5 proc. W tym czasie wzrosły także inwestycje amerykańskie za granicą: w 1914 r. wynosiły one 3,5 mld USD, a w 1919 r. już 7 mld USD. Wielka Brytania, największa przed wojną potęga handlowa i największy inwestor, mimo supremacji w Europie miała spore kłopoty z utrzymaniem się na rynkach zagranicznych” – piszą Janusz Skodlarski i Rafał Matera w artykule „Pozycja Europy w gospodarce światowej na przestrzeni XX wieku”.

Po II wojnie światowej supremacja USA stała się jeszcze bardziej wyraźna. Krwawy i wyniszczający konflikt spowodował skurczenie się PKB państw Europy Zachodniej o 20 proc. Tylko trzy z nich – Wielka Brytania, Szwecja i Szwajcaria – nie zanotowały spadku. Najbardziej widoczne było zmniejszenie znaczenia Niemiec, które wojnę przegrały, oraz Francji, która nie dość, że okazała się słaba militarnie i nie odegrała w światowym konflikcie większej roli, to jeszcze w wysokości PKB cofnęła się do roku 1891 r.

Awansowanie jej do rangi światowych mocarstw było raczej aktem przyjaźni ze strony USA i Wielkiej Brytanii niż odzwierciedleniem jej realnej siły.

Powrót przez kooperację

Od tamtego czasu Francja i Niemcy próbują odzyskać swoje miejsca w polityce międzynarodowej. Dość szybko Paryż i Bonn, a następnie Berlin, uświadomiły sobie, że najlepszym sposobem, by z powrotem awansować do pierwszej ligi, jest ścisły sojusz – najlepiej w ramach Wspólnoty Europejskiej, którą oba państwa mogły zdominować.

Było to stosunkowo łatwe, dopóki Europa kończyła się na granicy Zachodnich Niemiec. Nie było wówczas sporu o Europę Środkowo-Wschodnią, która od kilku wieków stanowiła zarzewie sporu między Niemcami a Rosją. Upadek ZSRR, a następnie przyjęcie do Unii Europejskiej państw wschodniej i południowej części kontynentu, zaczęło marginalizować Francję. Zjednoczone Niemcy z potężną gospodarką i rosnącymi wpływami na Wschodzie stawały się hegemonem. Francja, z problemami wewnętrznymi, coraz mniej konkurencyjną gospodarką, ogromnym zadłużeniem i potężnymi transferami socjalnymi, coraz bardziej stawała się klientem Berlina. Co prawda nadal jest  drugą gospodarką Unii Europejskiej (według danych Eurostatu odpowiada za 17,2 proc. PKB Wspólnoty; dla porównania Niemcy – 25,1 proc.; Włochy – 12,4 proc.; Hiszpania – 8,4 proc.; Holandia – 6 proc.; Polska – 3,9 proc.), ale wstrząs, jaki wywołała pandemia COVID-19 wykazał, że jest ona mało odporna na kryzysy. W 2020 r. Francja zanotowała prawie najwyższy spadek PKB spośród państw UE: było to – 7,9 proc. Gorzej wypadła tylko Hiszpania – 10,8 proc.

W tym miejscu należy dodać, że ostatnie kilkanaście lat oznacza znaczącą niwelację różnic między zachodnią i wschodnią częścią Wspólnoty. „Jeśli chodzi o dynamikę produktu brutto w latach 2003–2012, to była ona najwyższa dla Polski (224,9 proc.), dla świata – 189,7 proc., a dla EU-27 osiągnęła 145,3 proc. Kształtowanie się produktu brutto na głowę mieszkańca przedstawiało się dość podobnie: Polska – 224,2 proc., świat – 170,3 proc., EU-27 – 140,5 proc. Mając świadomość dużego uproszczenia, można zauważyć, że w badanym okresie analizowane wskaźniki dynamiki kształtowały się korzystniej dla Polski niż dla świata oraz były korzystniejsze dla świata niż dla EU-27” – pisze Marian Gorynia w książce „Polska w Unii Europejskiej i globalnej gospodarce” wydanej przez Polskie Towarzystwo Ekonomiczne w 2014 r.

Z przedstawionego zestawienia wynika, że Polska nie tylko bogaci się szybciej niż Unia Europejska, ale dodatkowo, że UE traci dystans do świata. Trend byłby jeszcze bardziej widoczny, gdyby z powyższych danych wyłączyć PKB Polski i innych krajów Europy Środkowej. Fakt, że rozwijają się one najbardziej dynamicznie spośród państw Wspólnoty, powoduje, że wzrastają ich ambicje oraz chęć do samodzielnego podejmowania decyzji. Dla Niemiec, a szczególnie dla Francji, od dłuższego czasu oznacza to konflikt interesów. Paryż nadal pragnie być centralnym punktem Wspólnoty, ale dla naszej części kontynentu traci znaczenie.

Nadzieja w Moskwie

Dołożyły się do tego błędne założenia polityki francuskiej, według których USA miały zmniejszać swoją obecność w Europie. Emmanuel Macron uznał, że jest to proces nieuchronny, ponieważ Stany Zjednoczone skupiają swoją uwagę na Chinach i całym obszarze Pacyfiku. Korekty polityki Paryża nie spowodowały ani nowe wojska amerykańskie pojawiające się na wschodniej flance NATO, ani wzmożona sprzedaż broni zza oceanu, która trafia właśnie do Europy Środkowej. Macron nie krył zresztą swojego sceptycyzmu wobec Paktu Północnoatlantyckiego, mówiąc, że dotknęła go śmierć mózgowa.

Według koncepcji francuskiego prezydenta nasz kontynent potrzebuje nowego systemu bezpieczeństwa, którego jednym z ważnych elementów byłaby Moskwa. Ni mniej, ni więcej oznaczałoby to uznanie rosyjskiej strefy wpływów, która obejmowałaby tereny dawnego ZSRR (być może z wyłączeniem państw bałtyckich). W takiej sytuacji Francja, jako najsilniejszy militarnie kraj Unii Europejskiej, stałaby się głównym gwarantem bezpieczeństwa ze strony zachodniej.

Choć plany takie wydają się dziś niedorzeczne, to jednak francuscy dyplomaci odwiedzali europejskie stolice, szukając poparcia dla nowej koncepcji. Mimo że nigdzie, a szczególnie w Europie Środkowej, nie uzyskali przychylności, to jednak idea autonomii europejskiej w dziedzinie bezpieczeństwa nadal pozostaje jedną z głównych francuskich doktryn w polityce międzynarodowej. Dla Paryża tylko wzmocnienie politycznego i militarnego znaczenia Unii Europejskiej może uchronić go przed dalszą marginalizacją.

Atak Rosji na Ukrainę i powrót USA do aktywnej polityki w Europie sprawiły, że Francja została zepchnięta jeszcze głębiej na drugi plan. Centrum twardej europejskiej polityki znalazło się w Europie Środkowej, a w obliczu bankructwa niemieckiej polityki wschodniej i kompromitacji niemieckich elit politycznych, które zupełnie błędnie oceniły zamiary Kremla, dotychczasowy układ sił – szczególnie jeśli chodzi o realne bezpieczeństwo, a nie polityczne idee – uległ zmianie.

Konfrontacja Zachodu z Rosją stała się faktem. Nie była już teoretycznymi rozważaniami w dziedzinie ideologii czy wojny informacyjnej, ale realną walką na śmierć i życie. Bezprecedensowo duże dostawy broni dla zaatakowanej Ukrainy, pomoc logistyczna, wywiadowcza, technologiczna i finansowa z jednej strony oraz ogrom rosyjskich zbrodni, niewydolność i zacofanie jej armii z drugiej, sprawiły, że próba potraktowania Moskwy jako lojalnego, pełnoprawnego, przewidywalnego uczestnika politycznego systemu stała się niemożliwa. Francuskie i niemieckie elity zabrnęły w ślepą uliczkę: pod presją własnej i międzynarodowej opinii publicznej muszą uczestniczyć w kolejnych transzach sankcji nakładanych na Kreml, przez co tracą resztki zaufania swojego niedawnego partnera, ale jednocześnie pragną jak najszybciej zakończyć, a przynajmniej zamrozić konflikt, by nie dopuścić do przegranej Rosji. Dzięki temu można by rozpocząć proces odprężenia.

To stąd brały się właśnie te długie i nieprzynoszące żadnych sukcesów (nawet doraźnych) rozmowy Emmanuela Macrona i Olafa Scholza z Władimirem Putinem. Dlatego także prezydent Francji mówił o tym, że nie wolno Rosji upokarzać. Choć było to oczywiste nawiązanie do narzucenia Prusom trudnego pokoju po I wojnie światowej, co z powodu poczucia krzywdy Niemców miało być praprzyczyną wybuchu II wojny, to jednak porównywanie tych dwóch sytuacji jest raczej niedorzeczne. Niemcy znajdują się w centrum Europy i – nawet jeśli po I wojnie były pogrążone w kryzysie – posiadały ogromny potencjał gospodarczy. W ciągu dwudziestu lat były w stanie rozwinąć kilka gałęzi przemysłu, co dało im przewagę technologiczną nad konkurentami w Europie. Rosja nie przegrywa dziś wojny z Ukrainą wyłącznie na polu bitwy, znacznie bardziej istotna jest jej porażka technologiczna i organizacyjna. Dostarczony przez Zachód sprzęt oraz wyszkolenie ukraińskich żołnierzy przez NATO obnażają wielowymiarowe zacofanie nie tylko armii, ale całego państwa rządzonego z Kremla.

Nawet jeśli najeźdźcy uda się zająć i opanować tereny dwóch samozwańczych republik na wschodzie Ukrainy, to i tak Rosja nie będzie mogła tej wojny zaliczyć do zwycięskich militarnie. Politycznie klęska jest już widoczna gołym okiem. Moskwa nie tylko straciła cały soft power oraz poparcie w Europie Zachodniej, ale także została na dłuższy czas odizolowana od nowoczesnych technologii i finansów. Skurczył się także rynek odbiorców węglowodorów, co dla państwa, którego budżet jest oparty na sprzedaży surowców, ma znaczenie kluczowe. Francja i Niemcy pozostają więc bez partnera, z którym można by ustalać strefy wpływów we wschodniej i południowej części kontynentu, ale także w Azji i Afryce.

„W ostatnich miesiącach stało się oczywiste, że wielu państwom europejskim bardziej zależy na zakończeniu wojny niż na tym, kto ją wygra. Zwłaszcza Niemcy wydają się być zainteresowane utrzymaniem możliwości powrotu do status quo sprzed wojny na Ukrainie. Berlin nie jest w tym osamotniony. Po udanej reelekcji prezydent Francji Emmanuel Macron zabezpieczył się, mówiąc, że przyszły pokój w Europie Wschodniej nie może zawierać niepotrzebnego upokorzenia Rosji i może obejmować ustępstwa terytorialne na rzecz Moskwy” – pisał ostatnio „Wall Street Journal”.

Na dodatek rysujący się sojusz polsko-ukraiński pod amerykańskim patronatem i z brytyjskim wsparciem powoduje, że wyrasta nowa siła, która w niedługim czasie może odgrywać znaczącą rolę polityczną, militarną, ale też gospodarczą.

To wszystko musi powodować niepokój w Berlinie i Paryżu. „Unia Europejska jest zbudowana wokół Niemiec i Francji, a oba państwa zazdrośnie strzegą swojej pozycji jako ostatecznych decydentów w Europie. Decydenci w obu krajach są świadomi, że UE z Ukrainą mogłaby doprowadzić do powstania konkurencyjnej osi Warszawa–Kijów, czego ani Francja, ani Niemcy nie chcą. Ukraina jest politycznie i kulturowo bliższa Polsce niż Niemcom, co oznacza, że siła Niemiec w UE mogłaby zostać znacznie zmniejszona i zastąpiona przez rosnące wpływy Europy Wschodniej” – zauważa „WSJ” w tym samym artykule.

Samo pojawienie się realnej groźby odsunięcia Rosji daleko na Wschód oraz jej ostateczne odejście od choćby pozorów przestrzegania zachodnich wartości musi dla Francji i Niemiec oznaczać konieczność zrewidowania polityki bezpieczeństwa i znalezienia nowych warunków stabilizacji. W rzeczywistości oznacza to upodmiotowienie Europy Środkowej, co położyłoby ostateczny kres koncertowi mocarstw. A to byłoby bolesne szczególnie dla Francji.

Inne wpisy tego autora

Moskwa nie chce być Zachodem

Okrucieństwo, ludobójstwo czy barbarzyństwo, jakim odznaczają się Rosjanie podczas wojny na Ukrainie, nie są przypadkiem czy wynikiem frustracji z powodu zaciekłego oporu, z jakim się

Kiedy Rosja ponosi klęski

Nie wiemy, jak i kiedy zakończy się wojna za naszą wschodnią granicą, ale po kilkunastu dniach widać, że Rosja musi walczyć sama przeciw szerokiej koalicji.

Zderzenie dwóch światów

Kryzys wywołany przez Rosję jest tyleż niebezpieczny, co zagadkowy. Właściwie trudno zrozumieć, o co chodzi Władimirowi Putinowi i jego czekistowskiemu reżimowi, bo niełatwo znaleźć korzyści