Chrobok użył pojęcia przewagi konkurencyjnej w sposób szczególny. Wyjął ją z tradycyjnego kontekstu relacji firma–klient i włączył w relację firma–rząd. Niby to zrozumiałe, bo żeby działać na rynku, musisz umieć przewidywać zmiany w przepisach, ale też niepokojące. UE przyjmuje rocznie tysiące rozporządzeń, dyrektyw i decyzji, z których wiele krępuje rozwój gospodarczy. Ta regulacyjna ofensywa idzie za daleko. Jest obawa, że zmierzamy ku „nowej normalności”, w której zaspokajanie potrzeb klientów nie ma znaczenia, a jedyną liczącą się przewagą konkurencyjną firmy jest zdolność do czytania w myślach legislatorom. W długiej perspektywie oznacza to stagnację.

Zarządzamy powszechny dobrobyt

Na to, że UE przesadza z regulacjami, mam dowody. Pomiar ilościowy w tej materii ułatwia sama Unia, publikując statystyki na stronie eur-lex.europa.eu. Rok po roku i miesiąc po miesiącu można prześledzić, ile rozporządzeń, dyrektyw i decyzji wydano na każdym poziomie instytucjonalnym i o dowolnym charakterze. Przykładowo w 2023 r. przyjęto bądź znowelizowano w sumie 2228 aktów prawnych. W 2022 r. liczba ta wynosiła 2445, a w 2021 r. 2380. Sprawdzenie, na ile dokładnie stron nowej legislacji to się przekłada, wymagałoby godzin żmudnego przeglądu wszystkich dokumentów, ale przy konserwatywnych założeniach (średnio 20 stron na jeden akt) mowa o ponad 45 tys. stron nowej legislacji rocznie na poziomie UE i kolejnych tysiącach na poziomie członków Unii, bo unijne prawo wymaga implementacji.

Szacunki dotyczące tego, jak dużą część prawa krajowego stanowią przepisy o unijnym pochodzeniu, różnią się znacznie. Można znaleźć opracowania wskazujące na zaledwie kilkanaście procent, jak i takie, które wskazują na 60–80 proc. Nie ma tu jeszcze zgody ze względu na różnice w założeniach metodologicznych, ale skłaniałbym się w kierunku wyższego odsetka. Dlaczego? Unijne prawodawstwo oddziałuje na legislację narodową kaskadowo. Nierzadko implementacja unijnych aktów prawnych wymaga przyjęcia czy nowelizacji więcej niż jednej ustawy na poziomie danego państwa członkowskiego. Ponadto rządy dorzucają przy okazji zapisy dodatkowe, których nikt od nich nie wymaga, przez to często implementują prawo UE w sposób chaotyczny i nieoptymalny, a więc generujący konieczność wdrożenia serii poprawek.

Weźmy dla przykładu implementację RODO, czyli rozporządzenia o ochronie danych osobowych. Oryginalne rozporządzenie UE liczyło 88 stron i zmusiło Polskę do wprowadzenia nowej ustawy o ochronie danych osobowych, która ma 47 stron, ale to nie wystarczyło. Konieczne było także, jak czytamy w serwisie lex digital.pl, „wprowadzenie zmian w 162 ustawach regulujących różne branże i obszary gospodarki. W niektórych z nich wprowadzono rozdziały dotyczące ochrony danych osobowych, których wcześniej w ogóle nie zawierały”.

Ale sama liczba przyjmowanych aktów prawnych nie mówi nam wystarczająco dużo. Mogą być przecież nieinwazyjne, dotyczyć spraw pobocznych i wpływać zaledwie marginalnie na codzienne funkcjonowanie firm i życie obywateli. Mogą też czasami rozwiązywać problemy, np. ograniczając koszty transakcyjne i poprawiając dostęp do dóbr publicznych. Gdyby tak było, to choć obszerne prawo UE wciąż byłoby uciążliwe, nie miałoby silnie antyrozwojowego efektu. W rzeczywistości jednak wprowadza ono w relacje gospodarcze zmiany istotne i o charakterze hamulcowym.

Przypomnijmy, że nadregulacja była jedną z przyczyn wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty. Rząd Davida Camerona w 2014 r. opublikował przegląd najbardziej szkodliwych przepisów oraz zaproponował systemowe reformy, np. przyjęcie zasady „one in – one out”, czyli jedna nowa regulacja w zamian za usunięcie jednej starej, czy konieczność corocznej estymacji gospodarczego kosztu netto nowych propozycji legislacyjnych. Londyn proponował też jak najszybsze pełne wdrożenie w całej Wspólnocie dyrektywy liberalizującej rynek usług, co w długim terminie miało zwiększyć obroty w handlu usługami wewnątrz Unii o niemal 15 proc. i przynieść jej dodatkowe 1,8 proc. PKB. Sugerowano też zaniechanie tworzenia prawa, które stawia firmy z UE w gorszej pozycji konkurencyjnej niż firmy spoza Wspólnoty. Niestety, dokument potraktowano w Brukseli jako antyinstrukcję.

Angielski raport sugerował też, że podpisanie TTIP, umowy o partnerstwie handlowym i inwestycyjnym z USA, to rocznie dodatkowe 120 mld euro w europejskiej gospodarce. Umowy do dziś nie podpisano (choć temu winne są także Stany). W raporcie odradzano też rozszerzanie raportowania pozafinansowego (ESG) na firmy nienotowane na giełdzie ze względu na brak wymiernych korzyści i nadmierne obciążenie biurokratyczne. Tymczasem finalnie reguły w UE skonstruowano tak, że raportowanie ESG obejmuje także firmy pozagiełdowe, a mówimy o wymogach niezwykle obszernych i skomplikowanych.

Na tym tle komicznie wyglądają dokumenty fundamentalne publikowane co jakiś czas przez UE, takie jak strategia lizbońska z 2000 r., która miała uczynić Unię „najbardziej konkurencyjną i dynamiczną gospodarką opartą na wiedzy na świecie”. Nie udało się. Nie udało się zrealizować w pełni założeń znacznie mniej ambitnej strategii Europa 2020 przyjętej dekadę później. Dlaczego? Bo rozwoju nie da się zadekretować. Na rozwój trzeba pozwolić. Jak? Po prostu mu nie przeszkadzając. Prawdziwy euroentuzjasta winien być zwolennikiem gospodarczej deregulacji, która zwiększy odporność i dynamizm UE. Najskuteczniejszym natomiast narzędziem jej osłabienia byłoby promowanie dalszego rozrostu przepisów.

Cały artykuł można przeczytać TUTAJ.