Moskwa nie chce być Zachodem

Mariusz Staniszewski

Doceniasz tę treść?

Okrucieństwo, ludobójstwo czy barbarzyństwo, jakim odznaczają się Rosjanie podczas wojny na Ukrainie, nie są przypadkiem czy wynikiem frustracji z powodu zaciekłego oporu, z jakim się spotkali. To zwykłe metody walki, które władcy tego kraju stosują od wieków i wcale nie zamierzają z nich rezygnować. Nie chcą się poddawać dyktatowi zachodnich wartości, które uznają za oznakę słabości.

Fascynacja, jakiej intelektualiści europejscy, zwłaszcza francuscy, ale też angielscy, niemieccy czy hiszpańscy od lat darza Rosję, jest zagadką, którą zrozumieć można chyba tylko odległością, jaka dzieli Petersburg i Moskwę od innych stolic. Banałem byłoby stwierdzenie, że sławili carów, komunistycznych dyktatorów czy przez lata Władimira Putina tylko z powodu wypełnionych pieniędzmi sakiewek otrzymywanych ze Wschodu. Choć tak było na przykład w przypadku Woltera, to jednak podziw ten sięgał głębiej. Wynikał częściej – jak u Jean-Paula Sartre’a – z wiary, że właśnie tam rodzi się nowy porządek, nowy człowiek, nowy ład, który zmiecie z powierzchni ziemi zgniliznę Zachodu i będzie początkiem lepszego świata. By w to wierzyć, intelektualiści byli gotowi nie zauważać masowych i okrutnych zbrodni carów, sekretarzy czy wreszcie Władimira Putina oraz jego czekistowskiej bandy. Wrażenie robiło na nich połączenie dzikości i jednocześnie gotowości do poświęceń narodu, którego właściwie nie znali. W tej nieokiełznanej pierwotności i wynikającej z niej siły widzieli nadzieję dla świata uwikłanego w uciążliwe procedury, zasady czy przepisy prawa. Świata, który ich zdaniem od dawna chyli się ku upadkowi. Marzyli, że ta dziewicza naturalność tchnie w Zachód nowego ducha, ale z drugiej strony Europie uda się ucywilizować ten prymitywny lud i dzięki temu powstanie nowy świat.

Te nadzieje – nawet jeśli uznać je za marzenia lekkoduchów – są po prostu wyrazem głupoty i niezrozumienia istoty Rosji, sposobu, w jaki widzi ona samą siebie i świat dookoła niej. To jednak rozumieją to tylko ci, którzy z moskiewskim jarzmem mieli do czynienia w praktyce.

 

Dziejowa misja

Celem Rosji nie jest i nigdy nie było napełnienie Zachodu nową treścią, ale raczej zawładnięcie nim. Choćby jego częścią, która znajduje się najbliżej. Służyć temu miały różne idee, jakie rodziły się w Moskwie i Petersburgu. Najpierw było to przekonanie o tworzeniu Trzeciego Rzymu (pierwszy to właściwe Cesarstwo Rzymskie, drugi to Bizancjum). Później pojawiła się koncepcja panslawizmu, czyli zjednoczenia wszystkich Słowian oczywiście pod przywództwem Rosji, zaś po niej przyszła idea ogólnoświatowej rewolucji proletariackiej, a dziś jest to ruski mir. Zresztą wszystkie te wizje wzajemnie się przenikają.

Rosja Trzecim Rzymem?, źródło: polityka.pl

Byłoby jednak zbyt dużym uproszczeniem, by ideę Moskwy – Trzeciego Rzymu zamknąć banalnym stwierdzeniem, że Rosja chciała siebie widzieć jako kontynuatorkę wielkiego uniwersalizmu. „Możemy wyróżnić trzy etapy rozwoju idei rzymskiej: średniowieczna, religijna koncepcja Moskwy – Trzeciego Rzymu; następnie koncepcja chrześcijańskiego imperium – zjednoczenia wszystkich prawosławnych chrześcijan pod berłem moskiewskiego cara i patriarchy, która jednocześnie była związana z rehabilitacją bizantyjskiej tradycji Drugiego Rzymu i wreszcie imperium Piotra, które urzeczywistniało ideę Rzymu pozbawioną jakichkolwiek chrześcijańskich szat – ideę Pierwszego Rzymu (pogańskiego)” – pisał Dymitr Romanowski w znakomitej książce „Trzeci Rzym. Rozwój rosyjskiej idei imperialnej”.

Właśnie na tę wieloznaczność warto zwrócić uwagę. Rosyjskie imperium w założeniu nie miało być budowane na zasadach uniwersalistycznego prawa, przez co uzyskałoby zdolność przyciągania innych narodów i państw, zapewniając im uczestnictwo w atrakcyjnej cywilizacji. Ekspansjonizm miał jednocześnie charakter religijny i pogański, nie łączył się realnie z dążeniem do zaszczepienia określonego systemu wartości na coraz większym terytorium. Jego celem było raczej dokonywanie podbojów w imię wielkości.

W efekcie idea Moskwy – Trzeciego Rzymu w znaczeniu religijnym zaczęła ewoluować w kierunku czysto pogańskim, w którym chrześcijan się ściga, prześladuje i morduje. Przy czym nie musi chodzić dokładnie o ludzi żarliwie wierzących w Chrystusa, ale raczej osoby próbujące na tamtejszym gruncie zaszczepić wartości związane z tą religią: wolna wola, poszanowanie człowieka jako istoty stworzonej na podobieństwo boże albo jak kto woli jako jednostki, przestrzeganie prawa własności, sprawiedliwości czy równości wobec prawa. Ludzie tacy od kilkuset lat są w Rosji mordowani, torturowani, więzieni i zsyłani na Syberię.

 

Polska pomyłka

Wiara w dziejową misję (choć w nieco innym wymiarze) Rosji była obecna także w umysłach części polskiej elity, która po rozbiorach stała się poddanymi imperium. Szczególnie uwidoczniło się to po wojnach napoleońskich, gdy car Aleksander postanowił nie tylko utworzyć Królestwo Polskie, ale nawet koronował się na polskiego króla. Chętny do liberalnych reform monarcha sugerował nawet, że przyłączy do Królestwa część ziem litewskich, co mogłoby oznaczać zapoczątkowanie procesu odbudowy jakiejś formy Rzeczpospolitej. Chodziło mu o stworzenie w ramach jednego imperium dwóch organizmów państwowych, funkcjonujących na różnych zasadach. Królestwo Polskie mogło być rodzajem pola doświadczalnego – udane rozwiązania monarcha mógłby zastosować dla całego państwa.

Polakom marzyło się, że z jednej strony przy carze odtworzą Rzeczpospolitą, ale z drugiej, że spolonizują rosyjskie imperium. A może raczej przekażą mu swoją, wyższą kulturę – jak kiedyś podbici Grecy Rzymianom. „Elity społeczne na tym ogromnym obszarze [jaki przypadł Rosji po III rozbiorze – przyp. MS.], które wiązały się z Polską i polskością, były znacznie liczniejsze i lepiej wykształcone niż elity rosyjskie w całym imperium. Tu odzywało się wspaniałe dziedzictwo Komisji Edukacji Narodowej, która wykształciła w swoich szkołach w sposób europejski 100 tys. absolwentów. Tak więc jeszcze przed zmianą granic zaborów, przed 1815 r. więcej osób w imperium rosyjskim umiało czytać i pisać po polsku niż po rosyjsku. I to był problem dla elit rosyjskich, które miałyby znaleźć się w mniejszości. Rosja była oczywiście państwem stanowym, liczyło się więc to, kto jest szlachcicem, kto należał do stanu uprzywilejowanego. Jeśli do stanu uprzywilejowanego należało więcej ludzi o kulturze i świadomości polskiej niż o kulturze i świadomości rosyjskiej i obie grupy miałyby być potraktowane politycznie równorzędnie, oznaczałoby to wcześniejsze lub późniejsze zmajoryzowanie elity rosyjskiej przez elitę polską” – pisze Andrzej Nowak w książce „Uległość czy niepodległość”.

Oczywiście bojarzy mogli postrzegać polski ustrój jako słaby, doprowadził wszak do upadku Rzeczpospolitej, ale jednocześnie musieli widzieć także jego atrakcyjność. Europeizowanie Rosji oznaczałoby przecież więcej wolności dla jej obywateli, ograniczenie samowładztwa cara czy znaczny awans cywilizacyjny. Ale elity Moskwy i Petersburga nie chciały nawet o tym słyszeć. Uważały odejście od rosyjskiej tradycji za błąd i słabość. Domagały się nie tylko utrzymania samodzierżawia, ale także zniszczenia wszystkiego, co kojarzy się z Polską, by ta zaraza nie rozlewała się na imperium i nie zatruwała umysłów poddanych cara. Car Mikołaj, następca Aleksandra, szybko skończył z liberalnymi mrzonkami i rozpoczął proces wynaradawiania Polaków – na przykład kradnąc z Warszawy największy księgozbiór w Europie.

Dla bojarów władza oznaczała coś zupełnie innego niż dla Polaków. Bezwzględność i przemoc nie jest według nich objawem barbarzyństwa, ale dowodem posiadanej siły. „Ten właśnie aspekt pomaga uświadomić sobie analiza, jakiej dokonał rosyjski antropolog W.W. Boczarow, porównując rosyjską kulturę polityczną z kulturą polityczną, którą określa się jako zachodnią czy też europejską. W tej pierwszej charakterystyczne jest uznanie przemocy za nieodłączny atrybut władzy. Władza nie tylko może, ale musi odwoływać się w tej tradycji do przemocy, jeśli ma utrzymać swój autorytet. Chodzi tu o przemoc wobec własnych poddanych. Dla Boczarowa jest to zjawisko typowe, jak to uogólnia, dla niezachodnich społeczeństw. „Owa wewnętrzna przemoc ukazuje się przed poddanymi jako wzór ojcowskiej władzy. Ona miała obowiązek odgrodzić społeczeństwo od ciemnych sił, od agentów destabilizacji – odgrodzić przemocą oczywiście. Ofiary były w tej perspektywie całkowicie naturalne, społecznie akceptowalne, można powiedzieć” – opisuje Andrzej Nowak w książce „Historia i polityka”.

Podział na rosyjskość i europejskość jest tu aż nadto jaskrawy. Gdy na Zachodzie dojrzała jest już idea umowy społecznej, która obowiązuje tak poddanych, jak i monarchę, to w Rosji car jest ojcem. Może on karać i karcić poddanych według własnego uznania, a oni muszą wierzyć w słuszność jego decyzji.

 

Nowoczesność niczego nie zmienia

Komuniści jeszcze ten system udoskonalili, nadając cechy niemal nadprzyrodzone partii i jej przywódcom. Jednostka musiała poddać się woli partii, gdyż ona po prostu wiedziała lepiej i prowadziła do celu, którego zwykły człowiek w swoim ciasnym umyśle nie był w stanie pojąć. Stąd przecież wziął się fenomen popierania czerwonej dyktatury nawet przez tych, którzy od niej cierpieli. Sprawiedliwość w rozumieniu zachodnim – prawo do sądu, uczciwego procesu, równości szans itp. – nie miało tam znaczenia. Ważniejsza była – i jak widać, jest nadal – wyższa idea. Nawet jeśli okazuje się zbrodnicza, upiorna czy po prostu szaleńcza.

Obecni mieszkańcy Rosji nie mogą powiedzieć, że nie wiedzą, co się dzieje na Ukrainie. Dostęp do informacji, szczególnie w pierwszej fazie wojny, był powszechny. Wystarczyło chcieć sięgnąć po prawdę. Mimo tego poparcie dla ataku na sąsiedni kraj i dokonywanie tam zbrodni jest powszechne. To właśnie efekt uznania, że car wie lepiej, co jest dobre na „nas wszystkich”. Ofiary nie mają tutaj znaczenia.

W Rosji litera „Z” stała się symbolem poparcia dla krwawej wojny Putina, źródło: rmf24.pl

Dlatego to nie jest tylko wojna o zachowanie lub odbudowanie imperium. Równie istotny jest aspekt oddzielenia się od Zachodu w sferze ideologicznej i aksjologicznej. Rosyjskie elity doskonale zdają sobie sprawę, że przyjmując wartości liberalne – wolność jednostki, nietykalność osobista, swoboda wypowiedzi, wolne wybory, prawo własności – ich kraj nigdy nie będzie stanie konkurować z Zachodem. Zacofanie, stosunek do otaczającej człowieka rzeczywistości i czasu nie zapewnią Rosji przewagi nad Europą czy Ameryką.

Były jednak czasy, gdy samo słowo Moskwa budziło grozę, co dla Rosjan oznacza szacunek. Kozacy poili w Sekwanie swoje konie, gdy panowało samodzierżawie, ZSRS sięgnął po część Niemiec pod przywództwem zbrodniarza Stalina. Demokratyzacja Michaiła Gorbaczowa i Borysa Jelcyna przyniosły biedę, upadek, wstyd i wielką smutę. Rosja jest wielka, gdy władza jest brutalna i nie cofa się przed niczym.

Dlatego zbrodnie na Ukrainie – a wcześniej w Czeczenii czy Syrii – dokonywane są tak jawnie. Rosyjscy przywódcy pokazują, że nie wstydzą się przemocy i zbrodni, gdyż jest ona domeną silnych. Zdobywcy nie mają dylematów, nie wahają się poświęcić tysięcy ludzi dla osiągnięcia wyznaczonych celów.

To otwarte okrucieństwo, a nawet ludobójstwo ma też swój wymiar geopolityczny. W interesie Rosji jest utrwalenie nowego podziału świata, na utworzenie kolejnej żelaznej kurtyny. Nawet jeśli znajdą się po stronie tyranii, to będą odgrywać jedną z kluczowych ról. Odmawianie przywódcom z Kremla przynależności do świata cywilizowanego nie robi na nich wrażenia. Wręcz przeciwnie: wrogość ze strony Ameryki, Wielkiej Brytanii czy Polski, jest dowodem na odzyskiwanie własnej tożsamości. Im więcej barier powstanie, tym lepiej dla tamtejszych elit. Celem tej wojny jest nie tylko podbój, podporządkowanie lub choćby zniszczenie Ukrainy, ale także ostateczne kulturowe, mentalne i aksjologiczne oddzielenie się od zgniłego, dekadenckiego, zdemoralizowanego świata zachodniego, w którym rządzi tylko pieniądz.

„Rosja pragnie być osobną cywilizacją ani europejską, ani azjatycką. Naród rosyjski w przeciwieństwie do wielu innych skonsolidował się jako podmiot wyjątkowej cywilizacji, mającej wszelkie cechy samoistnego i pełnowartościowego zjawiska na skalę planetarno-historyczną” – pisał w 2014 roku Aleksander Dugin, jeden z głównych rosyjskich ideologów nowego imperializmu.

Takie traktowanie własnego narodu oznacza, że Rosjanie sami sobie nadają prawo do decydowania o innych. Także w wymiarze stosowania przemocy. „Cywilizacja rosyjska została stworzona przez Rosjan, ale nie jest przeznaczona tylko dla Rosjan. Ma ona uniwersalistyczne znaczenie. Rosjanie mają więc nie tylko żyć w zgodzie z własnymi zasadami cywilizacyjnymi, lecz także dążyć do tego, by objęły one wszystkich ludzi” – tłumaczył sposób myślenia moskiewskich elit Paweł Rojek w książce „Przekleństwo imperium. Źródła rosyjskiego zachowania”.

Nie oznacza to wcale, że inni mają przyjąć tę cywilizację dobrowolnie. Wszak celem Rosji od XIV wieku jest ekspansja. Stała i na wszystkie strony.

Inne wpisy tego autora

Koniec koncertu mocarstw

Usilne próby Francji i Niemiec, by utrzymać Rosję w gronie mocarstw, pokazują w rzeczywistości skalę kryzysu, w jakim znalazły się najsilniejsze państwa Unii Europejskiej. Mogą

Kiedy Rosja ponosi klęski

Nie wiemy, jak i kiedy zakończy się wojna za naszą wschodnią granicą, ale po kilkunastu dniach widać, że Rosja musi walczyć sama przeciw szerokiej koalicji.

Zderzenie dwóch światów

Kryzys wywołany przez Rosję jest tyleż niebezpieczny, co zagadkowy. Właściwie trudno zrozumieć, o co chodzi Władimirowi Putinowi i jego czekistowskiemu reżimowi, bo niełatwo znaleźć korzyści