Biorąc pod uwagę to, co zwykle słyszy się o tych platformach z ust ekspertów i komentatorów, można by o tych wzrostach pisać jak o epidemii. Bo słyszy się rzeczy niemal wyłącznie negatywne. Społecznościówki obwinia się o powodowanie schorzeń psychicznych, wzmacnianie konfliktów społecznych i erodowanie wzrostu gospodarczego. Osoby przypisujące im pozytywne skutki budzą politowanie, zaś osoby przedstawiające je jako wielką innowację są wykpiwane. Z kpinami spotkał się Elon Musk, właściciel społecznościowego serwisu X, gdy w trakcie styczniowej wizyty w Auschwitz stwierdził, że „gdyby istniały media społecznościowe, (Holokaust) byłby niemożliwy do ukrycia”.

Ale czy słusznie szydzimy z Muska?

Oskarżenie

Moja odpowiedź brzmi: nie. I nie dlatego, że pałam do Muska szczególnym sentymentem, gdyż obaj stoimy po libertariańskiej stronie ideologicznej barykady. Przeciwnie, wiele z jego wypowiedzi uważam za nieprzemyślane, a niektóre za wybitnie głupie, by wspomnieć choćby o jego ignoranckich analizach geopolitycznych, które osłabiają pozycję Ukrainy w wojnie z Rosją, a więc zagrażają także Polsce.

Jednak próba wskazania pozytywnych stron istnienia społecznościówek jest ćwiczeniem intelektualnym, które powinniśmy wykonać wszyscy. Jeśli się ona nie powiedzie i jeśli trafną okaże się diagnoza, że media społecznościowe to matrix, do którego sami siebie podpinamy za pomocą smartfonów i który – jak w filmie Wachowskich – wysysa z nas życiową energię, kierując cywilizację na manowce, to należałoby podjąć radykalne kroki. Po prostu zakazać ich jako technoniewolnictwa. Ale może być przecież też i tak, że społecznościówki to remedia na rozmaite cywilizacyjne problemy.

Zacznijmy od linii oskarżenia, zgodnie z którą platformy te dewastują życie jednostek oraz społeczeństw oraz szkodzą gospodarkom. Są na to, jak wskazują krytycy, liczne badania. Na przykład w 2022 r. naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie oraz amerykańskiego MIT Sloan School of Management pokazali, że dla psychiki użytkowników mediów społecznościowych szkodliwa była nawet pierwsza wersja Facebooka. Ta, którą Mark Zuckerberg uruchamiał w latach 2004–2006 w USA najpierw dla studentów Uniwersytetu Harvarda, a potem innych uczelni. Właśnie ze względu na stopniowy proces uruchamiania platformy było możliwe porównanie zdrowia psychicznego studentów różnych szkół. W sumie zbadano absolwentów 775 uniwersytetów. Okazało się, że FB przyczynił się do wzrostu o 7 proc. liczby studentów cierpiących na depresje tak poważne, że utrudniające funkcjonowanie, oraz do wzrostu o 20 proc. liczby studentów z zaburzeniami lękowymi.

Skoro lęk, to i depresja, samookaleczenia, samobójstwa. Społecznościówki podsuwają nam nierealistyczny wzorzec piękna, któremu nie możemy sprostać, narażają nas na bardzo bolesną agresję słowną oraz obniżają samoocenę. Jeśli z nich korzystamy, a zwłaszcza dzieci, przez więcej niż dwie godziny dziennie, częściej rozmyślamy o samobójstwie, a w efekcie częściej podejmujemy próbę odebrania sobie życia. Niestety, nie wystarczy sobie tych zagrożeń uświadomić, by ograniczyć używanie społecznościówek. Ich algorytmy są obliczone na aktywowanie w naszych mózgach ośrodka nagrody, by dzięki temu popychać nas do coraz dłuższego „scrollowania walla”. To jak uzależnienie.

W tej podróży między powodującymi uszczęśliwiające wystrzały dopaminy lajkami a treściami zwiększającymi poziomy kortyzolu, hormonu stresu, układy odpowiedzialne w mózgu za krytyczne myślenie zaczynają szwankować i stajemy się łatwym celem dezinformacji. Wciskane nam są za jej pomocą produkty, których w innym wypadku nigdy byśmy nie kupili. Kolejny kurs online z samorozwoju albo lecznicza trawa Jerzego Zięby. Wciskane nam są także rozmaite ideologie, których w innym wypadku byśmy nie wyznawali. Najpierw zamyka się nas w światopoglądowych bańkach, a potem karmi półprawdami, w efekcie czego grzęźniemy w coraz bardziej zaciętej walce o „mojsze prawdy” – przy urnie wyborczej, w trakcie manifestacji czy przy świątecznym stole.

Jednocześnie pogarsza się nasze zdrowie fizyczne. Gorzej śpimy, przybieramy na wadze, jesteśmy obolali. Spada nasza odporność. Badacze z Uniwersytetu Stanu Nowy Jork w Buffalo odkryli, że nadmierne korzystanie z platform społecznościowych koreluje z wyższymi poziomami białka C-reaktywnego, markera sygnalizującego chroniczne i poważne stany zapalne, a także raka. Czy może dziwić, że w rezultacie stajemy się po prostu gorsi jako rodzice, partnerzy, pracownicy? Bo spada nasza produktywność, motor napędowy wzrostu PKB i rzeczywiście – jak liczne prace wskazują – spowalnia rozwój gospodarczy. Znamienne jest, że ostatni raz świat zanotował wzrost PKB powyżej 4 proc. w 2010 r. (wyniósł wtedy 4,5 proc.), a więc właśnie u zarania popularności mediów społecznościowych. W kolejnych latach (z wyłączeniem pandemicznych lat 2020 i 2021) wzrost oscylował już wokół 3 proc.

Oskarżenie wnosi o najwyższy wymiar kary dla mediów społecznościowych. Trudno wyobrazić sobie, by jakiekolwiek plusy mogły przyćmić ich minusy. Zakazać.

Obrona

Byłoby to niesprawiedliwe. Czy obwiniamy nóż o to, że ktoś popełnił nim morderstwo? Oczywiście, że nie. A czy ktoś zbadał wszystkie korzyści, które odnosimy z używania noży? Wydają się one tak oczywiste, że takie prace byłyby marnowaniem talentu i czasu naukowców. Najwyraźniej jednak zalety społecznościówek nie są tak oczywiste, jak zalety noży. Dlatego potrzeba im obrońców. A wbrew sugestiom oskarżenia istnieją badania, które na te zalety wskazują, oraz badania, które podważają te rzekome negatywne skutki korzystania z Facebooka, X czy innych platform.

Niektórzy oburzą się na analogię z nożem jako nietrafioną. Bo czy nóż może uzależnić? Ale w świetle wiedzy już tutaj ujawnia się słabość argumentów oskarżenia. W magazynie „Time” z 9 listopada 2023 r. ukazał się artykuł o tytule: „Scientists Can’t Decide if Social Media Is Addictive” (Naukowcy nie są przekonani, czy media społecznościowe uzależniają). A skoro nie są, to zgodnie z dobrą praktyką winniśmy ewentualne wątpliwości interpretować na korzyść tych platform. Wśród tychże dowodów znajduje się m.in. badanie naukowców z Uniwersytetu w Durham z Wielkiej Brytanii, będące kanwą artykułu w „Time”. Przyjęli oni założenie, że jeśli media społecznościowe faktycznie uzależniają, to osoby szczególnie intensywnie z nich korzystające (nawet do 9 godzin dziennie) po odcięciu od sieci będą wykazywać syndrom odstawienia. Nic takiego nie miało miejsca. „Abstynenci” nie czuli przemożnej potrzeby powrotu, a ich samopoczucie nie ulegało pogorszeniu. Zatem użytkownicy społecznościówek zachowują zdolność do samokontroli i mogą decydować o tym, jak długo, ale też w jaki sposób z nich korzystają.

W 2019 r. ukazało się badanie zespołu Mesfina Awoke Bekalu ze szkoły Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Harvarda, w którym przeanalizowano związek intensywności użycia mediów społecznościowych i „emocjonalnego przywiązania” do nich z dobrostanem społecznym, ze zdrowiem psychicznym i z deklarowanym zdrowiem fizycznym. Okazało się, że użycie społecznościówek traktowane jako codzienna rutyna jest z tymi wskaźnikami skorelowane pozytywnie. Problemem jest jednak zbyt emocjonalne do nich przywiązanie, przejawiające się np. kompulsywnym sprawdzaniem aplikacji w strachu, że coś nas ominie (FOMO, fear of missing out). Tu mamy korelację negatywną. Zdaniem Bekalu „wyniki badania są sprzeczne z tym, czego niektórzy mogliby się spodziewać”. Pozytywne strony korzystania z platform tłumaczy on np. tym, że „mogą rekompensować one słabnące bezpośrednie interakcje społeczne w zabieganym życiu ludzi”, a także tym, że „przezwyciężając bariery odległości i czasu”, umożliwiają „rozszerzanie i wzmacnianie osobistych sieci i interakcji”. Po namyśle należałoby stwierdzić, że ta zaleta społecznościówek od początku powinna być oczywista. Jak mogła ona umknąć uwadze oskarżycieli?

Oczywiście, i Bekalu to przyznaje, platformy społecznościowe mogą się przyczyniać do problemów psychicznych, ale tu pomagają interwencje behawioralne. Jeśli ktoś nie umie się posługiwać nożem, nauczmy go tego, zamiast mu nóż odbierać. Badania przeprowadzone na Uniwersytecie Oksfordzkim wskazują, że jeśli używamy platform społecznościowych w sposób napędzający interakcje społeczne (np. tworzymy różne społeczności, zachęcamy do podejmowania wspólnych działań), pozytywnie wpływa to na nasze samopoczucie. Wykorzystujmy więc społecznościówki, zamiast tylko biernie z nich korzystać.

To, że możemy jednak kontrolować korzystanie z tych platform, jest związane z innym nadużyciem w wykonaniu oskarżenia: z przypisywaniem mediom społecznościowym polaryzowania społeczeństwa i silnego negatywnego wpływu na życie polityczne. I tu – jak w przypadku kwestii właściwości uzależniających – nie ma naukowej zgody. Co więcej, pojawiają się prace wskazujące na to, że wpływ społecznościówek na nasze przekonania jest ograniczony.

Dobrze podsumowuje je artykuł z „The New York Times” z sierpnia 2023 r. zatytułowany „Facebook’s Algorithm Is «Influential» but Doesn’t Necessarily Change Beliefs, researchers say” (Algorytm Facebooka ma na nas wpływ, ale niekoniecznie pod jego wpływem zmieniamy przekonania – twierdzą naukowcy). Czytamy w nim, że „naukowcy z Uniwersytetu Teksańskiego, Uniwersytetu Nowojorskiego oraz Uniwersytetu Princeton odkryli, że usunięcie niektórych kluczowych funkcji algorytmów platform społecznościowych «nie miało wymiernego wpływu» na przekonania polityczne ludzi. (…) Wśród usuniętych funkcji znalazły się m.in. dopasowanie widoczności postów pod użytkownika czy przedstawianie mu głównie treści osób o zbliżonych poglądach. Naukowcy stwierdzili, że w jednym z eksperymentów dotyczących algorytmu Facebooka wiedza ludzi na temat wiadomości politycznych zmniejszyła się, gdy usunięto możliwość ponownego udostępniania postów”. Szeroki dostęp do informacji w oparciu o nowoczesne technologie może jednak poszerzać wiedzę? To także od samego początku powinno się wydawać oczywiste.

Nie inaczej jest w przypadku wpływu społecznościówek na wzrost gospodarczy. Osoby oceniające go negatywnie opierały się na badaniach ekonomicznych, które – jak podkreślają autorzy najświeższej i najbardziej kompleksowej analizy w tej tematyce – dotyczyły zwykle tego, co widać gołym okiem: efektów bezpośrednich. Tymczasem przygotowany przez nich dokument „Does Social media Contribute to Economic Growth” (Czy media społecznościowe przyczyniają się do wzrostu gospodarczego) opublikowany w maju 2023 r. mierzy także efekty pośrednie, biorąc pod uwagę dane ze 177 państw z lat 2012–2019. Okazuje się, że społecznościówki mają „pozytywny i istotny” wpływ na wzrost gospodarczy. Jest on rezultatem pośrednich oddziaływań np. na rozwój sektora finansów, efektywność energetyczną, technologię informacyjno -komunikacyjną czy na kapitał ludzki. To ostatnie jest szczególnie istotne: media społecznościowe dają dostęp do wiedzy i szans ekonomicznych osobom, które w innym wypadku by go nie miały.

Obrona wnosi o uniewinnienie.

(…)

Cały artykuł dostępny jest TUTAJ.