Kim są szefowie kapitalistów?

Doceniasz tę treść?

Transkrypt wystąpienia Sebastiana Stodolaka podczas konferencji „(Nie)świadomy konsument”. Wystąpienie w formie wideo można obejrzeć TUTAJ (od 5:04:30).

 

W filmie Idiokracja” opisującym dystopijne społeczeństwo przyszłości, wszyscy piją napój energetyczny Brawndo, a nawet nawadniają nim rośliny, powtarzając jak mantrę, że robią to, ponieważ „ma elektrolity”. Branwdo to megakorporacja zatrudniająca połowę populacji USA i spełniająca wszystkie wymagania biurokratów. Film ten miał być kpiną z głupiego amerykańskiego konsumpcjonizmu. Niestety, może być wizją świata, do którego zmierzamy pod kuratelą tych, których uznaje się za najmądrzejszych, a na pewno za mądrzejszych od nieświadomych konsumentów.

To oczywiście prawda, że konsumenci bywają w różnych wymiarach nieświadomi, podejmując decyzje zakupowe. Nie wiedzą, że ich spodnie wyprodukowano w azjatyckim sweatshopie. Nie wiedzą, jak duży jest ślad węglowy ich butelki po coca-coli. Nie wiedzą często, że wiele substancji spożywczych ma właściwości rakotwórcze. Nie wiedzą, że właściciel ich ulubionej marki to wyjątkowo nieprzyjemny typ. Nie wiedzą, że supermarket X wypłaca swoim pracownikom pensje wyższe niż supermarket Y, w którym najczęściej robią zakupy. Konsumenci nie są świadomi wielu rzeczy i można spekulować, że gdyby byli, podejmowaliby inne decyzje, choć oczywiście gwarancji nie mamy.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę konsumentom, czyli nam wszystkim, na kwestię, której świadomość jest w zaniku. Co więcej, jest ona tym mniejsza, im częściej słyszymy o tym, jak nieracjonalni i zagubieni w swoich wyborach jesteśmy. Gdy tak o tym słuchamy, można odnieść wrażenie, że konsumenci to grupa pozbawionych własnej woli ignorantów, chodzących na pasku sprzedawców, którzy polują na nich za pomocą wyszukanego marketingu, a często też manipulacji. Gdyby tak było rzeczywiście, należałoby dojść do wniosku, że konsumenci wymagają nie tylko edukacji – edukacja przecież nie działa natychmiast, jej efekty objawiają się po latach i nie zawsze – ale oświeconego przywództwa. Należałoby mówić im, co mają jeść, pić, w co się ubierać, jak często, gdzie, kiedy robić zakupy itd. Czy ktoś z państwa chciałby, żeby decyzje konsumenckie podejmowało za was oświecone gremium filozofów, etyków, biotechnologów i ekonomistów?

Mam nadzieję, że nie. Zwłaszcza że ten czarny obrazek, mówiąc wprost, nierozgarniętego konsumenta jest całkowicie zwodniczy. Dlaczego? Otóż – i o tym właśnie chciałem mówić – konsumenci są suwerenami kapitalistów. Ich szefami. Ludwig von Mises, wybitny ekonomista austriacki, który nie wierzył w socjalizm zanim to było modne i jako jeden z niewielu przewidział jego klęskę. Nazywał konsumentów kapitanami gospodarki. Pisał:

Kapitaliści, przedsiębiorcy i rolnicy stanowią narzędzie w kierowaniu sprawami gospodarczymi. Stoją za sterem i sterują łodzią. Nie obierają jednak dowolnego kursu. Nie są zwierzchnikami, lecz tylko sternikami, którzy muszą bezwarunkowo wykonywać rozkazy kapitana. Kapitanem jest konsument. To konsumenci – kupując i powstrzymując się od zakupów –decydują o tym, kto powinien posiadać kapitał i kierować firmami. To oni decydują, co powinno być produkowane, w jakich ilościach i jakiej jakości. Od ich nastawienia zależą zyski i straty przedsiębiorców. Dzięki nim biedni stają się bogaci, a bogaci biednieją. Nie są łatwymi kierownikami. Mają mnóstwo kaprysów i zachcianek, są zmienni i nieprzewidywalni. Ani trochę nie zważają na to, co cenili w przeszłości. Gdy tylko pojawi się coś tańszego albo coś bardziej przypadnie im do gustu, porzucają dotychczasowych dostawców.

Trudno o jaśniejszy i trafniejszy opis. 

Konsument nie musi być światłym mędrcem o szerokiej wiedzy, by sterować rynkiem. Wystarczy, że jego preferencje zbiegną się z preferencjami innych konsumentów, by stworzyć nowego Steve’a Jobsa albo go obalić. Rocznie w Polsce upada kilkaset firm. Najczęstszą przyczyną upadłości są nietrafione inwestycje, co należy czytać: założyłem, że popyt na te produkty będzie duży i zainwestowałem. Niestety, chętnych nie było.

Przedsiębiorcy nie są wszechmocni, ich marketing, choćby nie wiem, jak nowoczesny i jak mocno osadzony w Big Data i AI, nie jest w stanie zagwarantować im sukcesu. Zresztą, jak wyglądałby gospodarka, gdyby kapitaliści byli tak przebiegli, że umieliby nam sprzedawać wszystko, co chcą ze 100-proc. skutecznością? Gospodarka składałaby się wyłącznie z monopoli, nie byłoby miejsca na konkurencję. Ale nie byłoby też wzrostu, bo nie byłoby motywacji do oferowania nam coraz lepszych produktów i usług. Zauważmy, że tam, gdzie konsumenci cieszą się największą wolnością, mamy równoległy wzrost jakości i faktyczną deflację, jak np. w obszarze elektroniki. 

Kapryśny kapitan, jakim jest konsument, to po prostu warunek rozwoju.

Oczywiście dobrze byłoby, gdyby konsumenci kupowali rzeczy zdrowe, a nie szkodliwe i piękne, a nie brzydkie. Wiemy dobrze, że zdarza im się postępować odwrotnie. Wiemy też, że w niektórych naszych wyborach konsumenckich dysponujemy mniejszą, a w niektórych większą wolnością ze względu na działanie naszego mózgu – stąd nasza skłonność do używek takich, jak alkohol, kofeina, słodkich i tłustych rzeczy, czy nasza wysoka konsumpcja łatwych internetowych, dawniej telewizyjnych rozrywek. Poza jednak skrajnymi przypadkami – np. osób uzależnionych – wszystkim nam pozostaje jednak wystarczająco duży skrawek wolnej woli nawet w przypadku podjęcia decyzji o zakupie wymienionych produktów. 

Jest to kluczowe, by zrozumieć, że każdy konsument ma swoje indywidualne uwarunkowania, które wpływają na jego postrzeganie tego, co zdrowe i piękne. To, co z zewnątrz może wydawać się głupie, z jednostkowego punktu widzenia może mieć sens. Gdy byłem studentem, mogłem pozwolić sobie na łososia norweskiego od czasu do czasu i na pewno był on zdrowszy od parówek, ale dzisiaj – gdy już zarabiam odrobinę więcej, niż wynosiło moje stypendium – mogę pozwolić sobie na odrobinę zdrowsze ryby niż łosoś hodowlany, bo trzeba przyznać, że najzdrowszą rybą to on jednak nie jest. Moje subiektywne oceny zmieniają się w czasie. Subiektywne oceny 8 mld ludzi zmieniają się w czasie. Nie można tego skutecznie śledzić, a co dopiero kontrolować i popychać we „właściwym kierunku”. Ta nieznajomość indywidualnych uwarunkowań konsumenta sprawia, że odgórne narzucanie mu wyborów może okazać się dla niego szkodliwe.

Jednak ktoś mógłby powiedzieć, że – trzymając się przykładu łososia – gdybym już jako student był w pełni świadomy zawartych w nim toksyn, to być może zrezygnowałbym z niego już wówczas? Możliwe. Każdy ma prawo przekonywać innych do swojej perspektywy i jeśli widzi gdzieś pole do edukowania konsumentów, droga wolna! Można dostarczać im wiedzy, ale to oni powinni podejmować ostateczne decyzje. 

Bo gdybyśmy suwerenność konsumentów zastąpili wyborami dokonywanymi w ich imieniu przez najmądrzejszą nawet grupę ekspertów, osiągnęlibyśmy godny pożałowania rezultat. I byłby to ten sam rezultat, co w świecie, w którym to producenci sprzedają swoje towary ze 100-proc. skutecznością: zanikłaby konkurencja, pojawiłyby się monopole, wzrosłyby ceny, a towary i usługi nie zwiększałyby swojej średniej jakości. Co z tego, że grupa taka jak – nazwijmy ją Komisją Wyborów Konsumenckich – nakazałaby jedzenie zdrowej ekożywności, skoro ceny tejże poszybowałyby tak wysoko, że nikogo nie byłoby na nią stać? 

Rozpisuję tu, oczywiście, mało realistyczny scenariusz. Taka komisja raczej nie powstanie. Chcę tylko pokazać, że konsument – bez względu na to, czy oceniamy go jako świadomego, czy nie – u steru gospodarki jest gwarancją rozwoju. Ale konsument wolny do własnych, choćby błędnych decyzji. Niektórzy mogliby się z tym nawet zgodzić, ale powiedzą, że mimo wszystko trzeba go przed jego ignorancją w jakiś sposób chronić. Normami, regulacjami, podatkami. 

Oczywiście, zgoda, że tam, gdzie regulacje ograniczają koszty transakcyjne i efekty zewnętrzne, mają one sens. Diabeł tkwi w szczegółach: bywa, że koszty samej regulacji są wyższe niż benefity. Bywa też, że regulacja jest zbyt daleko idąca, zbyt mocno ingeruje w relacje gospodarcze. Niestety, tendencja do tworzenia takich nadmiernych regulacji i urzędów, które je wynajdują, a potem egzekwują, nie tylko nie jest stała, ale wydaje się, że rośnie. 

Przestrzegał przed tym już Milton Friedman w słynnym artykule „Szczekające koty” – przed nadmierną wiarą w sprawczość rozmaitych agencji rządowych, które miałyby chronić konsumentów.

Agencje takie stają się zwykle instrumentami branży, którą mają regulować, umożliwiając przemysłowi ochronę pozycji monopolisty i bardziej efektywne wykorzystywanie konsumentów – pisał Friedman.

Słowem, zamiast stać na straży suwerenności konsumenckiej, podkopują ją. Tego nie da się zmienić, gdyż funkcjonowaniem urzędów kierują prawa polityczne, jak pisze Friedman, prawa nie mniej wiążące od praw biologicznych. Dlatego do naprawy takich urzędów nie wystarczy wymiana personelu – konieczne jest ograniczenie ich władzy. 

Milton w swoim artykule odnosił się bezpośrednio do szczególnie wrażliwej tematyki: leków. Przekonywał, że federalna Agencja Żywności i Leków (FDA) z zasady będzie bardziej zachowawcza i nadmiernie ostrożna przy zatwierdzaniu nowych leków niż to w rzeczywistości konieczne. W efekcie leki ratujące życie będą z opóźnieniem wchodzić na rynek, a opóźnienia te pozbawią szansy na leczenie tysiące osób. „Szczekające koty” zostały opublikowane w 1973 r., a od tamtej pory historia wielokrotnie pokazała, że Friedman miał rację. Przykładowo zbadano, że dwuletnie opóźnienie w dopuszczeniu do obrotu terapii trombolitycznej (leczenie zakrzepów) przełożyło się na ok. 22 tys. zgonów. A to tylko jeden z przykładów. Zauważmy, że w obliczu pandemii, politycy zorientowali się, że regulacje w obszarze medycyny są zbyt daleko posunięte i część z nich poluzowali, żebyśmy mogli szybciej otrzymać szczepionkę.

Na koniec jeszcze jedna uwaga – związana z politykami UE. Idą one dzisiaj w bardzo ciekawym, ale niepokojącym kierunku. Chodzi o raportowanie ESG. Na firmy narzuca się obowiązki wykazywania pozafinansowych wskaźników związanych ze środowiskiem, społecznością i zarządzaniem. Jest to niezwykle kosztowne, ale poza tym jeszcze samo w sobie w suwerenność konsumencką nie uderza. Problem pojawi się, gdy na bazie tak zgromadzonych danych, urzędnicy opracują nowe regulacje w tych obszarach – a stanie się to niemal na pewno. Już dzisiaj przedsiębiorstwa zamiast zajmować się wyłącznie odpowiedzią na pytanie, czy ich produkty sprostają wymogom konsumentów, muszą zastanawiać się nad tym, czy sprostają wymogom urzędników. Rozmach raportowania ESG i regulacji, które w przyszłości za sobą pociągnie, znacznie pogorszy jeszcze sytuację w tym zakresie. 

Konsument przestanie być oczkiem w głowie producentów. Jego suwerenność zostanie ograniczona niejako od drugiej strony: niczego mu się nie zakaże, ale ograniczy się wybór do takich sprzedawców, którzy spełniają oczekiwania urzędników.

Inne wpisy tego autora

Czas na rewolucję w polskiej służbie zdrowia

W Polsce znów rozgorzała debata o finansowaniu służby zdrowia, tym razem po wprowadzeniu nowych zasad naliczania podatku zdrowotnego, dla niepoznaki zwanego składką. Cieszą się ci,