Kultura „płynności” wolna od rozumu

Doceniasz tę treść?

Żyjemy w czasach, w których pewne zaburzenia podnosi się do rangi „tożsamości” i „identyfikacji”. Dzieciaki zmagające się z problemami winią za nie świat, który ich nie akceptuje. Sprzyja temu rozwadnianie pojęcia męskości, a problem potęguje brak stabilnych figur ojcowskich. Upłynniane są również inne pojęcia i struktury dotychczas sprzyjające budowie relacji i nadawaniu życiu czy rzeczywistości sensu. Sądzę, że winna jest raczej ta połowa świata, która znaczenia rozbija, nie oferując wiele w zamian. Utwierdza natomiast młodych w przekonaniu, że to właśnie świat powinien się zmienić, a nie oni udać po pomoc oraz uznać prawidła rozumu i konsekwencji pojęciowych.

 

Męskość w liberalno-lewicowym wydaniu

Mężczyźni nie mają dobrej prasy. Bardzo dużo uwagi poświęca się ich rzekomemu uprzywilejowaniu w życiu codziennym, grzechach patriarchatu, nierównościach, które mają generować, wyższych stanowiskach i płacach, które mają przypadać im w udziale. Niewiele natomiast pisze się i mówi o drugiej stronie medalu – to mężczyźni częściej imają się bardziej niebezpiecznych i niewdzięcznych prac, które nierzadko kończą się wypadkami, urazami, a nawet śmiercią. Według raportu WHO z 2019 roku jasno wynika, że zdecydowanie więcej mężczyzn niż kobiet odbiera sobie życie w wyniku samobójstwa. W Polsce te dane są zatrważające, wskaźnik jest jednym z najwyższych (IV miejsce) w Europie – siedmiokrotnie więcej Polaków odbiera sobie życie, niż ma to miejsce w przypadku Polek. Według danych Eurostatu w przedziale wiekowym 25–64 wyższe wykształcenie posiada 38,8% Polek i tylko 26,9% mężczyzn. Co ciekawe, powszechnie mówi się o nierównym dostępie do stanowisk i różnicowaniu płac ze względu na płeć. Środowiska liberalno-lewicowe w potocznym dyskursie mówią z tęsknotą w głosie o zachodnim standardzie. To błąd. Znów według danych Eurostatu, w Polsce luka płacowa jest jedną z najniższych w Europie – wynosi 8,5% przy średniej unijnej na poziomie 14,1%. Jak jest w kwestii dostępu do stanowisk? Tu znów kłania się Eurostat – według danych z 2019 roku kobiety stanowiły w kraju nad Wisłą 47% kadry managerskiej. To drugi najlepszy wynik w Europie. Co ciekawe, Polska, ale także kraje Europy środkowo-wschodniej wypadają w tych kwestiach dużo lepiej od państw usilnie wdrażających politykę równości płci z ideologicznymi naciskami, tzw. gender equality. Stosunkowo mało mówi się o innych nierównościach – mężczyźni często są na przegranej pozycji w kwestii kontaktów z dziećmi po rozwodzie ze współmałżonką, częściej odsiadują wyroki (według badań uniwersytetu Michigan z 2012 r. mężczyźni piętnaście razy częściej niż kobiety trafiają za kratki), także częściej padają ofiarą przemocy na ulicy – ze strony innych mężczyzn. Czy wspomniane zmiany są szeroko omawiane w społecznym dyskursie? Niekoniecznie.

Od dłuższego czasu obserwuję jak w przestrzeni medialnej, popularnych lewicowych i liberalnych środkach przekazu prezentowany i omawiany jest wizerunek mężczyzn. Myślę, że moja perspektywa może być interesująca, gdyż nigdy nie definiowałem się jako konserwatysta, wywodzę się z liberalnego ideowo pnia (akcentującego zarówno swobody osobiste, jak i wolności gospodarcze) i przez taki mniej więcej filtr patrzę przez większość swojego dojrzałego życia. Dlatego z tym większym zakłopotaniem analizuję z jak dużą dozą jednomyślności, braku niuansowania i silnymi, często negatywnie nacechowanymi tezami, formułowany jest w tych mediach przekaz odnoszący się do mężczyzn.

Codziennie powstaje wiele artykułów, zatrzymajmy się na tytułach, leadach i nagłówkach kilku z nich: „Jarniewicz: Nasz świat kształtuje mitologia męskiej siły. Moja książka jest o potrzebie słabości” – 07.09.22, Gazeta Wyborcza; „Czas pożegnać się z honorem, tą kwintesencją toksycznej męskości” – Katarzyna Wężyk, 28.06.22; Gazeta Wyborcza. „Prawdziwych mężczyzn już nie ma” – Krzysztof Tomasik, Vendula Czabak, 12.08.22, Krytyka Polityczna; „One się emancypują, a oni chcą być jak Zawisza Czarny”, Paulina Januszewska, 24.08.22, Krytyka Polityczna.

Jest tego cała masa. Nietrudno zauważyć, że w samych nagłówkach atrybuty tradycyjnie przypisywane do pojęcia męskości – rywalizacja, siła, honor, także rodzaj niekiedy koniecznej agresji, są wyraźnie tępione. Oczywiście, mamy pewne wyjątki, istnieją pogłębione analizy, teksty, audycje czy materiały uwypuklające inne aspekty, ale generalnie wygląda to tak: O mężczyznach, szczególnie jeśli są nimi Polacy, dobrze jest pisać w tonie: to chamy, prostaki, pijacy, żonobijcy, wieśniacy, brzydale, przemocowcy, napchani testosteronem mizogini, kibole, alimenciarze, nieudacznicy, impotenci, wieczni marzyciele, Piotrusie Panowie, odstający od europejskich norm klerykalny ciemnogród, który nie potrafił porządnie zejść z drzewa.

Czy oznacza to, że przestrzeń medialna pozostawia męską płeć tylko z tym sadystycznym opisem, kanonadą nieustającej krytyki i ciosania kołków na głowie? Nie. Na to, jaki w liberalnych mediach obrano kierunek konstruowania kontr-wizji męskości rzuca światło wywiad przeprowadzony w roku 2019 na łamach Gazety Wyborczej zatytułowany: „Nadchodzą nowi mężczyźni. Wkurzeni, z makijażem, intymnie wydepilowani, w celibacie wbrew swojej woli, modni, ładni i karmiący”. Już sam tytuł sporo zdradza. Jeden z fragmentów przedstawia się następująco:

„Prawdą jest też to, że teraz to kobiety są na fali. Najprostszym sposobem, żeby sprawdzić nastroje i to, co ludzie myślą, jest wejście w Google’a. Wpisz hasło polscy mężczyźni i zobacz, jakie wyniki podpowiada wyszukiwarka. Dobrze, poczekaj, wpisuję… Polscy mężczyźni: są brzydcy, to nieudacznicy, za granicą, najbrzydsi, zaniedbani, biedacy. A.M.: Sam widzisz. Wychodzi, że wizerunek mężczyzn wykazuje pewne deficyty w kwestii urody czy wyglądu, a także szeroko rozumianej zaradności życiowej. Co ciekawe, jakbyś wpisał hasło polskie kobiety, to wyjdą ci sławne Polki, wybitne Polki czy Polki w dziedzinie nauki. (…) Czy da się powiedzieć, jaki jest czy powinien być ten dzisiejszy prawdziwy mężczyzna? A.M.: Podczas naszego badania przyglądaliśmy się, w jaki sposób kultura opisuje mężczyzn w zachodnim kręgu kulturowym. I okazuje się, że to, co się wyłania dzisiaj – bo oczywiście wzorzec zmienia się w czasie – to cztery kluczowe wymiary: dbanie o wygląd i świadomość własnego wizerunku, partnerstwo w relacjach z członkami rodziny (kobietami), emocjonalność, czyli empatia i akceptacja ekspresji własnych uczuć oraz otwartość: obyczajowa, wrażliwość społeczna, brak uprzedzeń, zaufanie do innych ludzi i swego rodzaju optymizm. To według nas cztery wskaźniki nowej męskości”.

Wszystkie z wymienionych wymiarów „nowej męskości”, niczego im nie ujmując, są archetypicznie spoza męskiego świata, to naturalne kobiece sfery. Nie znaczy to, że mężczyźni mieliby z nich nie czerpać, ale z aspektów typowo męskich; siły, rywalizacji, stanowczości, zasad, liderowania etc. tam nie ma. Wydaje się, że jest to więc proces formatowania mężczyzn podłóg pewnych jasno ideologicznie określonych oczekiwań i fantazji. Sam tekst pokazuje ponadto rozdźwięk pomiędzy medialnym wizerunkiem kobiet, które często są przedstawiane jako młode geniuszki, dojrzałe business women z powodzeniem prowadzące swoje firmy, jednym słowem, kobiety na dachach świata, przy których pokraczny i otulony w zwierzęce skóry męski jaskiniowiec nie nadąża. By nadążyć, musi swoją bazową męskość rozwodnić, pozbyć się honoru, rywalizacji etc. Wydaje się, że znaczenie ma tu do odegrania także czynnik modowy.

 

Perły przed mężczyzn

Dyskusję wśród moich internetowych znajomych wywołał ironiczny komentarz: „Hefner się w grobie przewraca” dotyczący niedawnych okładek pisma Playboy, na których pozowali młodzi mężczyźni w stringach, makijażu i spódnicach. Jeszcze większe poruszenie nastąpiło, gdy udostępniłem na Facebooku fragment artykułu Onet.pl z działu „Styl życia”. Na zdjęciu do tekstu widnieje młody mężczyzna z dłuższymi włosami, w sweterku, z szyją ozdobioną sznurem pereł. Fragment leada brzmiał natomiast: „Już w ubiegłym roku pisano, że do pereł zaczynają przekonywać się mężczyźni i zbliża się kolejna rewolucja w modzie. Nie pomylono się, bo panowie rzeczywiście coraz częściej zakładają perły”. Na uwagę, że krytyka męskich aspektów przy jednoczesnej promocji zniewieściałego stylu ubierania może zawierać elementy świadomej kreacji postaw i życiowych wzorców, odezwał się do mnie chór adwersarzy. Dziennikarze, socjologowie pracujący na uczelniach, krytycy filmowi i aktywiści zaczęli wysyłać mnie do lekarza, pytać czemu się czepiam, przekonywać, że w zasadzie prawdziwa męskość już nie istnieje, dopytywać czy aby na pewno sam jestem pewien własnej męskości, zasypywać mnie zdjęciami sarmackich kontuszy i nalegać, bym powrócił z podróży w XIX wiek. Sądziłem, że pytania po prostu należy stawiać, że kanon męskości istnieje, a ja całkiem dobrze się ze sobą czuję w XXI wieku. Wydaje się również, że kontekst ma jednak znaczenie i szlacheckie długie stroje sarmatów nie ujmowały tamtejszym magnatom męskości, podczas gdy dzisiejszy trend ubierania (a raczej zachęcania do ubierania) mężczyzn w perły i spódnice ma jednak inny wydźwięk i w innym kontekście jest osadzony.

O to, dlaczego napotkałem tak silną reakcję na swój komentarz i dlaczego usiłowano w kontrze podważyć moją męskość, zapytałem psychoanalityka lacanowskiego Pawła Droździaka, który poza praktyką kliniczną prowadzi bloga, w którym z perspektywy psychoanalitycznej komentuje wydarzenia społeczno-polityczne. Droździak przekonuje, że rzeczywistość, w której formułujemy opinie należy rozdzielić na erę przedfreudowską i tę już po Freudzie. Wiele wieków temu słowa były traktowane literalnie, dokładne wykonanie pewnych zabiegów, rytuałów, czy po prostu przekazanie w sposób werbalny obwieszczeń było traktowane samo przez się. Z nastaniem myślicieli typu Sokrates przyszło niuansowanie i podważanie. Ale na tym nie koniec. Droździak podaje tu przykład analizy zwrotu: „Czcij ojca swego i matkę swoją”:

„Freud idzie jeszcze dalej. Matkę i ojca powiadasz? Czcić? Tego ojca? Co masz na myśli, mówiąc o czczeniu? Bo ostatnio śniło ci się, że go wyrzucasz z domu. To kiedy jesteś prawdziwy? To ma wielkie znaczenie, bo kiedy podważona jest spójność w samym mówiącym, każda kategoria taka jak męskość, honor, patriotyzm staje się o tyle podejrzana, że domyślamy się drzemiących pod nią zupełnie innych rzeczy. Przed Freudem można było powiedzieć, że ktoś powołuje się np. na patriotyzm, a w gruncie rzeczy zarabia na wojnie. Julian Tuwim sporo o tym pisał z tej perspektywy. Ale po Freudzie idziemy o wiele dalej. – Męskość powiadasz? Lecz co masz na myśli? Mój rozmówca przekonuje, że popełniłem grzech dosłowności, a tym samym podłożyłem głowę pod topór: – Jeśli określasz męskość w jakikolwiek sposób literalnie, pozycjonujesz ją jakkolwiek, próbujesz definiować, narażasz się na to, że zostanie ci zarzucona wewnętrzna niespójność. Czyli możesz mężczyzną być, ale już nie możesz bezkarnie mówić jak nim być. I siły zmiany społecznej chętnie tu korzystają z tego freudowskiego dorobku. Ktoś kto powie, że chłopak w sznurze z pereł jest niemęski naraża się na freudowski zarzut niepewności co do własnej męskości. Ale warto pamiętać, że w tym samym czasie ten chłopak w naszyjniku z pereł jest całkowicie odporny na ataki ze strony pop-freudystów. Dlaczego? Z prostego powodu. On niczego nie stara się zbudować, a jedynie coś dekonstruuje. Chłopak w perłach wygrał w przedbiegach. Jako mężczyzna weźmiesz kobiecie walizkę i włożysz na półkę w pociągu. Krystyna Janda narzekała kiedyś, że nikt się nie ruszył i nie chciał dostrzec w niej kobiety. Właśnie dlatego, że owo męskie ja-jako zostało już w kulturze podważone. Chłopiec z perłami tej walizki nie weźmie, chyba że niosąca ją osoba, teatralnie odgrywając przemęczenie, uruchomi mu empatię”.

Zatem według psychoanalityka lacanowskiego próba zdefiniowania męskości jest z góry skazana na porażkę, wygrywa ten, kto dekonstruuje pojęcia.

 

Zniszcz stare, buduj nowepostmodernizm i polilogizm

Proces dekonstrukcji pojęciowej, w tym służący do rozwodnienia kategorii męskości oraz innych społecznych definicji i norm, stanowi ważny aspekt kampanii na rzecz zamiany społecznej spod znaku lewicowego aktywizmu, w tym transaktywizmu. Został on precyzyjnie zdefiniowany i opisany przez autorów książki „Cyniczne Teorie”, Helen Pluckrose i Jamesa Lindsaya:

„Teoria queer zakłada, że opresja wynika z kategoryzacji, która pojawia się za każdym razem, gdy język konstruuje poczucie normalności poprzez tworzenie i utrzymywanie sztywnych kategorii płci (mężczyzna i kobieta), gender (męskiej i żeńskiej), oraz seksualności (hetero, homo, bi itp.) i wpisywanie w nie ludzi. Te pozornie oczywiste koncepcje postrzegane są jako opresyjne, a nawet brutalne, dlatego głównym celem teorii queer jest ich badanie, kwestionowanie i obalanie w celu ich rozłożenia. Działania te opierają się na postmodernistycznej zasadzie wiedzy – odrzucającej możliwość istnienia obiektywnej rzeczywistości – oraz postmodernistycznej zasadzie politycznej – rozumiejącej społeczeństwo jako zorganizowane w niesprawiedliwe systemy władzy, które same się wzmacniają i utrwalają. (…) Granice są arbitralne, opresyjne i można je wymazać, sprowadzając do oczywistego absurdu. (…) Może to uczynić teorię queer frustrująco trudną do zrozumienia, ponieważ ceni ona niespójność, nielogiczność i niezrozumiałość. (…) Niemniej wywarła ogromny wpływ na rozwój teorii postmodernistycznej w jej nowsze, praktyczniejsze formy. Szczególnie w takich dziedzinach jak gender studies, transaktywizm, disabillity studies i fat studies”.

Jedną z cech tej „filozofii” jest sceptycyzm wobec istnienia obiektywnej prawdy i wiedzy oraz postrzeganie ich przez pryzmat konstruktów kulturowych. Ważne jest zatem raczej nie „co jest mówione”, lecz „kto mówi” i jakie można wykuć wyobrażenie na temat przekazu, gdyż wyrasta on z określonych motywacji, ideologii, ma jakieś mniej lub bardziej jawne cele itp. Jeśli są to według postmodernistycznych aktywistów tezy niebezpieczne, należy je rozpoznać i poddać procesowi dekonstrukcji. Autorzy „Cynicznych Teorii” jako protoplastów tychże filozofii słusznie wskazują francuskich myślicieli – Foucaulta, Deluze’a i Derridę, ale co ciekawe podobny kierunek myślenia można odnaleźć wcześniej wśród marksistowskich teoretyków. Ludwig von Mises w swojej książce „Rząd wszechmogący” wymienia proletariackiego intelektualistę, Josefa Dietzgena, który przekonywał, iż „Myśl jest determinowana przez pochodzenie klasowe myślącego”. Idąc tym tokiem rozumowania, wytworem myśli nie jest prawda, lecz ideologia. Mises przekonuje, że dzięki tego typu zabiegom marksistowscy myśliciele starali się znaleźć odpowiedź na krytykę ze strony adwersarzy, którzy wytykali im niespójności logiczne i braki w konsekwencji pojęciowej. Dla opisu tych zabiegów austriacki ekonomista żydowskiego pochodzenia ukuł termin „polilogizm”; „Dyskutowanie o czymkolwiek z ludźmi z innej klasy społecznej jest zatem bezcelowe. Ideologii nie trzeba obalać za pomocą dyskursywnego rozumowania – należy je demaskować przez wskazanie pozycji klasowej i pochodzenia społecznego ich autorów” – pisał w 1944 roku tuż po ucieczce z nazistowskiej Austrii. Teraz współcześni aktywiści według Pluckrose i Lindsaya: „Jest to zrozumiałe posunięcie postmodernistów odrzucających istnienie jakichkolwiek obiektywnych kryteriów rygoru czy jakości. Ich zdaniem istnieją tylko te, które zostały uprzywilejowane lub zmarginalizowane”. Brzmi podobnie?

Ci ostatni, podobnie jak marksistowscy ideolodzy zdają się niezrażeni niemożnością stworzenia spójnej struktury, w której jedno wynika z drugiego. Tę pojęciową gmatwaninę uchwycił z kolei konserwatywny autor i filozof Ryan T. Anderson w książce „Kiedy Harry stał się Sally”;

„Aktywiści (…) niezależnie od tego, czy identyfikują się jako osoby cispłciowe czy też transpłciowe, agitują na rzecz skrajnie subiektywnego i pozbawionego spójności światopoglądu. Z jednej strony przekonują, że prawdziwe ja jest czymś istniejącym poza ciałem fizycznym, jakby w duchu nowego gnostyckiego dualizmu, ale jednocześnie wyznają filozofię materialistyczną, w której istnieje tylko świat rzeczywisty, namacalny. Twierdzą, że płeć jest konstruktem czysto społecznym, przy czym podkreślają, że człowiek może być uwięziony w niewłaściwym ciele. Ich zdaniem nie ma istotnych różnic między kobietą a mężczyzną, a jednak powołują się na sztywne stereotypy płciowe i uznają, że tożsamość płciowa jest rzeczywista, ale jej ludzkie wcielenie już nie. Utrzymują, że istnieje wewnętrznie skrywane prawdziwe ja, które czeka na odkrycie. Lansują zatem radykalny, ekspresyjny indywidualizm, który pozwala na nieograniczone działanie i definiowanie prawdy wedle upodobania, a jednocześnie próbują wymusić akceptację paternalistycznej ideologii transpłciowej.Trudno jest naprawdę pojąć, do jakiego stopnia można pogodzić ze sobą tak sprzeczne stanowiska”.

Anderson podejrzewa, że gdyby aktywiści usiłowali jednak skleić swoje założenia w jedną całość, mogłoby dojść do nieodwracalnego kolapsu. Nie poprzestaje jednak na tej ogólnej konkluzji, a za pośrednictwem książki pyta, w jaki sposób można twierdzić, że płeć jest konstruktem społecznym, a jednocześnie przekonywać, że tożsamość płciowa może być wrodzona i niezmienna? Albo dopytuje, w jaki sposób dana tożsamość płciowa może pozostać niezmienna wobec tego, że konstrukty społeczne są zmienne? Ostatnie pytanie, jakie stawia, brzmi: „Dlaczego nasze odczucia mają determinować rzeczywistość w kwestii płci, choć w wielu innych aspektach już nie?”.

 

Płeć jako przedstawienie

Nie ulega wątpliwości, że konsekwentne próby rozwodnienia podstawowych pojęć i kategorii płciowych mają swoją wagę i wpływają na otaczającą nas rzeczywistość. Autorzy „Cynicznych Teorii” wskazują kilka podstawowych punktów służących aktywistom dążącym do zmiany społecznej i walczącym z kategoryzacjami konstytuującymi takie pojęcia jak męskość. Są nimi ożywiające postmodernizm (który zachował swoje dwie prymarne cechy – zasady wiedzy i polityki) i przenoszące go na wyższy poziom użyteczności: zacieranie się granic, relatywizm kulturowy, fiksacja językiem i dyskursami, zanik indywidualizmów i uniwersaliów.

Gdy mowa o dekonstrukcjach pojęciowych, szczególnie jeśli chodzi o płeć, nie można nie wspomnieć o autorce głośnej książki „Uwikłani w płeć” Judith Butler. Przez przeciwników nazywana jest ona królową bełkotu, a to ze względu na zawiły, często niejasny sposób formowania myśli. Jeśli w sposób prosty spróbujemy zdefiniować psychoanalizę jako dziedzinę służącą myśleniu i nadawaniu rzeczywistości znaczeń, nie zdziwimy się, że Butler, dla której płeć jest swego rodzaju odgrywanym show wymagającym nieustannego podtrzymywania, w pewien sposób zaatakuje Freuda i Lacana. W jej książce znajdziemy opis, interpretacje i krytyki psychoanalizy oraz stosunku Lacana do języka. Butler przeciwstawia temu ostatniemu właśnie Foucaulta: „Dzięki foucaultowskiej krytyce genealogicznej możliwa staje się krytyka teorii Lacana oraz teorii neolacanowskich, uznających marginalne formy seksualności za kulturowo niezrozumiałe” – pisze w „Uwikłanych w płeć”.

A może jednak coś takiego jak męskość rzeczywiście nie istnieje i odwołujący się do tego pojęcia, przywołują martwego boga? Wszak nawet Anderson w swojej książce, polemizując z aktywistami trans, pyta: „Czym jest owa męskość i jakbyśmy ją definiowali?”. O tę sprawę zapytałem filozofkę Annę Patrycję Czepiel, autorkę książki „Ontologia Symetryzmu”:

„To pytanie jest specyficzne, bo tak naprawdę w dużej mierze – nawet bardziej, niż nam się wydaje – wiąże się z oczekiwaniami, jakie mamy wobec relacji romantycznych. Poszukując partnera lub partnerki, nie mamy ze sobą tabeli z „męskimi” lub „kobiecymi” cechami, które po kolei odhaczamy, ale z jakiegoś powodu wydaje się nam, że dane zachowanie, zwłaszcza u podobającej się nam osoby, jest na przykład „męskie” albo „kobiece”. Może więc będę tu bliska relatywizmowi i „miękkiej koncepcji prawdy”, ale odpowiem, że – poza ewidentnymi faktami biologicznymi – definicja męskości i kobiecości jest trudno uchwytna. Ale wbrew pozorom to właśnie taki pogląd pozwala obronić przekonanie, że istnieje jednak jakaś natura mężczyzny i kobiety, nie popadając jednocześnie w ograniczające jednostkę ścisłe wymogi i definicje, że kobieta musi być opiekuńcza, a mężczyzna władczy. Kiedy mówię na przykład: „plotkowałam z koleżankami o facetach” albo „miałam uwodzicielskie wystąpienie na konferencji”, albo gdy widzę, że jakiś mężczyzna staje w obronie z jakiegoś powodu zdezorientowanej kobiety, to wtedy mam poczucie, że jestem blisko tej nieuchwytnej definicji kobiecości i męskości”.

Psychoanalityk Paweł Droździak również zdaje się podążać w tym kierunku: „Weźmy zdanie co z ciebie za mężczyzna albo inne podobne. Gdzie ci mężczyźni? Co te zdania mówią? Nikt tu chromosomów nie podważa w tych zdaniach, ale coś jednak jest podważone. Kiedy ktoś mówi: Anna… co za kobieta… od razu wiemy, o co chodzi, ale jeśli mówimy: Co z Anny za kobieta? to jakoś brzmi blado. Bo właściwie, o czym mówimy? Jednak kiedy mówi się: Co z Roberta za mężczyzna? od razu wiadomo, że jest jakiś problem z Robertem i Anna (trzeba wam było widzieć Annę. Co za kobieta!) z Robertem raczej się nie umówi. Współcześnie mamy do czynienia z narastającym domaganiem się, aby ten naddatek nie istniał. Czyli żeby nie można było się powołać na żadną kulturową powinność związaną z byciem kimś realnie. W szczególności dotyczy to płci.

 

Wycinka ideowych przeciwników

O tym, że upominanie się o ścisłe definicje pojęciowe może spotkać się ze srogą reakcją środowisk dążących do ich upłynniania, przekonało się już wiele osób. Często, wbrew pierwotnym intuicjom nie są to ludzie przypisywani do prawicowego obozu ideowego i broniący się z perspektywy konserwatywnej. Jedną z osób dotkniętych tzw. zjawiskiem cancellingu jest blogerka i autorka Kaya Szulczewska, której bliskie są ideały progresywne:

„Pierwszy raz naraziłam się ideologom wokeness, kiedy wyraziłam krytyczne poglądy wobec zjawiska prostytucji. Powołałam się na książkę meksykańskiej feministki Lydii Cacho. Nie miałam wówczas pojęcia, że w feminizmie istnieje rozłam, jeśli chodzi o podejście do seks branży. Wtedy okazało się, że duża część środowiska aktywistycznego i lewicowego uważa, że nie tylko nie wolno krytykować prostytucji, ale nawet nie należy wypowiadać na głos tego słowa, bo jest ono obraźliwe. Zostałam wtedy oskarżona o wykluczanie pracownic seksualnych, co było oczywistą bzdurą i miało na celu jedynie zniechęcić do mnie lewicowo zorientowanych. Jak na ironię, bo to mnie próbowano wykluczyć na podstawie tych pomówień z dwóch wydarzeń, co się nie udało, ponieważ postanowiłam asertywnie bronić swojego dobrego imienia, czym przekonałam organizatorów, że wykluczenie mnie byłoby błędem. Przez rok po tych pierwszych próbach cancelu byłam nękana przez co najmniej kilkudziesięcioosobową grupę hejterską. Prawie równo w rocznicę pierwszego cancelu, bo w listopadzie 2020 roku zostałam wywołana przez kilka wysokozasięgowych profili lewicowych w związku z moimi komentarzami, w których broniłam używania słowa kobieta w kontekście Strajku Kobiet. Ta sprawa ewidentnie dużo bardziej rozgrzała środowiska lewicowe, zostałam momentalnie wyzwana od TERF (do tego czasu nie miałam pojęcia co to znaczy, a znaczy feministkę radykalną wykluczającą osoby transseksualne), zarzucano mi, że mój komentarz dotyczący kwestii języka wyklucza osoby trans. Było to podobnie bzdurne jak zarzucanie mi rok wcześniej, że wykluczam jakieś osoby z branży seksualnej. Niestety okazało się, że zarzucanie mi nienawiści do osób identyfikujących się jako trans jest wyjątkowo udanym sposobem pomawiania, bo uaktywnia we wzmożonym komentariacie najgorsze instynkty. Niedługo potem polscy wojownicy sprawiedliwości społecznej zaczęli publicznie nawoływać do wykluczania TERFów, a kilka osób zrobiło ze śledzenia posądzonych o terfizm oś swojej działalności internetowej. Z powodu stygmatyzacji mnie jako TERFa oraz z powodu zbiorowego nękania moich obserwujących, współpracowników i kontrahentów straciłam wiele, począwszy od reputacji, poprzez rozwój moich projektów społecznych aż po współprace komercyjne”.

Hejt i próba wykluczenia dotknęły także doktor Katarzynę Szumlewicz z Wydziału Stosowanych Nauk Społecznych i Resocjalizacji Uniwersytetu Warszawskiego:

„Boję się już w tych sprawach wypowiadać, gdyż stopień agresji jest bardzo wysoki. U progu tych emocji stoi filozofia Queer, która jest dość mocno podsypana pieniędzmi i ma masę swoich celów takich jak korekta płci na żądanie i absolutną akceptację tego typu deklaracji składanych przez dzieci. Uważam, że jest to niebezpieczne dla kobiet, szczególnie niebezpieczne dla dzieci”. Dr Szumlewicz przekonuje jednocześnie, że męskość jak najbardziej istnieje i ma swoją wartość: „Istnieje pewnego rodzaju trend i nurt obwiniania mężczyzn. To swego rodzaju oskarżenie bez procesu. I w tym momencie wchodzą postulaty wywodzące się od Judith Butler, dążące do upłynnienia kategorii płci. To ma pomóc równości społecznej, wychowywaniu lepszych ludzi etc. Moja opinia jest taka, że to jednoznacznie mężczyznom szkodzi. Nam kobietom też nie pomaga. Kult mężczyzn słabych, miękkich, ubranych w perły, zamazujących granice płci jest zjawiskiem o tyle niekorzystnym, że wraz z nim idzie często zjawisko, które ja nazywam gniazdownictwem, czyli pozostawaniem w domu rodzinnym, przy rodzicach. Motyw mężczyzny odpowiedzialnego, sprawczego, samodzielnego, to postulaty bardzo pozytywne, które nigdy nie powinny odejść w niepamięć. W Polsce większość kobiet chce silnych mężczyzn, ale stoi to w sprzeczności z ideologiami i modelami, o których rozmawiamy. Akurat tu prawicowcy mają rację, podnosząc argument, że kobiety nie chcą rozmemłanych, performatywnych chłopaków. Ja – feministka też nie chcę takich facetów”.

 

Rola mediów

Jaka jest rola mediów, autorytetów, trendów i nauk społecznych w kreowaniu takiej czy innej męskości? Czy to rodzaj świadomej kreacji, zupełny przypadek, a może wypadkowa wielu czynników? Zacznijmy od perspektywy psychoanalitycznej. Paweł Droździak: „Te procesy tworzą logiczną całość, ale nie dlatego, że jak chce część alt-prawicy stoi za tym plan, tylko po prostu one z siebie logicznie wynikają. Przykładowo, jeśli podważy się wewnętrzną spójność człowieka, wykazując dzięki psychoanalizie, że nie jest gospodarzem nawet we własnej głowie, to podważa się znaczenie tego wszystkiego, co deklarowane”. Zdaniem lacanisty rewolucja, którą przyniósł freudyzm, została kompletnie niezauważona przez socjologię: „Kiedy chcemy się dowiedzieć, powiedzmy, czemu ludzie w każdym rozwiniętym kraju unikają posiadania dzieci, to socjolog po prostu pyta o to wprost. Czemu nie ma pan/pani dzieci? I ten człowiek odpowiada. Mieszkania, aborcja, dochody. Socjolog spisuje i podaje jako prawdę, jakby ponad sto lat psychoanalizy w ogóle się nie wydarzyło. Kiedy ktoś mówi, że nie założyłby pereł na szyję, bo się czuje mężczyzną, milion ludzi mu powie, że może powiedział to, bo się wcale mężczyzną nie czuje. Ale jeśli kogoś spytamy, czemu nie ma dzieci i on odpowie, że to z powodu inflacji, nikt tego nie podważa. Nie będzie tu żadnych podobnych podejrzeń. Dzieje się tak, bo jednak te zaczerpnięte z psychoanalizy mechanizmy podważania służą zmianie, która idzie w pewnym kierunku. Ma człowieka uwolnić od wszelkich zobowiązań”. Droździak przekonuje, że chęć stworzenia gry tylko na własnych regułach nosi znamiona heroizmu, ale jest to próba z góry skazana na porażkę. „Grać według własnych reguł można tylko samemu ze sobą, ale ta determinacja zasługuje na pewien szacunek. Choć oczywiście chłopiec w koralach powiedziałby, że szacunek to patriarchalne, opresyjne pojęcie. Warto pamiętać o losie Ikara, ale do świata sprzed Freuda nie ma już powrotu. Nie ma już możliwości, by uwierzyć w prawdziwych mężczyzn, patriotycznych i pełnych cnoty. Świat dzisiejszy nie musi już nawet jak Freud polować na ich przejęzyczenia i lapsusy. Wystarczy, że sprawdzi im historię przeglądania. Problem jednak w tym, że odrzucając każdy społeczny pozór, odrzucamy społeczeństwo w ogóle. Bo wszystkie pojęcia istnieją tylko dzięki umowom, a te dzięki przemilczeniom”.

Media? Pierwszą rzeczą w tym amalgamacie jest rodzaj kreacji, którą tworzą na potrzebę skonstruowania swojej wizji świata. Oczywiście, celem co do idealistycznej zasady jest przedstawienie obiektywnej rzeczywistości, faktów i tego, jak jest, niemniej będzie to zawsze wariacja na temat realności, bo większość bardziej skomplikowanych rzeczy od np. podania dokładnej liczby ofiar, jest subiektywna. Inna sprawa, że wydaje się, iż dziś bardzo mocno odeszło się od idei poszukiwania prawdy na rzecz poszukiwania tożsamości. Zamiast pytać „co w tym zagadnieniu jest prawdą?”, wiele ośrodków medialnych najpierw zdaje się pytać: „Z jakiego obozu politycznego pochodzi pytanie?”. W dalszej kolejności, po tej diagnozie formułowane są mniej lub bardziej subtelne oceny. Anna Patrycja Czepiel definiuje to zjawisko następująco: „Wydaje się, że po raz kolejny dochodzi tu do paradoksu związanego z różnorodnością. W ramach promocji pluralizmu i demokracji oczekuje się tak naprawdę, że będzie głoszony jeden pogląd – ten uważany za skrajnie różny od poglądu sprzed ery pluralizmu, czyli w tym przypadku opinia, iż „perły są nowym symbolem męskości”. Tak jakby nie rozumiano, że różnorodność oznacza współistnienie i rywalizację różnych poglądów: tego „tradycjonalistycznego”, tego „rewolucyjnego”, a także różnych opinii sytuujących się pomiędzy tymi dwiema skrajnościami – na przykład, że męskie może być noszenie kolorowego swetra czy stylowej koszuli, a nie tylko jednokolorowego, jednolitego odzienia. Pojęcie „spektrum”, „kontinuum”, „niebinarność”, tak często odnoszone dziś do płci, zanika w odniesieniu do poglądów jednostek, bo każdy pogląd inny niż ten radykalny może być spiskowaniem z drugim krańcem kontinuum, czyli z patriarchatem (albo jak dzieje się w przypadku oskarżeń wobec tzw. symetrystów w polskiej debacie politycznej, świadczy o rzekomym spiskowaniu z „PiS-em” bądź „ukrytą opcją niemiecką)”.

Media ze względu na pośpiech, niedofinansowanie (złota era mediów dawno za nami) nie są w stanie dokonywać optymalnej syntezy materiału. Chodzi o to znaczenie, że poszukują na siłę emocji i szukają sensacji, poruszenia. Dlatego w przekazach widz, czytelnik, słuchacz, nie znajdzie na co dzień spokoju i ukojenia, a rozedrganie. Nie chodzi o rozładowanie napięcia, ale jego stałe budowanie. To monetyzuje i generuje dochody.

Kolejną rzeczą jest to, że w przypadku omawianych przykładów brakuje namysłu, myślenia. To jest zastąpione mnogością danych i technokratycznych dyskursów nieprzetworzonych przez adekwatny filtr krytycyzmu. Z różnych powodów, na przykład braku czasu. To wszystko oddziałuje na ludzi. Najbardziej jaskrawym przykładem, jaki pamiętam, było wypuszczenie w mediach społecznościowych przez jedną telewizję w ciągu godziny dwóch eksperckich tez, kompletnie sobie przeczących w kwestii zagrożenia wirusem. Tę medialną histerię dobrze oddał holenderski dziennikarz Geert Maak w książce „Śladami Steinbecka”:

„W dalekiej Europie rośnie zagrożenie atakami terrorystycznymi. Burlington Free Press poświęca temu wiele uwagi. Służby specjalne ostrzegają, USA ogłosiło nawet alarm dla podróżnych: Amerykanie muszą bardzo uważać, przebywając w krajach europejskich. Jadę niedługo do Detroit (360 morderstw na rok), Chicago (450) i Nowego Orleanu (170), ale nikt mnie nie ostrzega. (…) Fox News, cała uwaga poświęcona Europie, specjaliści udzielają wskazówek jak unikać ataków terrorystycznych. Podekscytowany głos prezenterki nieustannie trajkocze: To będzie drugi Kabul. Następnie mamy reklamę rozkładanych łóżek i pigułek na depresję. (…) Prawda stała się tutaj czymś powszechnym. Nie jest już tym, czego naukowcy, dziennikarze i inni ludzie próbują szukać i dotknąć po omacku, jak najbardziej uczciwie i profesjonalnie. Nie, to jest po prostu coś, czym poklepujemy się po ramieniu. Wystarczy wzajemne, wspólne uczucie. Prawda stała się zjawiskiem społecznym. Wydaje się, że badanie prawdy, ciągłe dążenie do obiektywizmu, wątpliwości, tak typowe dla oświecenia, są coraz częściej zastępowane światem hipnozy, ekshibicjonizmu i zbiorowego, dobrego samopoczucia”.

Swoją cegiełkę do zagadnienia dokłada William Easterly w „Tyranii ekspertów”. I choć bardziej skupia się w swojej pracy na innych specjalistach, mechanizm głoszenia w mediach jednej prawdy za pośrednictwem naukowców mamy przećwiczony po doświadczeniu pandemii, a autor trafnie diagnozuje: „Poprzez technokratyczną iluzję eksperci techniczni mimowolnie nadają nowe uprawnienia i legitymizację państwu jako podmiotowi, który będzie wdrażał rozwiązania techniczne. Ekonomiści, którzy opowiadają się za podejściem technokratycznym, wykazują się straszliwą naiwnością w kwestii władzy, twierdząc, że gdy ograniczenia władzy zostaną poluzowane lub nawet usunięte, sama władza pozostanie dobrotliwa z własnej woli. (…) Kuglarstwo, które skupia uwagę na rozwiązaniach technicznych, a jednocześnie tuszuje naruszenia praw prawdziwych ludzi, to moralna tragedia dzisiejszego rozwoju”.

Kolejnym aspektem wzmacniania przez media pewnych kulturowych nowinek i modnych zachowań jest często obezwładniający zachwyt tymi zjawiskami. Tylko dlatego, że przynoszą ze sobą orzeźwiającą bryzę nowości. Czytając artykuły w liberalnej i lewicowej prasie, nietrudno dostrzec fascynację dziennikarzy nowościami jak poliamoria, ocierające się o New Age kobiece kręgi mocy, czy opisywanie innych niż tradycyjne modele związków. 8 sierpnia tego roku na łamach Gazety Wyborczej ukazał się artykuł Moniki Redzisz pod tytułem „W poliamorii nie ubywa miłości. I nikt nie musi bać się zdrady”. Ma się wrażenie, że osoby piszące o tego typu „trendach” przedstawiają je niejako z wypiekami na twarzy. Pytanie, czy jest to zjawisko, które nie będzie mieć końca, czy w pewnym momencie redaktorzy i redaktorki zadadzą sobie pytanie: „A może jest to już rodzaj przesady, może kreujemy pewne wzorce i powodujemy, że wiele osób ma jeszcze większy mętlik w głowach?”.

Zapewne można postawić tezę, że poszukiwanie prawdy nigdy nie było medialnym celem samym w sobie. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jeśli przyjmiemy taką postawę za ideał postępowania, to dziś mamy do czynienia z silnym i przeciwnym dryfem. Problem z debatą publiczną polega na tym, że przestano się interesować kwestią poszukiwania prawdy, tylko zaczęto na pierwszym miejscu stawiać pytanie „kto mówi?” i pod to dobierać opinie i oceny.

 

Rozwadnianie kategorii a kłopoty dzieci i młodzieży

Jak rozmycie męskości może wpływać na młodsze pokolenia, wychowywanie dzieci, ich rozwój i wykształcenie mechanizmów radzenia sobie z przeciwnościami losu? Widać wyraźnie, że na nowe terminy i hasła spod znaku „Queer” i „Cancel Culture” najbardziej podatni są właśnie młodzi. W tym roku Francuska Akademia Medyczna przygotowała oświadczenie pt. „Medycyna wobec transpłciowej tożsamości u dzieci i młodzieży”. Naukowcy zwracają uwagę, że w niektórych krajach, takich jak Wielka Brytania wzrost tendencji identyfikowania się jako osoby transseksualne wyniósł w ciągu dekady 4000%. Francuscy badacze zwracają uwagę, że zjawisko występuje w kulturze zachodniej, za jego przyczyny uznają między innymi wartości oraz zmiany społeczne i wskazują, że w miażdżącej większości przypadków (do 90%) ludzie ci z czasem mogą rezygnować z pomysłów korygowania płci. Odnotowywany jest także wzrost niezadowolenia po dokonaniu operacji „zmiany płci”.

Generalnie dzieciakom, które wierzą w modne zaklęcia i ideologie niemające styku z logiką, dzieje się krzywda. Depresje, lęki, dezorientacja, próby samobójcze, problemy identyfikacyjne podkręcane przez politycznych ideologów i ideolożki, pop-psychologię i wszechobecną, medialną sieczkę. Prawdopodobnie u części z braku bezpiecznej, pewnej i potrzebnej figury ojcowskiej. To z jednej strony wina samych mężczyzn, ale z drugiej „kultury”, która im nie sprzyja.

Według ubiegłorocznego Raportu Zachowań Samobójczych Wśród Dzieci i Młodzieży 2012–2021 lawinowo rośnie skala prób samobójczych wśród najmłodszych. W 2021 r. Odnotowano 77% wzrost zachowań samobójczych w stosunku do roku 2020. Trudno nie wiązać tego z szeregiem zmian i przemian społecznych, które mogą rezonować szczególnie mocno na najmłodsze umysły. Francuzko-szwajcarska psychoanalityczka, Florence Guignard w artykule „Rozwój psychiczny w wirtualnym świecie” opisała problemy tożsamościowe młodych spędzających codziennie długie godziny w cyfrowej rzeczywistości: „Globalizacja wirtualnej komunikacji nieuchronnie wywołuje konsekwencje. Jednostka zaczyna oczekiwać natychmiastowego spełnienia własnych życzeń i pragnień. (…) Z upływem lat zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że coraz częściej mamy do czynienia ze stanami borderline. Kruche i słabo ustrukturyzowane granice między self i innym, myślą i działaniem, rzeczywistością wewnętrzną i zewnętrzną oraz – ostatnio – światem realnym i cyfrowym łatwiej ulegają pokawałkowaniu, gdy granice lub ograniczenia narzucane przez społeczeństwo stają się bardziej płynne, wątłe i pomieszane”.

Paradoksalnie wieczne nawoływania progresywnej strony do tolerancji, akceptacji, wprowadzaniu do wielu dziedzin życia wątków związanych z tożsamością seksualną zabiera dzieciom dzieciństwo, zanika tak potrzebna we wczesnym etapie pauza. O tym również wspomina Guignard, przywołując freudowski termin „Nachträglichkeit” odwołujący się do procesu przekształcania nieświadomych doświadczeń emocjonalnych i wypartych wspomnień w znaczące symbole, które można przetwarzać, wyjaśniać lub opisywać: „Zjawisko nazwane przez Freuda (…) nie wygląda już tak samo, bo w tym nowym kontekście wczesnodziecięce jakości seksualne pozostają nieustannie jawne, począwszy od normalnego wieku edypalnego aż do czasu pokwitania. Dochodzi do niepohamowanego pobudzania wczesnodziecięcej genitalności, która imituje dorosłą seksualność – to bezpośrednia oznaka zaprzeczania różnicom między pokoleniami. Uważam, że w tym sensie dzieci utraciły prawdziwe dzieciństwo. Wydaje się, że to, co jawi się jako nadmierna dojrzałość, w większości wypadków jest niczym innym jak pseudo dojrzałością. Dzieci ewakuują afekty depresyjne poprzez nadpobudliwość psychoruchową, zmierzając do wyczerpania lub załamania samobójczego”.

Brak oddechu od rozseksualizowanego świata, epidemia diagnoz typu ADHD i innych zaburzeń to jedno, brak granic i struktur, drugie. Zdaniem dr Katarzyny Szumlewicz niesie to poważne konsekwencje w kolejnych latach: „Dzieci bardzo potrzebują postaci, która będzie im mówić nie. W tych nowych, progresywnych postulatach tego w ogóle nie ma, jest czysta afirmacja dziecięcych zachowań. Te dzieci nie mogą wówczas wziąć na klatę rzeczywistości, bo trzeba je chronić. I mamy potem niemowlęta w wieku 25 lat. I tu ten ojciec jest bardzo potrzebny jako postać wyznaczająca granice, odmawiająca pewnych rzeczy” – mówi pedagożka z Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Walka o wartości, wolność i strukturę

Nie da się pewnych rzeczy „uzbroić” na modłę państwowości. Miałoby to znamiona poważnej opresyjności. Teoretycznie moglibyśmy na szczęśliwą parę nowożeńców i ich gości w domu weselnym nasłać kontrolę skarbową, by ci rozliczyli się z fiskusem z kopert. Albo wykurzyć babcię, która sprzedaje pod cmentarzem skarpety, bo dorabia do lichej renty. W końcu – czy ma działalność gospodarczą? Gdy donos na taką babcię złożył pewien radny PiS, spotkał się z falą oburzenia i ostracyzmu. Podobną reakcję wywołało przegonienie przez straż miejską starszego mężczyzny handlującego pietruszką. Było to naruszenie pewnego społecznego tabu. To kwestia wartości. Tego nie da się w łatwy sposób zdefiniować zimnym, sztywnym językiem.

Podobnie jest z kwestią męskości i jej rozwadniania. Istnieje pewien kanon wartości i zachowań, który jest niełatwy do zwerbalizowania adwersarzom domagającym się łopatologicznych odpowiedzi. Mężczyźni mają swoje unikalne rytuały „przejścia” na różnym etapie dorastania, mają swoje rodzaje integracji i kontaktu, braterstwa w grupie, sporcie, współzawodnictwa, budowania relacji, społeczności itp. Gdy byłem z synem na urodzinach jego kolegów z przedszkola, 5-letni chłopcy walczyli w basenie z piłkami, uprawiali zapasy, współzawodnictwo, dochodziło czasem do nerwów, konfliktów i szarpanin, które szybko zostawały jednak zażegnywane. Dziewczynki w tym czasie bawiły się inaczej. To naturalne różnice i nie powinno się ich niszczyć. Nowe badania naukowe pokazują to, co zresztą od lat zauważało wielu rodziców, mianowicie że chłopcy są inni, i to na każdym etapie rozwoju. Zresztą, opisano to dokładnie już przed laty w popularnonaukowej książce „Płeć mózgu”. Nie gorsi ani lepsi, tylko inni. Różnice widać już w pierwszym okresie – od narodzin do szóstego roku życia.

Niszczenie „klasycznej” męskości może miejscami przypominać projekt ideologiczny posiadający pewien systemowy plan zrodzony w głowach ideologów społecznej zmiany. Figura ojca uosabia granice, normy, „prawo ojca”, ojcowskie obowiązki, a nie tylko przytulanie i wyrozumiałość. Jeśli ideolodzy są na bakier z granicami i chcą przekraczać ustalone normy, niszczyć zastany porządek, muszą przetransformować mężczyzn, których uważają za cementatorów zastanych zasad. Ubranie ich w perły i sukienki może być jednym z elementów.

Żyjemy w czasach, w których pewne zaburzenia podnosi się do rangi „tożsamości” i „identyfikacji”. Dzieciaki zmagające się z problemami winią za nie świat, który ich nie akceptuje. Sądzę, że winna jest raczej ta połowa świata, która utwierdza ich w przekonaniu, że to właśnie świat powinien się zmienić, a nie oni udać po pomoc. Dzieci potrzebują stabilnych obiektów, a młodemu człowiekowi pomaga wiedza o tym, kim jest. Co, jeśli podważa się większość mocnych konstrukcji, oferując w zamian rozmyte, wzajemnie sprzeczne idee? W realność może wstąpić niepokój, zagubienie, chaos, zaburzenia tożsamości i bagaż innego rodzaju kłopotów.

Nie dziwi odwrót części chłopców i młodych mężczyzn od kategorii męskości, skoro w przestrzeni medialnej i cyfrowej jest ona systematycznie przedstawiana w negatywnym świetle. Myślenie zastąpiono protezą poprawności politycznej i kierowania się szlachetną, lecz kompletnie alogiczną i pogubioną ideą niesprawiania nikomu przykrości. Prawdziwą debatę publiczną zamieniono na wytarte slogany, a diagnozę społecznych zagrożeń dla wolności, zdrowia publicznego, norm, zasad, dzieci, szerokiego spectrum wartości, rzeczywistości – pudrowane zakłamanie. Czas zacząć patrzeć na rzeczywistość szerzej, śmielej, prawdziwiej i uczciwiej. Z pożytkiem dla dzieci, kobiet, męskości i mężczyzn.

Inne wpisy tego autora