Na biurku Ngozi Okonjo-Iweali, szefowej WTO, położył tylko jeden króciutki dokument: wniosek o umożliwienie wolnego, bezcłowego handlu z wszystkimi krajami na Ziemi. „Opłaci się on i nam, i Wam. To olbrzymia szansa dla Was, Ziemianie, na poprawę swojego losu” – argumentował obcy. Okonjo-Iweali, jak przystało na zwolenniczkę handlu, spodobała się wizja kosmicznego dostawcy dóbr wszelakich, ale szybko otrzeźwiała. Co powiedzą ziemscy producenci? Taka umowa narazi ich na straty. Będą protestować jak nigdy. Zachwieją stabilnością polityczną globu, a co gorsza, także stabilnością jej posady. – To niemożliwe – odpowiedziała krótko. Ale czy słusznie?

W każdym z nas jest uśpiony, wyhodowany na ekonomicznej ignorancji i chłopskim rozumie malutki niedźwiadek protekcjonizmu, który pod presją okoliczności od czasu do czasu budzi się i rozprawia z wolnym handlem. Z pewnością pogoniłby obcych. Dziś wziął na cel polskie relacje gospodarcze z pogrążoną w wojnie Ukrainą.

Dociążanie konia

Nietrudno zgadnąć, jakie pojęcie przywołaliby ziemscy producenci tego i owego, protestując przeciw wymianie handlowej z obcymi. To samo, które polscy rolnicy oraz branża transportowa przypominają w kontekście – odpowiednio – napływu do Polski ukraińskiego zboża oraz umożliwienia ukraińskim kierowcom świadczenia usług transportowych na terenie UE. Chodzi o zaczerpnięty ze świata sportu termin „równe boisko” („level playing field”).

Zarówno w sporcie, jak i w gospodarce ważna jest równość zasad. Konkurencja jest dobra, o ile wszystkie firmy działają, opierając się na tych samych regułach. Tymczasem obcy zaczynają z uprzywilejowanej pozycji. Ich cywilizacja jako znacznie bardziej zaawansowana ma o wiele lepsze metody produkcji niż my. Nie ograniczają ich też ziemskie regulacje i podatki. Mogą stosować bez przeszkód dumping i subsydia. Nie jesteśmy w stanie z nimi konkurować. Zbankrutujemy. Moglibyśmy się zgodzić na handel z obcymi, powiedzieliby przedsiębiorcy, jedynie w przypadku, gdy obiecają przestrzegać wszystkich ziemskich regulacji, a zaawansowanie technologiczne kompensować nam wysokimi cłami.

Kosmici nie przystaliby raczej na takie warunki. Ich reprezentant parsknąłby z politowaniem: „Nie czytaliście Bastiata?” i w te pędy wrócił do latającego spodka.

A nie tylko Frédéric Bastiat, wybitny XIX-wieczny promotor handlu, obalał protekcjonistyczne argumenty. Podobnych autorów są setki. Thomas DiLorenzo, szef wolnorynkowego Instytutu Misesa, zauważa wręcz, że choć współcześni ekonomiści kłócą się co do wielu kwestii, to gdy chodzi o wymianę handlową, są właściwie jednomyślni. Znaleźć takiego, który by się opowiadał za jej ograniczaniem, to „jak znaleźć lekarza zalecającego upuszczanie krwi z użyciem pijawek”.

Ale wróćmy do Bastiata, bo to on wyjaśnił, na czym polega błąd porównywania gospodarki ze sportem. A było to na ponad 100 lat wcześniej, niż lobbysta bankowy John Bolger ukuł pojęcie „równego boiska” (1977 r.).

Francuz w swoich „Sofizmatach ekonomicznych” zauważył, że przemysłowcy lubią porównywać gospodarkę z wyścigami konnymi. Oto konie w wyścigach są dodatkowo obciążone, by wyrównać różnice w masie ciała, dzięki czemu wynik wyścigu staje się pochodną samej siły i szybkości konia oraz umiejętności jeźdźca. Jest sprawiedliwy.

I to, mówi Bastiat, jest zrozumiałe. Celem wyścigu jest przecież konkurencja dla samej konkurencji. Nie chodzi o nic więcej poza wyłonieniem zwycięzcy i samo to odpowiada na pragnienie widzów. W gospodarce jest inaczej. Cel konkurencji nie jest tożsamy z samą rywalizacją, lecz z zaspokojeniem potrzeb konsumentów. – „Jeśli twoim celem jest zagwarantowanie, żeby pilna wiadomość dotarła na pocztę, to czy możesz bezkarnie tworzyć przeszkody dla tego, który oferuje najlepsze do tego warunki? A to właśnie robisz z produkcją (stosując protekcjonizm – red.). Zapominasz o pożądanym wyniku, którym jest dobrobyt” – przekonuje Bastiat. Spójrzmy w tym kontekście na spór o zasady transportu towarów do Unii Europejskiej, które w odniesieniu do ukraińskich przedsiębiorstw zostały zliberalizowane po rosyjskiej inwazji. Wcześniej firmy ukraińskie musiały się ubiegać o zezwolenia na przewozy komercyjne, dziś nie muszą. Udaje im się dzięki temu odbierać polskim przewoźnikom rynki dotąd przez nich obsługiwane: Kazachstan, Białoruś czy Mongolię. Okazuje się, że system pozwoleń skutecznie redukował zdolność Ukraińców do konkurowania ceną, będąc odpowiednikiem dodatkowych obciążeń dla konia wyścigowego. Dzięki zniesieniu tego systemu towary taniej oraz (ze względu na zmniejszoną liczbę koniecznych przeładunków) odrobinę szybciej trafiają do odbiorców. Jak na ironię, te same polskie firmy transportowe, które chcą dzisiaj „wyrównywać pole gry” z Ukrainą na swoją korzyść, jeszcze kilka lat temu protestowały przeciwko unijnemu pakietowi mobilności, który wprowadzał „równe boisko” na korzyść przewoźników z zachodu Europy, tj. efektywnie ograniczając konkurencyjność cenową Polaków.

Cały artykuł znajdziecie TUTAJ.