Spór jednak nie dotyka istoty problemu, którą jest opłakany i – na tle świata – wciąż pogarszający się stan polskiej ochrony zdrowia. Legatum Prosperity Index (LPI), najczęściej cytowany ranking m.in. systemów zdrowotnych, plasuje nas na 48. miejscu na świecie. Jeszcze w 2019 r. było to miejsce 40. Wyprzedzają nas nie tylko kraje rozwinięte, lecz także Sri Lanka czy Kostaryka. Dalsze zaniedbywanie reformy ochrony zdrowia to przejaw wyjątkowo szkodliwej krótkowzroczności. Starzejące się społeczeństwo poważnie naruszy obecną konstrukcję systemu – zmniejszy kontrybucje oraz zwiększy koszty, co może doprowadzić do skrajnej jego niewydolności i odwrócić pozytywne trendy w długości trwania życia w zdrowiu. Co więc zrobić? Można zacząć od szukania inspiracji. To, jak działają najlepsze systemy zdrowotne, skłania do wniosku, że nie pora na kosmetyczne zmiany.

Śmiertelne zaniedbanie

Do oceny jakości ochrony zdrowia można używać wielu kryteriów. Najważniejsze z nich to dostępność i skuteczność. W przypadku Polski kryterium dostępności jest teoretycznie spełnione. Każdy ma konstytucyjne prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej. W praktyce prawo to jest ograniczane brakiem placówek, sprzętu i personelu oraz długością oczekiwania na wizyty i zabiegi. Indeks przygotowany przez CEOWORLD Magazine, który skupia się na tych kwestiach w ocenie 110 różnych systemów zdrowotnych, Polskę plasuje dopiero na 59. pozycji.

Według danych OECD średni czas oczekiwania na pospolity zabieg chirurgiczny od momentu wizyty u specjalisty należy do najdłuższych w Europie i wynosi ok. 250 dni, podczas gdy w Holandii ok. 50 dni. To dane z 2018 r. (tylko dla tego roku dostępne jest międzynarodowe porównanie), ale sytuacja się nie poprawia. Jak pokazuje raport „Barometr WHC – Polacy w kolejkach”, gdy jeszcze dekadę temu średni czas oczekiwania na ogólnie rozumiane świadczenia medyczne (a więc wizyta lekarska, badanie diagnostyczne czy zabieg) wynosił 2 miesiące, dziś to 3,6 miesiąca (najdłużej Polacy czekają na poradę ortodonty – prawie rok). Długi czas oczekiwania to opóźnione wykrywanie i leczenie chorób, a więc niższa skuteczność ochrony zdrowia.

Obrazująca to makrostatystyka to średnia oczekiwana długość życia, która w Polsce niższa jest o 4,8 lat od średniej OECD. Warunkujące ją „mikrostatystyki” to np. śmiertelność w ciągu 30 dni po udarze. W Polsce wynosi ona 11,8 proc., czyli 4 pkt proc. powyżej średniej OECD. Notujemy też 663 przyjęcia szpitalne na 100 tys. mieszkańców, których można uniknąć – względem średniej dla OECD wynoszącej 463 przyjęcia (są to przyjęcia wynikające z dysfunkcyjnej podstawowej opieki medycznej nad diabetykami czy astmatykami).

W miejsce tych statystyk wskazujących na niską jakość naszej ochrony zdrowia można by właściwie wskazać inną, ale najwymowniejszą: liczbę nadmiarowych zgonów w Polsce w pandemicznym 2021 r. Przekroczyła ona o ok. 154 tys. średnioroczną wartość z ostatnich 50 lat. W grudniu 2021 r. byliśmy niekwestionowanym liderem Europy pod tym względem, przekraczając średnią zgonów aż o 68,9 proc. Systemu ochrony zdrowia, który daje takie efekty, nie można nazwać sprawnie działającym. Pomyślcie: 154 tys. dodatkowych zgonów to 15-krotność potwierdzonych dotąd śmierci ukraińskich cywilów w wyniku inwazji Rosji na Ukrainę.

Ci, którzy twierdzą, że problemem jest „niewystarczające finansowanie” naszego systemu zdrowotnego (obecnie na poziomie ok. 6,6 PKB), upraszczają sprawę. Przede wszystkim pomijają to, że nie istnieje żadna „miara z Sèvres” w tym zakresie. Gdyby było inaczej, najlepsze systemy zdrowotne świata charakteryzowałyby się podobnymi wskaźnikami. Tymczasem weźmy Singapur, niekwestionowany numer jeden według LPI. Tam na zdrowie wydaje się rocznie ok. 4,5 proc. PKB. W drugiej na podium Japonii to 10,9 proc. PKB, a w trzeciej Korei Południowej – 8,4 proc. Z kolei najlepsze europejskie systemy – norweski, szwedzki, szwajcarski, holenderski i niemiecki – wydają na zdrowie od 10,1 proc. do 12,8 proc. PKB. Wydaje się więc, że nie istnieje ścisły związek między wysokością wydatków zdrowotnych w stosunku do PKB a jakością służby zdrowia. Ale istnieje pewien związek – choć korelacja nie jest silna – między bogactwem krajów a wydatkami zdrowotnymi w kategoriach absolutnych. Niemcy i Szwajcarzy wydają na zdrowie ok. 8 tys. dol. per capita, Holendrzy 7,4 tys. dol., ale Izraelczycy już tylko 3,4 tys. dol., a Koreańczycy 4,3 tys. dol.

Gdyby odnieść te kwoty do PKB per capita tych państw i spróbować w oparciu o to wyliczyć, ile powinno wydawać się w Polsce, to żeby być np. jak Niemcy, powinniśmy zamiast obecnych 2979 dol. per capita wydawać 5522 dol., czyli dwukrotnie więcej, a żeby być jak Singapur, tylko 1210 dol., a więc o ponad połowę mniej. Z kolei, jeśli chodzi o porównanie z Izraelem, to Polska na zdrowie wydaje w proporcji tyle samo.

Nie istnieje też idealny i wspólny dla wszystkich prymusów odsetek wydatków na zdrowie pokrywanych z kieszeni prywatnych. Podczas gdy w Polsce to ok. 25 proc. całości wydatków, to najlepsi notują wskazania od 50 proc. (Singapur) do 13,4 proc. (Niemcy). Skupianie się jednak na takich wyliczeniach i kwotach to błąd. Są one rezultatem tego, jak zaprojektowany jest system, oraz uwarunkowań lokalnych, a nie wynikiem arbitralnych ustaleń politycznych. Jeśli już więc porównywać się z najlepszymi systemami ochrony zdrowia, to zwracając uwagę na ich cechy jakościowe i strukturalne.

(…)

Cały tekst dostępny jest TUTAJ.