Wojna o uwagę. Jak atak Hamasu zmieni konflikt na Ukrainie i bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO

Doceniasz tę treść?

  • Ukraina traci uwagę Zachodu. Wybuch wojny pomiędzy Hamasem a Izraelem odciągnął uwagę USA od Europy Wschodniej. Joe Biden zapewnia, że Ukraina pozostanie w sferze zainteresowań Waszyngtonu i nie ma mowy o zmniejszeniu dostaw uzbrojenia dla Kijowa. Sondaże w USA są jednak dla Ukrainy niekorzystne, a spadek zainteresowania wojną w tym kraju był widoczny na długo przed zaognieniem sytuacji na Bliskim Wschodzie. Z badania dla CNN z sierpnia 2023 roku wynika, że 55 proc. Amerykanów jest przeciwnych zatwierdzeniu przez Kongres dodatkowej pomocy dla Ukrainy. Starający się o reelekcję w przyszłym roku Biden nie będzie mógł przejść obok tego obojętnie.
  • Zwrot w stronę Niemiec i porzucenie partnerstwa z Polską przez Wołodymyra Zełenskiego ma być polisą ubezpieczeniową na gorsze czasy i próbą postawienia na państwo sprawcze, które ma wpływ na G7. Temu miały służyć deklaracje Zełenskiego o konieczności dołączenia RFN do Rady Bezpieczeństwa ONZ, choć jest to obietnica pusta.
  • Kijów ma problemy nie tylko z pozyskaniem nowych rodzajów uzbrojenia (większość dostaw ogłaszanych jako nowe, to sprzęt ustalony w ramach formatu Ramstein jeszcze z pierwszej połowy 2023 roku), ale też ze stabilizowaniem finansów publicznych i obsługą długu. Międzynarodowi donorzy nie wykazują entuzjazmu, który był charakterystyczny na początku inwazji rosyjskiej.
  • W okresie zimowym szczególnie niepokojące może być przekierowanie dostaw USA w zakresie obrony powietrznej do Izraela w obawie przed rozlaniem się konfliktu na inne kraje, w tym Iran. Więcej dostaw do Izraela to mniej obrony powietrznej dla Ukrainy, której infrastruktura energetyczna – podobnie jak zimą 2022/23 – będzie niszczona za pomocą ataków z powietrza.
  • Dyplomacja USA sygnalizuje, że oprócz obaw o rozlanie się wojny Izraela z Hamasem i przystąpienie do niej Iranu na horyzoncie może pojawić się również potencjalny atak Azerbejdżanu na południową Armenię. W kontekście Azerbejdżanu, z punktu widzenia Ukrainy niekorzystny jest nowy model regulowania zamrożonych konfliktów zaproponowany przez Baku, czyli legalizacja per facta concludentia aneksji (Górski Karabach).
  • Przeniesienie uwagi USA na Bliski Wschód i próba ratowania porozumień abrahamowych jest niekorzystne również dla wschodniej flanki NATO. Rosja może skorzystać z zamieszania i przetestować granice tolerancji Sojuszu, prowokując nowe państwo NATO – Finlandię. Podobnie jak w 2016 roku, gdy próbowała dokonać nieudanego zamachu stanu w finalizującej akcesję do Sojuszu – Czarnogórze. Tym razem Rosja najprawdopodobniej dokonała dywersji na gazociągu i kablu telekomunikacyjnym łączącym Finlandię z Estonią.
  • Równocześnie Rosja podejmuje próbę przejęcia inicjatywy na Donbasie poprzez okrążenie Awdijiwki, wzięcie w kocioł znacznego zgrupowania ukraińskiego i zmuszenia w ten sposób Kijowa do rozmów. Rosja umacnia również obronę na Zaporożu, aby za wszelką cenę nie dopuścić do przerwania korytarza lądowego łączącego Rosję z okupowanym Krymem. Przedłużanie wojny pozycyjnej ma podwyższyć koszt wsparcia Ukrainy, która w pełni zależna jest przede wszystkim od amunicji dostarczanej przez NATO (Ukraina nie produkuje amunicji).
  • Celem strategicznym Rosji jest odciągnięcie jak najniższym kosztem uwagi od Ukrainy. W związku z przyspieszeniem w globalnej polityce Kijów znalazł się w niekorzystnym położeniu, a trend ten może być długotrwały, co pozwoli Kremlowi systemowo zamęczać Ukrainę.

Na zakończonym 15 października br. spotkaniu przedstawicieli Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego w Marakeszu ukraiński minister finansów nie ukrywał pogarszającego się położenia swojego kraju na liście priorytetów międzynarodowych instytucji finansowych. Serhij Marczenko w rozmowie z Reutersem mówił o „presji geopolitycznej” i napięciu wynikającym ze zbliżających się wyborów w USA, które przekładają się na zmniejszenie zainteresowania wojną na Ukrainie.

Widzę wiele zmęczenia. Widzę wiele słabości wśród naszych partnerów. Oni chcieliby zapomnieć o wojnie, ale ta wojna trwa i jest wojną na pełną skalę – komentował Marczenko. Dodawał, że państwo podwoiło wysiłki, aby przekonać donorów do utrzymania pomocy. A tej potrzeba niemało. Jak wylicza Reuters, dziura budżetowa w 2024 roku wyniesie 43 mld dolarów. Czyli jedną trzecią pierwszego programu pomocowego dla Grecji, którym ratowano ją w czasie kryzysu zadłużenia. Na dziś nie jest jasne, jaką część tej sumy wygeneruje wspólnota międzynarodowa. – Do tej pory MFW zobowiązał się do 5,4 mld dol. Spodziewamy się wsparcia ze strony Wielkiej Brytanii i Japonii. Oczywiście polegamy również na naszych partnerach: UE i USA – zapewniał w Marakeszu Marczenko. UE pracuje nad programem pomocowym wartym ok. 50 mld euro. Ale to kwota rozłożona na 3 lata, a jej planowane wypłacanie przewidziane jest od 2024 do 2027 roku. Minister finansów Ukrainy nie krył, że wciąż brakuje 18 mld, które pomogą państwu ustabilizować budżet w 2024 roku. Równolegle trwają rozmowy z prywatnymi inwestorami o restrukturyzacji długu.

Argumentem – jak przekonuje Marczenko – jest spodziewany w 2024 roku nie najgorszy wzrost gospodarczy na Ukrainie (5 proc. PKB) i zapasy gazu, które mają pozwolić państwu przetrwać zimę. Dyskusja w Marakeszu i stanowisko ministra finansów pokazały jednak coś, co od pewnego czasu było tajemnicą poliszynela – Ukraina przestała być tematem budującym napięcie moralne i imperatyw pomocy. Na długo przed atakiem Hamasu w Gazie i przed zajęciem Górskiego Karabachu przez Azerbejdżan.

Po ostatnich deklaracjach Antonego Blinkena o możliwości wtargnięcia przez Azerbejdżan do południowej Armenii i ryzyku wybuchu wojny Izraela z Iranem sytuacja Kijowa pogorszyła się jeszcze bardziej.

Wołodymyr Zełenski i władze ukraińskie zdawały się antycypować zagrożenie polegające na topniejącym zainteresowaniu Ukrainą. Wrześniowy zwrot na Niemcy i publiczne poparcie idei stałego miejsca w Radzie Bezpieczeństwa ONZ dla Berlina (swoją drogą było to obiecanie Inflantów, bo na taki plan nie zgodzą się nie tylko przeciwnicy RFN, ale również państwa takie jak Francja czy Wielka Brytania), krytyka Polski i partnerów środkowoeuropejskich (z wyłączeniem Rumunii) w związku z blokadą dostępu do rynku dla produktów rolnych i próba nacisku na Kongres USA w sprawie kontynuowania pomocy wojskowej były swego rodzaju ruchami wyprzedzającymi. Oferta budowania partnerstwa z Niemcami – mimo że Berlin po wybuchu wojny w lutym 2022 roku sprzeciwiał się dostarczaniu broni dla Kijowa, a przed wojną był zwolennikiem „pełnego i natychmiastowego” zrealizowania porozumienia Mińsk 2, które ograniczało suwerenność Ukrainy – stanowiły z kolei coś na wzór polisy ubezpieczeniowej na złe czasy. Niezależnie od tego, czy ten pomysł był racjonalny, czy też nie.

Poważnym sygnałem alarmowym dla Kijowa sugerującym, że Zachód zmienia nastawienie do postrzegania wojny na Ukrainie, było wspomniane zajęcie Górskiego Karabachu. 20 września 2023 roku armia tego regionu złożyła broń. Tego samego dnia władze Karabachu ogłosiły, że są gotowe negocjować reintegrację z Azerbejdżanem. 28 września br. prezydent Samwel Szahramanian podpisał dekret o rozwiązaniu od 1 stycznia 2024 roku wszelkich struktur parapaństwa. Takie decyzje oznaczały, że – przy cichej aprobacie wspólnoty międzynarodowej – opracowano nowy model regulowania zamrożonego konfliktu. Model, który dopuszcza aneksję terytorium o nieuregulowanym statusie prawnym. Kijów musiał przyjąć do wiadomości, że czynnikiem zamiany położenia spornego obszaru jest przede wszystkim siła militarna. I przyjąć do wiadomości, że bez odbicia zajętych przez Rosjan terenów, po upływie określonego czasu, dzisiejsi partnerzy mogą naciskać na nową formułę Steinmeiera, która będzie dopuszczała nie de iure, ale de facto aneksję.

Po sygnałach z Karabachu pojawił się zresztą kolejny czarny łabędź. Terrorystyczny rajd Hamasu na południowy Izrael, którego celem było przede wszystkim zerwanie procesu normalizacji stosunków pomiędzy Arabią Saudyjską a Izraelem, wymusił na Jerozolimie interwencję lądową. Oznacza to powtórkę z pierwszej wojny libańskiej z lat 1982–85 i dążenie do osłabienia Hamasu (w przypadku wojny libańskiej chodziło o likwidację w tym kraju OWP, co się udało, ale organizacja została zastąpiona przez znacznie groźniejszego gracza – Hezbollah) oraz zbudowania strefy buforowej oddzielającej Państwo Żydowskie od enklawy (analogicznie do pierwszej wojny libańskiej, gdy Izrael kontrolował pas ziemi oddzielający go od Libanu). Operacja lądowa w Gazie oznacza również zawieszenie na co najmniej kilka lat rozmów o tzw. two state solution, czyli budowaniu zrębów państwa palestyńskiego obejmującego również Gazę. Z punktu widzenia Ukrainy taki bieg wydarzeń jest niekorzystny, bo podważa prymat rozwiązań opartych na prawie międzynarodowym, a dopuszcza opcje siłowe i realizowane poprzez fakty dokonane.

Póki co kluczowe jest jednak odwrócenie uwagi USA od wojny na Ukrainie. Już na poziomie narracyjnym Gaza i Izrael są tematem znacznie bardziej nośnym. Zdjęcia z wojny na Bliskim Wschodzie są o wiele bardziej spektakularne niż nawet najbardziej poważne uderzenia rakietowe Rosji.

Jeszcze przed rajdem Hamasu administracja Joe Bidena miała problem z przekonaniem Kongresu do wpisania do budżetu kolejnych sum na pomoc wojskową dla Kijowa. Aby wzmocnić nacisk na parlamentarzystów, prezydent USA eksponował uderzenie pociskiem Iskander w wioskę Hroza, która jest położona w połowie drogi między Kupiańskiem a Charkowem. W wyniku rosyjskiego ataku zginęły 53 osoby. Wzmożenie medialne nie przełożyło się jednak w żaden sposób na przekierowanie uwagi na Ukrainę. Przypadek Hrozy pokazał, że groza wojny na Ukrainie przestaje być lewarem w pozyskiwaniu poparcia w USA.

Na kilka dni przed uderzeniem Hamasu w Stanach Zjednoczonych przetoczyła się dyskusja na temat tego, jaka powinna być skala pomocy dla Kijowa. Towarzyszył temu wysp przecieków do prasy na temat korupcji przy programach wsparcia wojskowego dla Ukrainy, które wpisały się w szerszy kontekst debaty o wydatkach rządu federalnego. Republikanie bliscy Donaldowi Trumpowi krytykują ich wielkość. W tym pomoc dla Kijowa. Do tej pory udało im się wywrzeć presję, aby nie były one zapisane w prowizorium budżetowym, a mimo to i tak głosując razem z Demokratami, odwołali republikańskiego spikera Izby Reprezentantów Kevina McCarthy’ego. Bidenowi przynajmniej część pieniędzy na pomoc dla Kijowa uda się najpewniej wyprowadzić poza budżet. Nie uda mu się jednak odwrócić trendu w USA, który eksponuje problemy krajowe (konieczność skupienia się na finansowaniu muru na granicy z Meksykiem i usuwania skutków katastrof naturalnych takich jak np. pożary na Hawajach) kosztem spraw zagranicznych.

Jeszcze trudniej będzie przekonać Amerykanów do kontynuowania pomocy wojskowej dla Ukrainy w obecnej skali, jeśli Rosjanom uda się przeprowadzić prowokację z udziałem zdobytego na Ukraińcach uzbrojenia. Jak informuje ukraiński wywiad wojskowy HUR, w najbliższym czasie można się spodziewać budowania narracji, w których eksponowana będzie teza o nielegalnym wyprzedawaniu broni z dostaw zachodnich dla organizacji terrorystycznych takich jak Hamas.

Ofensywa lądowa w Gazie oznacza wyparcie Ukrainy z pozycji lidera w przyciąganiu uwagi USA. Izrael pozostaje w Stanach Zjednoczonych tematem ponadpartyjnym. Ponadpartyjne są również cele związane z dopinaniem porozumienia Jerozolima-Rijad, które jest kontynuacją umów abrahamowych zapoczątkowanych przez administrację Trumpa (regulują one relacje pomiędzy Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem). Ponadpartyjne w końcu jest dążenie do zapobieżenia wybuchowi dużej wojny w rejonie Zatoki Perskiej z udziałem Iranu. Na mapie priorytetów USA dozbrajanie Izraela i lawirowanie pomiędzy światem sunnickiego i szyickiego islamu wydaje się być dla Waszyngtonu kluczowe. Tym bardziej że do gry weszły Chiny, które wzmacniają swoje relacje zarówno z Teheranem, jak i Rijadem.

Krótko po uderzeniu Hamasu do wybrzeży Izraela skierowano najnowocześniejszy lotniskowiec USA – USS Gerald Ford. Dołączył do niego USS Dwight Eisenhower. Władze w Jerozolimie poprosiły równolegle o dostawy amunicji do zestawów obrony powietrznej i pocisków kierowanych. Czyli elementów najważniejszych również z punktu widzenia Ukrainy. Zbliża się zima i Rosjanie najpewniej powtórzą wariant uderzeń w infrastrukturę energetyczną. Aby ją ochronić, Kijów będzie potrzebował uzupełnienia potencjału obrony powietrznej. Tymczasem jak podaje Al Jazeera w ciągu kilku dni od ataku Hamasu, Amerykanie rozmieścili w sześciu niejawnych magazynach w Izraelu amunicję wartą ok. 6 mld dol. Czyli za kwotę dwa razy wyższą niż ta, którą w czasie pokoju przeznaczają rocznie na pomoc wojskową dla Jerozolimy.

Analizując dane z perspektywy historycznej, Państwo Żydowskie jest największym odbiorcą pomocy wojskowej USA. Od zakończenia II wojny światowej otrzymało ponad 260 mld dol. (dane te nie zawierają amerykańskich środków na wsparcie izraelskiej obrony powietrznej, w tym programu Żelazna Kopuła). Ta pomoc to o 100 mld więcej niż otrzymał Egipt, który znajduje się na drugiej pozycji. W 2022 roku na chwilę Izrael wyprzedziła Ukraina, która uzyskała od USA 12 mld dol. (Izrael „jedynie” 3.18 mld dol; dane za ForeignAssistance.gov).

Ten trend się jednak odwraca. Kongres, który zadaje coraz więcej pytań o skalę pomocy dla Ukrainy, mimo kryzysu związanego z odwołaniem McCarthy’ego nie ma dylematów w kwestii Izraela. 15 października br. lider demokratów w Senacie Chuck Schumer powiedział, że pomoc dla władz w Jerozolimie „jest w interesie całego świata”. Poparli go przedstawiciele republikanów, czyniąc zagadnienie ponadpartyjnym. – Mówimy do Izraela, Ameryka jest przy swoim sojuszniku. Razem z moimi kolegami będziemy przewodzili wysiłkom w Senacie na rzecz dostarczenia wszelkiej pomocy koniecznej do obrony Izraela przed tym potwornym atakiem – mówił Schumer 15 października podczas konferencji prasowej w Tel Awiwie. W podobnym tonie wypowiadał się na tej samej konferencji republikanin Mitt Romney.

To wszystko dzieje się w sytuacji, w której szef amerykańskiej dyplomacji ostrzega przed uderzeniem Azerbejdżanu na południową Armenię w celu przebicia korytarza lądowego do Nachiczewanu. Antony Blinken – jak podaje portal Politico – miał wskazywać na potencjał destabilizacyjny tego scenariusza. Teren, na którym miałyby się toczyć działania wojenne, graniczy z Turcją i Iranem. Obecnie USA prowadzą intensywne rozmowy dyplomatyczne z Baku w celu zapobieżenia eskalacji. Amerykański deputowany Frank Pallone przekonuje, że „Azerbejdżan może wkrótce dokonać inwazji. (…) Alijew działa w kierunku realizacji swojego celu, jakim jest zajęcie południowej Armenii. Jego reżim czuje się ośmielony, ponieważ poniósł bardzo niewielkie konsekwencje za inwazję na Górski Karabach”. Sam Blinken powiedział, że jest „głęboko zaniepokojony działaniami wojskowymi Azerbejdżanu”.

Azerbejdżan w kontekście wojny z Hamasem to jednak tylko lekki ból głowy. Blinken od kilku dni pielgrzymuje po Bliskim Wschodzie, aby obniżać ryzyko rozlania się konfliktu i wejścia do niego Iranu. Po wizycie 12 października w Izraelu pojechał do Jordanii. W planach jest również Bahrajn, Katar i Arabia Saudyjska. – Podczas każdego ze spotkań będziemy nadal naciskać na kraje regionu, aby pomogły zapobiec rozprzestrzenianiu się konfliktu – mówił Blinken. Te słowa padły mniej więcej w tym samym czasie, gdy szef irańskiego MSZ rozmawiał z premierem Libanu Nadżibem Makati. Z kolei Ebrahim Ra’isi rozmawiał z prezydentem Syrii Baszarem al-Assadem.

W zasadzie wojna proxy między Izraelem i Iranem już trwa. Teheran wykorzystuje do niej libański Hezbollah, iracki Kata’ib Hezbollah czy jemeński ruch Huti. Aby wzmocnić swoje wpływy w Syrii, we współpracy z Asadem wspiera również osadnictwo związanych z Hezbollahem szyickich rodzin, które w zamian za ziemię przenoszą się do Syrii. Strażnicy Rewolucji i Dywizja Kuds zbudowały również w Syrii fabryki pocisków kierowanych i korzystają z lotnisk w Aleppo i Damaszku do celów wojskowych (stały się one zresztą obiektem bombardowania ze strony Izraela tuż po rajdzie Hamasu). Taki układ sił na Bliskim Wschodzie nawet bez otwartej konfrontacji Izraela z Iranem daje potencjał do prowadzenia totalnej wojny proxy, która wymagałaby stałego wsparcia ze strony USA dla Izraela, drenując budżet Stanów Zjednoczonych. Joe Biden zapowiedział, że niezależnie od kosztów Waszyngton nie pozostawi swoich sojuszników na świecie – przede wszystkim Izraela i Ukrainy. Nie można mieć jednak wątpliwości co do tego, który z nich na danym etapie światowej niestabilności będzie ważniejszy. Równocześnie USA sygnalizują jasno, że o ile w pełni poprą rozprawę z Hamasem, o tyle są sceptyczne wobec okupacji Strefy Gazy.

Nie możemy pozwolić sobie na wstrzymanie pomocy dla Ukrainy, bo jeśli Rosja potem najedzie Polskę, znajdziemy się na wojnie – stwierdził prezydent USA Joe Biden w wyemitowanym w niedzielę, 15 października wywiadzie w telewizji CBS. Ocenił też, że choć Izrael musi „zabrać się za Hamas”, to okupacja Strefy Gazy byłaby wielkim błędem. – Wyobraźmy sobie, co się stanie. Powiedzmy, że wstrzymamy pomoc, Rosja zajmie Ukrainę i wejdzie do Polski albo na Białoruś. Jesteśmy wtedy na wojnie. My, Stany Zjednoczone, na wojnie – dodał. To rodzaj swoistej presji na Kongres, aby nie blokował funduszy na konflikty, które są istotne dla Waszyngtonu, ale zeszły z pierwszego planu i sygnał, że dalsza część prezydentury nie upłynie pod znakiem izolacjonizmu.

Na wzmocnienie amerykańskiego izolacjonizmu zdaje się grać Władimir Putin. Z jednej strony wykorzystuje wojnę z Hamasem, aby przejąć inicjatywę na Donbasie – przede wszystkim w rejonie Awdijiwki. Z drugiej – organizuje prowokacje wobec państw NATO, aby w ten sposób zbadać determinację Sojuszu do jednoznacznej odpowiedzi.

Jeśli chodzi o Awdijiwkę to jak podaje Instytut Studiów nad Wojną, Rosjanie próbują otoczyć broniące jej siły ukraińskie. Wzięcie dużego zgrupowania w kocioł miałoby umożliwić powtórzenie scenariusza z Iłowajśka z 2014 roku i/lub Debalcewa w 2015 roku. Czyli otworzyć drogę do ustępstw ze strony Kijowa. Oddziały rosyjskie zintensyfikowały również natarcie na kierunku kupiańsko-łymańskim niedaleko wsi Makijiwka, aby dojść do rzeki Oskoł, o czym poinformował 14 października dowódca ukraińskich wojsk lądowych gen. Ołeksandr Syrski. Zintensyfikowano również ataki lotnicze z użyciem bomb kierowanych na miejscowość Orichiw, aby utrudnić logistykę oddziałom ukraińskim wybijającym klin w natarciu na Tokmak i dalej na położony nad Morzem Azowskim Melitopol.

Z kolei w kontekście NATO, Sojusz prowadzi śledztwo, które ma wyjaśnić kto uderzył w gazociąg Balticconnector łączący Finlandię z Estonią, niszcząc przy okazji podmorski kabel telekomunikacyjny. Wszystko wskazuje na to, że stoją za tym Rosjanie, a infrastruktura została uszkodzona za pomocą ładunków wybuchowych, co przyznał minister obrony Estonii Hanno Pevkur. Jej naprawa potrwa co najmniej pięć miesięcy. Sekretarz generalny NATO zapowiedział, że jeśli uda się dowieść, że wyciek gazociągu Balticconnector między Estonią a Finlandią to skutek celowego działania, Sojusz odpowie „z determinacją”. Incydenty wobec infrastruktury krytycznej państw NATO czy – szerzej – prowokowanie Sojuszu, siłą rzeczy również odciąga uwagę USA od spraw ukraińskich.

Amerykanie nie przestaną oczywiście przekazywać broni Ukrainie w skalkulowanym rytmie. Niemniej jednak konflikt ten powoli staje się „jednym z”, a nie kluczową aktywnością USA na świecie. Amerykański politolog Andrew Michta przestrzega przed konsekwencjami zacieśniania sojuszu Chiny–Rosja–Iran. Jego zdaniem perspektywa „większej wojny jest znacznie bliższa, niż uważa wielu przedstawicieli klasy politycznej w USA. Jego zdaniem taki konflikt wybuchnie w okresie od dwóch do trzech lat. Michta jest również zwolennikiem tezy, która zakłada przerodzenie się wojny Izraela z Hamasem w wojnę regionalną z udziałem Iranu. Bo jest ona w interesie Rosji i Chin. Amerykański analityk wskazuje również na potencjał cieśniny tajwańskiej jako nowego frontu w starciu USA i Chin. W takim nakreśleniu mapy ryzyka, Ukraina staje się tylko jednym z wielu frontów. I to z grubsza opracowanym, przeanalizowanym i przewidywalnym.

Podczas ostatniej wizyty w Waszyngtonie we wrześniu, Wołodymyr Zełenski zabiegał o możliwość przemawiania w Kongresie. Chciał powtórzyć sukces PR z grudnia 2022 roku. Wówczas zawiózł amerykańskim parlamentarzystą przywiezioną z Bachmutu flagę ukraińską i przekonywał do konieczności dalszego wsparcia wojskowego. Sława prezydenta wojny i system poprawności politycznych, który wykształcił się wokół Wołodymyra Zełenskiego, wykluczał krytykę i podważanie sensu przemawiania przed Kongresem. We wrześniu 2023 roku – niecały rok po pierwszej wojennej wizycie Zełenskiego w USA ten sam Kongres pytał o zasadność wystąpienia prezydenta Ukrainy przed parlamentem. Były spiker Izby Reprezentantów Kevin McCarthy stwierdził nawet, że nie ma takiej możliwości formalnej, bo Zełenski nie jest deputowanym. To wszystko działo się przed rajdem Hamasu. I pokazuje tylko, jak bardzo zmniejszyła się moc Ukraińca do przyciągania uwagi świata Zachodu. Dziś Zełenski toczy wojnę nie tylko z Rosją. Możliwe, że wojna o uwagę Zachodu jest dziś ważniejsza niż bitwy lądowe na Donbasie i Zaporożu.

 

Artykuł powstał dzięki wsparciu Polskiego Funduszu Rozwoju.

Inne wpisy tego autora