Już za rok prezydencja!

Doceniasz tę treść?

  • Instytucja prezydencji UE sięga czasów Konrada Adenauera, który sprawował ją jako pierwszy. Od tamtego czasu instytucja prezydencji ewoluowała.
  • Od wprowadzenia nowego systemu liczenia głosów w Radzie Europejskiej, pojawiła się możność wzajemnego równoważnia swych wpływów przez szerokie grono największych krajów Unii. Prezydencja, czyli możność bycia tym, który negocjuje kompromisy, nabierała znaczenia.
  • Choć prezydencja teoretycznie nie może zostać wykorzystana przez sprawujące ja państwo do realizacji własnego interesu, w praktyce często tak się dzieje. Niemcy przeforsowały najkorzystniejsze dla siebie zmiany w traktach europejskich w 2009 r. w trakcie swojej prezydencji, a Nicholas Sarkozy realizował dzięki prezydencji francuską wizję rozwiązania konfliktu między Rosja a Gruzją.
  • Formalne kompetencje prezydencji były jednak w ciągu ostatniej dekady ograniczane. Wyłączono z nich politykę bezpieczeństwa i politykę zagraniczną.

 

1 stycznia 2025 r. Polska obejmie prezydencję Unii Europejskiej. To bardzo istotny moment, bo choć po wejściu w życie traktatu lizbońskiego sprawowanie prezydencji w Unii miało być tylko prestiżową formalnością, stało się dokładnie coś odwrotnego i ci, znający się na sztuce nieformalnej dyplomacji, mają szansę przekuwać prestiż w namacalny zysk.

Kraje sprawujące prezydencję Rady Unii Europejskiej muszą być zręczne, jeśli pragną zyskać na znaczeniu. Tak między styczniem a czerwcem 2025 r. będzie można ocenić, czy do tej grupy można zaliczyć Polskę. Ale jeszcze nim Warszawa obejmie swoją prezydencję, musi już od połowy tego roku zacząć wykazywać się znajomością dyplomatycznej zwinności i przygotowywać się do tego od zaraz. Wszystkie te konieczności wynikają z tego, czym prezydencja w Radzie UE  naprawdę jest. Chcąc to dokładnie naświetlić, dobrze jest zacząć od momentu narodzin samej idei, kiedy 6 września 1952 r. Konrad Adenauer, wówczas kanclerz oraz minister sprawa zagranicznych Republiki Federalnej Niemiec, zaczął sprawować pierwszą.

 

Niewdzięczny obowiązek

Wkrótce po utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali powołano do życia jej Specjalną Radę Ministrów, w której zasiadali przedstawiciele sześciu rządów państw członkowskich. Zadaniem tego ciała było harmonizowanie działań krajów Wspólnoty oraz uzgadnianie kluczowych decyzji odnoszących się na początek do kwestii produkcji i sprzedaży: stali oraz węgla. Z czasem zakres wspólnych przedsięwzięć się poszerzył. Natomiast aby wszyscy członkowie Rady formalnie posiadali równe prawa, ustalono, iż przewodniczenie jej obradom będzie zmieniało się rotacyjnie co trzy miesiące. Pierwsza prezydencja przypadła kanclerzowi Adenauerowi. System ten obowiązywał do podpisania dwóch Traktatów rzymskich w marcu 1957 r., powołujących do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą (EWG) i Europejską Wspólnotę Energii Atomowej (Euratom). Specjalna Rada Ministrów nadal funkcjonowała obok dwóch rad EWG oraz Euratomu, zachowano też zwyczaj prezydencji. Wydłużono je jednak do sześciu miesięcy i nadano im oficjalny charakter. „Kilka lat później, w połowie lat 60. Traktat Ustanawiający Jedną Radę i Jedną Komisję Wspólnot Europejskich, powszechnie zwany Traktatem o Fuzji Organów, połączył po pierwsze trzy Rady w jedną (od 1 lipca 1967 r. stała się ona Radą Wspólnot Europejskich)” – opisuje w opracowaniu „Prezydencja Rady Unii Europejskiej” prof. Bernhard Schloh. Wykładowca Vrije Universiteit w Brukseli wylicza przy tej okazji, jakie zadania po ujednoliceniu systemu zarządzania EWG oficjalnie przypadały krajom sprawującym prezydencje. Brały one na siebie funkcję:

  1. „zarządcy sprawami, jakimi zajmuje się Rada,
  2. źródła inicjatyw politycznych,
  3. zbiorowego mediatora w rokowaniach,
  4. punktu kontaktowego z innymi instytucjami Wspólnoty,
  5. przedstawiciela Wspólnoty w stosunkach zewnętrznych”.

Choć do EWG w kolejnych latach przyjmowano nowych członków, powyższe obowiązki państwa obejmującego na pół roku prezydencję nie ulegały zmianom. Natomiast na spotkania Rady Europejskiej przyjeżdżało coraz więcej szefów rządów lub delegowanych przez nich ministrów. Przybywało też urzędników i urzędów w Brukseli. To sprawiało, że procesy: negocjacyjny i decyzyjny stawały się dłuższe oraz bardziej uciążliwe. Przewodniczenie RE okazywało się więc coraz trudniejszymi. „Te prezydencje, które prowadziły długie i uciążliwe dyskusje na temat cen produktów rolnych, w pierwszej połowie roku obawiały się, że znowu będą musiały po sześciu latach przewodniczyć tym dyskusjom. Z kolei inne kraje zauważyły, że będą musiały ponownie przewodniczyć debatom budżetowym w drugiej połowie roku (rok obrachunkowy Wspólnot trwa od 1 stycznia do 31 grudnia)” – tłumaczy prof. Schloh czemu rządy państw Unii Europejskiej, zawiązanej Traktatem z Maastricht, zaczęły traktować obowiązek przewodniczenia obradom Rady Europejskiej jako swego rodzaju dopust boży. Zwłaszcza jeśli przypadało im negocjowanie kompromisów w kwestiach rolnych na wiosnę i budżetowych pod koniec roku, gdy na ich zawarcie zostawały ostatnie tygodnie, a nawet dni. Wymagało to od kraju sprawującego prezydencję zorganizowania licznego zespołu negocjatorów, zmuszenia do nieustannej pracy swych służb dyplomatycznych oraz najważniejszych ministerstw. I wszystko to należało opłacić z własnego budżetu, choć w zamian otrzymywano korzyści głównie prestiżowe, wynikające ze zdobycia sobie renomy kraju potrafiącego sprawnie przewodniczyć obradom Rady Europejskiej. Sytuacja zaczęła się zmieniać po podpisaniu w lutym 2001 r. traktatu w  Nicei. Reformował on tak struktury Wspólnoty, aby rozszerzenie na kraje Europy Środkowej nie zaburzyło jej codziennego funkcjonowania. Rolę koordynatora, administratora oraz inicjatora zmian, służących większej integracji, przejęła Komisja Europejska. Jednocześnie, aby do zarządzania Unią wprowadzić elementy demokracji na szczeblu centralnym, dano Parlamentowi Europejskiemu pierwsze uprawienia prawodawcze i nadzorcze nad KE. Najbardziej rewolucyjny okazał się jednak system liczenia głosów w Radzie Europejskiej. Niemcy, będąc krajem zamieszkałym przez największą liczbę ludzi i najpotężniejszym gospodarczo, otrzymały ledwie 29 głosów ważonych, dokładnie tyle samo co Wielka Brytania, Francja i Włochy. Nieco mniejsze Hiszpania oraz Polska – po 27 głosów. To oznaczało możność wzajemnego równoważnia swych wpływów przez szerokie grono największych krajów Unii. Zatem przewodniczenie obradom Rady i możność bycia tym, który negocjuje kompromisy, nabierało znaczenia.

 

Prezydencje wielkich

Teoretycznie państwo Unii, sprawujące przez sześć miesięcy prezydencję, nie ma prawa używać jej do realizowania swego interesu narodowego. Robert Thomson w opracowaniu pt.: „Resolving Controversy in the European Union: Inputs, Processes and Outputs in Legislative Decision-Making before and after Enlargement” podkreśla znaczenie tej zasady. Nazywa ten okres: „czasem straconym dla kraju członkowskiego”, ponieważ musi on zrobić sobie przerwę w kultywowaniu dbałości o własne dobro. Jednak wszystko jest kwestią tego, jak się „interes narodowy” definiuje oraz używanych sposobów do zadbania o niego. Dla Berlina kwestią żywotnego interesu było jak najszybsze odejście od nicejskiego systemu liczenia głosów oraz ograniczenia zakresu stosowania weta w Radzie Europejskiej. Tak, aby wzmocnić pozycję Niemiec w Unii, osłabiając nadmierne znaczenie małych krajów. Podobne oczekiwania co do własnej roli wyrażał Paryż. Te postulaty spełniał Traktat Konstytucyjny uroczyście podpisany 29 października 2004 r. przez głowy państw Wspólnoty na rzymskim Kapitolu. Ale przewodniczący Konwentu Europejskiego, który opracował i zredagował Traktat Válery Giscard d’Estaing ogłosił, że będzie nalegać na przeprowadzenie referendum ratyfikacyjnego we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej. Jego słowa za wiążące uznało tylko 10 państw w tym Francja, choć zgodnie z obowiązującym prawem ratyfikacji konstytucji europejskiej mógł dokonać tego parlament. Tymczasem prezydent Chirac zdecydował się na referendum. W maju 2005 r.  aż 55 proc. Francuzów zagłosowało przeciw ratyfikacji traktatu. Zaraz po nich to samo uczynili Holendrzy. Wyniki referendów sprawiły, że inne kraje Wspólnoty wstrzymały procesy ratyfikacyjne i przez wiele miesięcy panował w UE stan zawieszenia, z którego nie wiedziano, jak wybrnąć. Zmieniło to dopiero objęcie przez Niemcy prezydencji z początkiem 2007 r. Kanclerz Angela Merkel deklarowała, że sprawa znalezienia wyjścia z sytuacji patowej będzie priorytetem dla jej rządu. W efekcie przeformatowała Traktat Konstytucyjny podczas nowych  negocjacji, usuwając z niego wszystko, co budziło największe kontrowersje: kulturowe, ideowe, czy obyczajowe. Pozostawiła natomiast polityczne sedno. Była nim rozbudowana do wielu poziomów Rada Unii Europejskiej, funkcjonująca jako ciało oddzielne od Rady Europejskiej, utworzenie stanowiska przewodniczącego tej drugiej (nazywanego na wyrost „prezydentem” UE) i wreszcie radykalne ograniczenie prawa weta w radach w odniesieniu do ok. 45 obszarów tematycznych. Ukoronowaniem działań pani kanclerz stało się ocalenie nowego systemu liczenia głosów. Określa on, iż do podjęcia decyzji w unijnych radach potrzebna jest zgoda co najmniej 55 proc. państw Unii (nie mniej niż 15 państw) reprezentujących co najmniej 65 proc. jej ludności. A do zablokowania decyzji – ponad 45 proc. państw lub 35 proc. ludności zamieszkującej co najmniej cztery państwa. Dzięki uzależnieniu wagi głosu od liczby mieszkańców aż dwukrotnie na znaczeniu w porównaniu z Niceą zyskiwał głos Niemiec. Więcej też odtąd waży stanowisko w Radzie Europejskiej oraz Radzie UE Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch i Hiszpanii. Jednocześnie mniejsze kraje otrzymały gwarancje bezpieczeństwa w postaci weta w kwestiach najbardziej strategicznych, czyli odnoszących się do polityki: zagranicznej, obronnej, zabezpieczeń socjalnych, podatków oraz kwestii kulturowych. Ta wielka reforma została zapisana w Traktacie z Lizbony, który wszedł w życie 1 grudnia 2009 r., stanowiąc namacalny sukces Angeli Merkel, wynegocjowany podczas niemieckiej prezydencji. W tym czasie innym sukcesem mógł się chwalić znany ze swych ambicji przewodzenia Unii prezydent Nicolas Sarkozy. Podczas trwania francuskiej prezydencji wojska rosyjskie najechały Gruzję. Prezydent Polski Lech Kaczyński z całych sił naciskał na udzielenie przez Unię napadniętemu krajowi wszelkiej możliwej pomocy. Temu miała służyć jego wyprawa do Tbilisi, podjęta wspólnie z przywódcami krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak Sarkozy nie chciał konfliktu z Kremlem, lecz szybkiego wygaszenie wojny. Skorzystał z tego, iż dzierżył w ręku możność przewodniczenia Radzie Europejskiej i za przyzwoleniem Angeli Merkel 12 sierpnia 2008 r. wynegocjował w Moskwie warunki pokoju. Wojska inwazyjne wycofano z Gruzji, jednak kraj ten nie został (jak wcześniej planowano) przyjęty do NATO i pozostał w rosyjskiej strefie wpływów. Korzystając jedynie z faktu francuskiej prezydencji, Nicolas Sarkozy przez moment odgrywał rolę prezydenta Unii Europejskiej. Jednak, żeby tak efektywnie wykorzystać sześciomiesięczne przewodniczenia Radzie Europejskiej, trzeba być jednym z dwóch największych krajów Wspólnoty.

 

Teoretyczna redukcja znaczenia   

Po wejściu w życie Traktatu z Lizbony kluczowym miejsce zapadania decyzji obowiązujących wszystkie kraje Wspólnoty stała się Rada UE. Nie jest ona pojedynczym podmiotem, ale zbiorczym ciałem, którego posiedzenia odbywają się w dziesięciu różnych składach. W zależności od obszaru polityki UE poszczególne kraje wysyłają na spotkanie ministra odpowiedzialnego za dany obszar. Najważniejsze zaś rozstrzygnięcia biorą na siebie przywódcy państw członkowskich podczas szczytów Rady Europejskiej. Wprawdzie wedle Traktatu lizbońskiego wetować można jedynie ograniczony zakres spraw, ale i tak brukselska codzienność to niekończące się ustalenia i negocjacje, w których biorą udział tysiące osób. Na straży tego by nie zapanował ogólny chaos, stoi Sekretariat Generalny Rady UE, zajmujący się przygotowywaniem obrad tychże gremiów od strony organizacyjnej i protokolarnej. Zatrudnia on ponad 3 tys. ludzi, którzy się tym zajmują. Wszystko ma swój dokładnie ustalony porządek. „Usadzenie osób uczestniczących w posiedzeniu Rady wokół stołu jest ściśle określone i odzwierciedla kolejność sprawowania prezydencji. Na krańcach stołu swe miejsca mają, z jednej strony, prezydencja i Sekretariat Generalny, a z drugiej Komisja Europejska” – wyjaśnia w opracowaniu „Rada Unii Europejskiej Organizacja i sposób działania” Kamil Ławniczak. „Państwa zajmują pozostałe miejsce w taki sposób, że co pół roku muszą się jedynie przesunąć o jedno miejsce zgodnie z kierunkiem wskazówek zegara – kolejna prezydencja zajmuje miejsce po prawej, a poprzednia po lewej obecnej” – uzupełnia. To tyle, jeśli chodzi o kompetencje organizacyjne, jakich dopilnowuje Sekretariat Generalny Rady UE i zarządzający nim Sekretarz Generalny. Natomiast kwestie merytoryczne to już działka kraju obarczonego prezydencją oraz zespołu osób, jaki wydeleguje do bieżącego przewodzenia pracom Rady UE, a ściślej mówiąc całej grupy rad, zajmujących się wszelką tematyką wymagającą decyzji na szczeblu wspólnotowym. Ów skomplikowany mechanizm teoretycznie redukuje obecnie rolę państwa pełniącego prezydencję do funkcji obarczonego olbrzymią liczbą obowiązków pośrednika. Poza tym, jak podkreślają Arne Niemann i Jeannette Mak w opracowaniu „(How) do norms guide Presidency behaviour in EU negotiations?”, wymaga się od kraju przewodniczącego pracom Rady UE ścisłego przestrzegania trzech zasad. Musi on pozostawać bezstronny, zawsze wspierać prace Rady, a nie je blokować oraz dążyć do osiągnięcia w niej konsensusu. Jeśli ich nie przestrzega lub otwarcie dba o swój interes narodowy, wówczas budzi to natychmiast wrogie reakcje wszystkich innych rządów. Kolejnym pociągnięciem redukującym znaczenie prezydencji było wpisanie do Traktatu z Lizbony nowych stanowisk przewodniczącego Rady Europejskiej oraz Wysokiego przedstawiciela Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa. Nadzoruje on tzw. CFSP (polski skrót WPZIB), czyli wspólną politykę zagraniczną i bezpieczeństwa. To on przewodniczy pracom Rady do Spraw Zagranicznych. Zatem kluczowe dla wspólnej polityki UE obszary – polityka zagraniczna oraz bezpieczeństwo – zostały oddzielone od państwa sprawującego prezydencję. Na dokładkę wprowadzono system trójkowy. Mianowicie kraje UE, które sprawują prezydencję po sobie, są zobowiązane ściśle ze sobą współpracować w grupach po trzy. To zapewnia ciągłość przeprowadzanych w Radzie UE projektów i jednocześnie mocno ogranicza swobodę manewru. W zamian oferowane są benefity prestiżowe. „Prezydencje zyskały oprawę wizerunkową, logo, strony internetowe, wydarzenia kulturalne, etc.” – podkreśla Kamil Ławniczak. Przewodniczenie Radzie UE mimo to nie jest tylko rotacyjną funkcją, pozostawioną  na otarcie łez dla małych krajów. Jej znaczenie tkwi w szczegółach.

 

Szansa dla zwinnych

„Szereg czynników sprawił jednak, że instytucja ta (prezydencja – przyp. aut.) stała się kluczowa nie tylko dla funkcjonowania Rady, lecz dla równowagi całego systemu unijnego” – twierdzi Kamil Ławniczak. „Otwarcie ponadnarodowe nastawienie Komisji Europejskiej spowodowało, że państwa członkowskie zaczęły z większym sceptycyzmem podchodzić do jej przywództwa w zakresie inicjowania polityk, zarządzania agendą i formułowania propozycji kompromisowych decyzji” – dodaje. Zatem przewodniczenie Radzie EU daje możność tworzenia przeciwwagi dla projektów forowanych przez Komisję Europejską. Jednak to tylko jeden z elementów, które sprawiają, że zręczne prowadzenie prezydencji oferuje szansę wywarcia wpływu na bieżącą politykę całej Unii, a co za tym idzie namacalne korzyści dla sprawującego ją kraju. Pod warunkiem tego, iż potrafi określić, w których miejscach interesy jego własne oraz Wspólnoty najmocniej się zazębiają. Jeszcze przed rozpoczęciem przewodniczenia Radzie UE, szykujący się do tego kraj wskazuje priorytety, które zamierza pilotować podczas jej posiedzeń. Wprawdzie musi to robić w ramach „trójki”, co ogranicza mu pole manewru i wymusza kontynuację dzieła poprzedników, ale zawsze można dodać coś nowego. Następnie priorytetowe zagadnienia trafiają do grup roboczych. Pracujący w nich urzędnicy przygotowują propozycje rozwiązań dla Rady UE. „W przypadku grup roboczych może również mieć miejsce sytuacja, w której obradom przewodniczy przedstawiciel państwa, które ma sprawować prezydencję w kolejnym półroczu. Dzieje się tak wówczas, gdy omawiana sprawa ma być rozstrzygana przez ministrów dopiero w tym czasie” – podkreśla w studium pt. „Prezydencja w Unii Europejskiej i jej priorytety. Analiza politologiczna” Zbigniew Czachór.

Istnieje zatem możliwość, by przedstawiciele państwa sprawującego prezydencję wywierali swój wpływ aż przez 12 miesięcy jako przewodniczący. Właśnie na tym etapie forsowanie własnych koncepcji wydaje się najłatwiejsze i efektywne. „Ogółem, wedle różnych szacunków, od 65 do 90 procent spraw udaje się uzgodnić na szczeblu urzędniczym. Wszystkie przekazywane są następnie na posiedzenie Rady w składzie ministerialnym – w przypadku punktów już uzgodnionych nie musi on być zgodny tematycznie z decydowaną sprawą, na przykład ministrowie rolnictwa mogą zaakceptować ustalenia dotyczące handlu” – podkreśla Kamil Ławniczak. Przy olbrzymiej liczbie nowych dokumentów i zapisów ministrowie przyjeżdżający na posiedzenia Rady UE, nawet jeśli towarzyszy im zespół wspierających ich doradców, nie są w stanie zająć się wszystkim i w wielu kwestiach muszą akceptować decyzje brukselskich urzędników na zasadzie zaufania. Wówczas ich pracom przewodniczą ministrowie również wydelegowani przez kraj sprawujący prezydencję. Rada UE, a ściślej mówiąc rady w różnych składach, dopracowują lub negocjują de facto te najbardziej kontrowersyjne kwestie. W tym celu odbywają one co roku około stu posiedzeń oficjalnych oraz kilkadziesiąt nieformalnych. Każde spotkanie, nim jeszcze się odbędzie, musi już pilotować kraj przewodniczący obradom. „Prezydencja ma duży wpływ na przepływ spraw między warstwami Rady, a więc również na to, gdzie będą procedowane najtrudniejsze punkty. Może działać na rzecz przyspieszania lub spowalniania ich wędrówki między warstwami” – opisuje Kamil Ławniczak. Od strony organizacyjnej jest to olbrzymi wysiłek, ale też szansa na odegranie roli „uczciwego maklera”. Notabene terminu tego użył Otto von Bismarck w marcu 1878 r. podczas swego przemówienia w Reichstagu. Niedługo potem przybyli do Berlina reprezentanci mocarstw zaangażowanych w konflikt zbrojny na Bałkanach, a kanclerz Niemiec obiecał im poprowadzić negocjacje jako „uczciwy makler” tak, aby ich wynik okazał się dla wszystkich korzystny. Po czym wprawdzie nic dla Berlina nie żądał, lecz zadbał o pogłębienie izolacji Francji na Starym Kontynencie, wzmocnienie pozycji Austro-Węgier, zbliżenie z Rosją i skierowanie uwagi Wielkiej Brytanii na dalszą ekspansję kolonialną. Jednym słowem nic nie wziął za usługę, ale jej efekty zagwarantowały Niemcom olbrzymie korzyści w przyszłości. Mistrzynią w odgrywaniu roli „uczciwego maklera” była też Angela Merkel. Wprawdzie kraj sprawujący prezydencję musi zachowywać bezstronność i działać na rzecz wspólnego dobra członków UE, lecz to dobro miewa bardzo różne oblicza. „Może (też – przy. aut.) odgrywać rolę promotora ważnych ze swego punktu widzenia inicjatyw i akuszera złożonych, międzysektorowych uzgodnień” – opisuje pracę takiego „uczciwego maklera” w realiach Rady EU Kamil Ławniczak. „Prezydencja stanowi ponadto ośrodek kontaktowy i reprezentację RUE – względem instytucji Unii takich jak Parlament czy Komisja, a w pewnej mierze również w wymiarze międzynarodowym” – dodaje. Dla zwinnie poruszającego się, mniejszego kraju UE otwiera więc szansę na namiastkę przywództwa. Po wejściu do Unii Polska już raz sprawowała tę funkcję w drugiej połowie 2011 r. Aby jej podołać musiano wydać ponad 500 mln zł, a uzyskane efekty pozostawiły mieszane odczucia. Z jednej strony – jak oceniają w analizie pt. „Polska polityka europejska. Idee, cele, aktorzy, rezultaty” Zbigniew Czachór, Adam Jaskulski, Jarosław Jańczak, Renata Mieńkowska-Norkienė i Piotr Tosiek – „Polska polityka europejska w latach 2004–2014 nie opierała się na wcześniej zaplanowanej strategii naszej obecności w Unii Europejskiej, a tym samym miała charakter reaktywny. Polityka ta nie była oparta na żadnym wcześniej wypracowanym modelu czy też paradygmacie strategicznym. Reaktywny charakter polskiej polityki europejskiej wpływał na osłabienie pozycji Polski na forum Unii Europejskiej”. Z tego też powodu głównym celem prezydencji było dla Warszawy sprawowanie jej tak, by wykazać się sprawnością oraz wzorowo trzymać się jej zasad. Co też zrealizowano. Natomiast nie promowano przy tym żadnych, strategicznych celów III RP, ponieważ ich nawet nie określono. Z drugiej strony rząd Donalda Tuska chwalił się nie tylko udanym debiutem w roli przewodniczącego Radu UE, ale też utrzymaniem przez III RP pozycji największego beneficjenta unijnych funduszy. Za polskiej prezydencji udało się też zablokować pomysł „unii dwóch przędności”, mającej się podzielić na bardziej zintegrowaną strefę euro oraz całą resztę. Jednak te sukcesy dziesięć lat później nie wydają się czymś na miarę ambicji piątego co do wielkości kraju UE. Czy kolejna prezydencja choć w części je zaspokoi, to już kwestia rzetelnego przygotowania się do niej, zgromadzenia kompetentnego zasobu kadrowego, który będzie ją realizował w Brukseli oraz tematów przyjętych do promowania na forum Rady UE. Przede wszystkim zaś zręcznego przewodniczenia, gdy jego czas nadejdzie.

Inne wpisy tego autora

Trudne dni dla Niemiec

„Dni Niemiec jako superpotęgi przemysłowej dobiegają końca” – twierdzi „Bloomberg”. Amerykańska agencja informacyjna może mieć rację, a to rodzi pytanie, co dalej z niemiecką demokracją?

Chiński kot i europejskie myszy

Piractwo jest w Chinach normą, dlatego wystarczy wejść do jakiegokolwiek sklepu, żeby kupić za niewielką cenę kopię każdej, zachodniej marki – obojętne czy chodzi o