Wolny rynek przegra z postępowym „liberalizmem”

Doceniasz tę treść?

Coraz częściej liberalizm zaczyna być odbierany jako pogląd światopoglądowy, a nie gospodarczy. Mianem liberałów zaczęliśmy nazywać osoby, które nie mają z nim wiele wspólnego, budując przekaz oparty głównie na emocjach. Większym liberałem staje się osoba stawiająca sobie za cel równość płci i mniejszości seksualnych niż ta pogrążana w marzeniach o wolnym rynku. Liberalizm został zawłaszczony przez poglądy światopoglądowe, porzucając jego znaczenie gospodarcze. Nowoczesny liberalizm społeczny zwyczajowo zaczyna iść w parze z nacjonalizacją gospodarki, dodrukiem pieniądza, zwiększaniem zadłużenia państwa i zwiększaniem jego roli opiekuńczej.

Niniejszy tekst został zainspirowany bezpośrednią postacią Envera Hoxhy, byłego krwawego albańskiego komunistycznego dyktatora, na którego wiatr historii zaczyna patrzeć przychylniejszym okiem. Pomimo utworzenia dziesiątek obozów koncentracyjnych, obozów pracy, całkowitej izolacji i doprowadzenia gospodarki albańskiej do ruiny, w przestrzeni internetowej (głównie w anglojęzycznych opracowaniach) ukazują się pozytywne artykuły na jego temat. Nawet sama strona poświęcona Hoxhy na Wikipedii ma wydźwięk stawiający go jako w roli wielkiego reformatora, a nie komunistycznego zbrodniarza. Oczywiście, całkowicie bagatelizując dokonane ludobójstwo na przeciwnikach politycznych. Podobnie zaczyna dziać się również z innymi przedstawicielami nurtu komunistycznego, a niektóre partie w Polsce nawet otwarcie czczą urodziny Karla Marksa.

Wydawałoby się to skrajnością, ale do debaty publicznej coraz częściej przedostają się skrajnie „liberalne” pomysły ekonomiczne, od których za bardzo nie ma ucieczki w tej części świata. Klasyczni liberałowie gospodarczy przegrywają pojedynek z postępowymi liberałami społecznymi, wynoszącymi na sztandary hasła, które stanowią ładniejsze opakowanie tego, co już kiedyś było, ale się nie sprawdziło. Liberalizm gospodarczy jest trudny, nieatrakcyjny i wymagający części wyrzeczeń, zaś ten postępowy jest łatwy, lekki i przyjemny. Dlatego konkurowanie pomiędzy nimi z góry zakłada klęskę klasycznego liberalizmu.

 

Wyznawcy Nowoczesnej Teorii Monetarnej (MMT)

Charakterystycznym poglądem wyznawanym przez postępowych „liberałów” jest wiara w Nowoczesną Teorię Monetarną (MMT). Innymi słowy i najprościej rzecz ujmując, jest to wiara w nieograniczony dodruk pustego pieniądza, który nie powoduje inflacji. Ponadto jego zwolennicy uznają, że nie ma technicznej możliwości bankructwa państwa, skoro jest emitentem własnej waluty[1]. Wyznawców Nowoczesnej Teorii Monetarnej można uznać za pewnego rodzaju zamkniętą sektę, która odrzuca w większości klasyczną „neoliberalną” ekonomię, gardząc otwarcie jej postulatami i dotychczasowym dorobkiem naukowym. Wierząc w nieograniczony dodruk, traktując masowy skup obligacji przez Bank Centralny jako antidotum na uczynienie wszystkich szczęśliwymi i bogatymi. Historia pokazała na co najmniej kilkudziesięciu przykładach, że ten pogląd nie działa. Znane są bankructwa m.in. Turcji (1999 r.), Rosji (1998 r.), czy Argentyny (2001 r.), które odbyły się pomimo emisji i spłaty zadłużenia we własnej walucie[2].

Do niedawna zwolennicy Nowoczesnej Teorii Monetarnej pokazywali przykład Japonii, jako ten budujący zasadność ich twierdzeń. Pomimo relacji długu do PKB na poziomie przekraczającym 260 proc.[3] uniknęła ona bankructwa i nadal jest jednym z czołowych krajów świata pod względem gospodarczym. Nie wspominają oni jednak o tym, że od 30 lat ten kraj jest pogrążony w stagnacji, a w ciągu ostatnich 10 lat japoński jen stracił połowę wartości względem dolara amerykańskiego. Masowy dodruk pieniądza w Polsce, który odbywał się w latach 2020–2021 (aby złagodzić skutki pandemii) przyniósł 283 mld zł nowopowstałych pieniędzy[4]. Miał on oczywisty wpływ na wzrost inflacji w Polsce. Jednakże zwolennicy MMT uznają, że głównym czynnikiem determinującym inflację nie jest sztuczna kreacja pieniądza, a… chciwość przedsiębiorstw.

 

Potrzeba ekonomicznego disco-polo, a nie nut Ludwiga van Beethovena

Klasyczni liberałowie mają tendencję do promowania swoich twierdzeń w dosyć sztywny i odpychający sposób. Ich twierdzenia są nieczytelne, a wyobraźnia przeciętnego człowieka nie jest w stanie objąć ich rozumem. Deficyt budżetowy czy dług publiczny stanowią tak abstrakcyjne liczby wyrażone w miliardach złotych, że pojęcie ich miary staje się nieosiągalne i towarzyszy temu myśl: „to mnie nie dotyczy”.

Do miana legendy przeszły słowa ówczesnego Ministra Finansów Jacka Rostowskiego z 2015 roku: „pieniędzy nie ma i nie będzie”[5], który tak ocenił szansę powodzenia pomysłów programowych Prawa i Sprawiedliwości zakładających zwiększenie wydatków socjalnych. Od tamtego czasu minęło ponad 8 lat, a pomimo tego znalazły się one m.in. na tak sztandarowy program, jakim jest „500+” i inne dodatki związane z polityką społeczną.

Pieniędzy miało nie być, ale się znalazły, to w końcu jak to z nimi jest? – spyta przeciętny człowiek, pobieżnie śledzący politykę fiskalną oraz monetarną. Na tej podstawie bardzo łatwo jest wykreować obraz tego, że cięcia budżetowe nie mają sensu, a państwo zawsze sobie jakoś poradzi. Bardzo prosto i równie szybko kompromitacji uległo budowanie narracji strachu. Przekazanie czegoś w prosty sposób poprzez nośne hasła: „Polska drugą: Grecją, Turcją lub Wenezuelą” odniosło odwrotny skutek do zamierzonego. Powyższa sytuacja nigdy nie nastąpiła, a pamięć o nich stanowi bardzo prosty mit do obalenia nawet przez lokalnych amatorów destylatów na dożynkach.

Polska nagle od rosnącej roli polityki socjalnej nie zbankrutowała, a miała podzielić los Greków. Trudno jest to teraz komuś wytłumaczyć, dlaczego to się nie wydarzyło. Jak w tej sytuacji można uznawać się za wiarygodnego? Zwiększanie wydatków budżetowych, a także kreacji pieniądza przyniosło nowe pakiety pomocy dla obywateli. Do miana legendy urosły 13. i 14. emerytury, bony turystyczne, bony szkolne, dodatki węglowe i inne podobne prezenty.

Zbankrutowaliśmy? Nie. Mamy drugą Turcję? Nie. Czy społeczeństwo realnie na tym skorzystało? Tak. Dlaczego zatem nie można robić tego więcej? Trudno jest wyprowadzić sensowne kontrargumenty, kiedy przeciętny człowiek widzi jedynie drugą, tę dobrą stronę medalu. Stanowi to podwaliny do budowania nowych skrajności w kontekście podejścia do budżetu, a także zwiększania zadłużenia. Nośne hasła o powszechnym dobrobycie łatwo się sprzedają. Ich twórcy robią to poprzez granie ekonomicznego disco-polo, kiedy klasyczni liberałowie chcą to tłumaczyć skomplikowanymi nutami, próbując zagrać im Piątą Symfonię Ludwiga van Beethovena. Prawie każda próba spłycenia i uproszczenia tematu przypomina przeniesienie tego utworu na akordeon i granie z kubeczkiem w tramwaju. Ktoś słucha, ale z wątpliwą przyjemnością i najchętniej na najbliższym przystanku zakończyłby podróż.

 

Oczywista wizja przyszłości

Docierając do tej części analizy, czytelnik mógłby odnieść wrażenie, że jego autor poczynił znaczący błąd poznawczy, gdyż umiejscowił postępowy liberalizm społeczny w jednym szeregu z minionymi ośmioma latami rządów Prawa i Sprawiedliwości. Partii, której raczej daleko było do postępowej wizji świata pod względem społecznym. Jednakże zasadniczym punktem wspólnym jest spojrzenie na kształtowanie się polityki fiskalnej i monetarnej, która znacząco nie odbiegała od szeroko rozumianych lewicowych postulatów gospodarczych.

Miniona dekada przyniosła ugruntowanie postępowego liberalizmu w Unii Europejskiej. W 2016 roku na 28 państw członkowskich, aż w 10 z nich władzę sprawowały koalicje lub partie rozumiane jako lewicowe, głównie miało to miejsce w Europie Zachodniej[6]. Gdybyśmy przyjrzeli się dyskusjom dotyczącym kształtu, w jakim powinna zmierzać europejska gospodarka, to aż nadto przebijającą się koncepcją w debacie publicznej jest ta mówiąca o wprowadzeniu gwarantowanego dochodu podstawowego. Nie ulega wątpliwości, że zasadne staje się tutaj pytanie, nie „czy”, a „kiedy”.

Kolejną bezdyskusyjną kwestią, nad którą będzie toczyć się w najbliższym czasie spór liberalno-liberalny, jest koncepcja ograniczenia liczby godzin pracy w tygodniu, a także sensu pracy samego w sobie. W poważanych tytułach prasowych można odnaleźć promowanie zjawiska „snail girl”. Polega ono na odrzuceniu przez młode kobiety na rynku pracy tempa, które miało pokolenie ich rodziców i dziadków. Odrzucając zarazem potrzebę nawet nie tyle co nadgodzin, a jakiejkolwiek pogoni za sukcesem. Towarzyszy temu wybór spokojniejszego wykonywania obowiązków[7].

Bardzo ciekawe badanie dotyczące najmłodszego pokolenia na rynku pracy przeprowadziło ADP pt. „People at Work 2022: A Global Workforce View”, z którego wynika, że aż 62,39 proc. młodych oczekuje elastycznych godzin pracy, które mogliby przenosić wedle uznania.[8] Odmienność najmłodszego pokolenia będzie przyspieszał proces ekspansji postępowego liberalizmu i nie ma od tego odwrotu. Prawdopodobnie za mniej niż dekadę odczują to pracodawcy, a sam trend skrócenia czasu pracy do 4 dni w tygodniu będzie wynikał z wymagań pracowników na rynku pracy, a nie odgórnej regulacji. Inaczej nierealne będzie znalezienie pracownika. Zwłaszcza przy tak fatalnie wyglądającej demografii i braku zastępowalności pokoleń. Jedynym czynnikiem mogącym zatrzymać ten proces może być wystąpienie większego kryzysu światowego.

 

Liberalizm gospodarczy jest nieatrakcyjny

W połowie maja 2023 roku światło dziennie ujrzał raport Stowarzyszenia Libertariańskiego pt. „Wolność pod Lupą”, z którego wynika, że osoby o liberalnych poglądach gospodarczych stanowią ok. 20 proc. wszystkich wyborców. Ponad 50 proc. z nich nie identyfikuje się z żadną partią polityczną w Polsce, a dominującą grupą wiekową jest przedział 30–39 lat[9]. Sama analiza wskazuje jednak, że wśród badanych w większym stopniu znaczenie mają czynniki światopoglądowe, aniżeli gospodarcze. Pomimo tego, wskazane wyżej 20 proc. nie stanowi bardzo wysokiej wartości. Zasadniczym problemem liberałów w Polsce jest zbyt słaba kreacja przyszłych autorytetów i liderów w zakresie ekonomii. Większość Polaków pojmuje ich przez pryzmat Leszka Balcerowicza, który przez część społeczeństwa jest utożsamiany z koszmarem przemian ustrojowych (zwłaszcza wśród starszych osób z prowincji). Sam Leszek Balcerowicz ma już 76 lat i jego wpływ na politykę od ponad 20 lat się marginalizuje. Pomimo prób wykreowania jego następców w środowisku liberalnym, nie udało się stworzyć ani jednego dużego autorytetu, który ma posłuch społeczny. Zwyczajowo w przestrzeni publicznej liberalizm utożsamia się z biedą lat 90. i jego rozwiązania traktuje się jako element zastraszania społeczeństwa.

Liberalizm gospodarczy nie jest atrakcyjny nawet dla społeczeństw pogrążonych w kryzysie. Doskonałym przykładem będzie tutaj „argentyński Syndrom Sztokholmski”. Pomimo panującej tam ponad 100-procentowej inflacji i wielodekadowych nieszczęść gospodarczych, peroniści (większa rola państwa w gospodarce) mają nadal wysokie poparcie społeczne. Nawet w aktualnie trwających wyborach prezydenckich, kiedy obecna władza nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań zagranicznych wyrażonych w dolarze. Skutkuje to brakiem ropy naftowej, a do opinii publicznej przekazuje się, że winnymi tej sytuacji są „chciwi przedsiębiorcy”, a nie fatalna polityka gospodarcza rządu. Kandydat, który pozbawił Argentyńczyków paliwa na stacjach benzynowych poprzez lekkomyślną politykę fiskalną, góruje w sondażach nad liberałem Javier Milei i to pomimo 9 bankructw tego kraju. Ostatnie miało miejsce w marcu 2022 roku, więc nie tak dawno.

 

Podsumowanie

W Polsce nie ma wyrazistych następców i kultywatorów liberalnej myśli gospodarczej, a coraz bardziej do głosu zaczynają dochodzić skrajności w postaci wyznawców Nowoczesnej Teorii Monetarnej. Będący niegdyś na marginesie debaty gospodarczej, dziś coraz częściej są cytowani, a także zapraszani do poważnych środków przekazu. Klasyczni liberałowie gospodarczy pomimo posiadania stabilnej bazy w postaci 20 proc. społeczeństwa, mają zbyt małą siłę przebicia w konfrontacji z ekonomicznym populizmem. Ponadto postępowy liberalizm pojmujący gospodarkę poprzez zwiększanie roli państwa w niej oraz dodruk pieniądza ma także swoich zwolenników wśród konserwatywnych polityków. Rozwiązania dotyczące ekspansywnej polityki fiskalnej oraz ekspansywnej polityki pieniężnej są atrakcyjne dla przeciętnego odbiorcy, który nie do końca rozumie konsekwencje podejmowanych decyzji. W związku z tym nie ma nawet znaczenia, czy będzie to oczywisty (klasyczny) socjalizm lub postępowy liberalizm. Mają one wspólny mianownik dotyczący funkcjonowania gospodarki. Klasyczni liberałowie nie mają zaś żadnych szans w tym starciu i po prostu są nieatrakcyjni w odbiorze społecznym.

 

 

Przypisy:

[1] https://www.obserwatorfinansowy.pl/bez-kategorii/rotator/1441984-2/

[2] https://www.sciencedirect.com/science/article/abs/pii/S0261560615000583

[3] https://pl.tradingeconomics.com/japan/government-debt-to-gdp

[4] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Polski-zloty-padl-ofiara-COVID-a-8100206.html

[5] https://www.polsatnews.pl/wiadomosc/2022-09-19/graffiti-gosciem-programu-jacek-rostowski-ogladaj-od-740/

[6] https://oko.press/europa-rzadzi-lewica

[7] https://www.money.pl/gospodarka/girl-boss-to-juz-przeszlosc-wraz-z-pokoleniem-z-do-biur-wkroczyla-snail-girl-6950626536037184a.html

[8] https://hrnews.pl/z-jak-zmiana-o-tym-jak-pokolenie-z-odmienia-rynek-pracy

[9] https://slib.pl/wp-content/uploads/2023/07/Wolnosc-pod-lupa.-Moj-jest-ten-kawalek-podlogi.pdf

Inne wpisy tego autora

Nie mieszajmy maluchów ze średniakami

W obliczu rosnącej biurokratyzacji prawa i postępującej regulacji rynku przez UE niezbędne jest pojęciowe oddzielenie firm małych od średnich – mówi Cezary Bachański, ekspert rynku