Ale kwestia, której Kasprzycka dotknęła, jest wyjątkowo poważna. Sprowadza się do pytania, czy władza ma się zajmować przede wszystkim sobą, czy jednak państwem. Polityka „ciepłej wody w kranie”, symbol pierwszych rządów PO w latach 2007–2014, to za mało. Problemy, które już wtedy zaczynały być palące, dziś stanowią olbrzymie obciążenie rozwojowe, by wymienić choćby starzejące się społeczeństwo czy popsute oraz skomplikowane do imentu prawo. Do tego pojawiły się zupełnie nowe zagrożenia, jak ryzyko agresji Rosji. To wszystko na tle przetasowań światowego układu sił czy napięć w UE, zmuszających Polskę do aktywniejszej polityki zagranicznej.

Tymczasem nowy rząd dotąd nie przedstawił jasnego pomysłu na to, czym i jak chce się zajmować. W exposé usłyszeliśmy frazesy, a 100 konkretów z kampanii poszło w zapomnienie. Mamy do czynienia z sytuacją, w której pozornie dzieje się wszędzie wszystko naraz, a w rzeczywistości nie dzieje się nic godnego uwagi z punktu widzenia dbałości o długofalowy rozwój kraju. Brakuje wizji.

Zagubiony czempion

W pewnym sensie wizja jest najważniejsza. Taka, którą można sformułować w kilku zdaniach, wskazujących cel i narzędzia jego realizacji. Spójrzmy na kraje z czołówki Indeksu Wolności Gospodarczej Instytutu Frasera, który koreluje z ich zamożnością. Nazwa każdego przywodzi na myśl idee polityczne, na których w sposób trwały opiera się wzrost – wizję rozwoju, którą wypracowano przez lata w procesie politycznym.

Szwajcaria to rozsądek decyzyjny osiągany poprzez konsensus społeczny demokracji bezpośredniej, domyślna neutralność wobec sporów innych państw i skoncentrowanie gospodarki na finansach, zaawansowanej nauce i nowych technologiach. Nowa Zelandia to upatrywanie siły w prostocie rozwiązań, a także wyspiarska bezkompromisowość decyzyjna i sprawność działania, przekładająca się na śmiałe posunięcia w politykach gospodarczych, jak zerwanie z dopłatami dla rolnictwa w latach 80. XX w. i deregulacja, które przyniosły niebywały rozkwit tego sektora. Dania to przykład budowania polityki gospodarczej na dowodach, co pozwala jej na utrzymanie statusu jednego z najbogatszych oraz najlepszych do życia państw Europy, przy jednocześnie niewielkim zainteresowaniu rozgrywaniem wielkiej polityki. Irlandia wyznaczyła kurs na kapitał i od lat 80. XX w. robi wszystko, żeby go przyciągać. Skutecznie – ma najwyższy PKB w UE. Estonia. Albo lepiej E-stonia. Malutki kraj z premedytacją budujący siłę w oparciu o technologie cyfrowe i mądre sojusze międzynarodowe. Obywatele potwierdzają słuszność kierunku w kolejnych wyborach, swoją drogą, w ponad 50 proc. głosując w internecie.

Mógłbym wymieniać dalej, aż doszlibyśmy do 47. miejsca, które zajmuje Polska.

A co jest symbolem naszego rozwoju? Głównie to, że w 1989 r. porzuciliśmy socjalizm, dołączyliśmy do UE i pozwoliliśmy działać ludziom. Nasza gospodarka została otwarta na świat i uwolniona z krępujących ją więzów. Ale wprawienie mechanizmu w ruch i obserwowanie, jak się zachowuje, nie jest wizją rozwoju. Dla jasności: chodzi mi o poukładany, dobrze uargumentowany plan budowy instytucji i prowadzenia polityk, dzięki któremu Polska na trwałe pozostanie na ścieżce rozwoju, służącego jej obywatelom. To coś więcej niż program wyborczy – to trwały kurs, który spaja działania kolejnych rządów. Odpowiedź na pytanie, dokąd nasz okręt płynie, czytelna także dla obserwatorów z zewnątrz. Czytelna, bo poparta realnymi posunięciami.

Zazdrość i konkurencja

Żeby wypracować taką wizję, konieczne ze strony rządzących jest wzniesienie się ponad bieżący spór polityczny oraz zrozumienie współczesnego świata. W przypadku gospodarki chodzi o odpowiedź na pytanie: czy żyjemy w świecie gry o sumie zerowej, czy dodatniej?

Historyk gospodarki David S. Landes w „Biedzie i bogactwie narodów” wskazuje na odwieczną rywalizację między państwami o zasoby. Państwa po zdobyciu przewagi najchętniej zacementowałyby taki układ na wieki. Podejście to było szczególnie silne w czasach przedkapitalistycznych, gdy przewagę zdobywano za pomocą grabieży i wyzysku. Państwa postrzegały się w kategoriach wzajemnej eksploatacji mającej służyć głównie wzmocnieniu pozycji samego państwa. Poprawa bytu obywateli nie była priorytetem. Był to świat rozumiany jako gra o sumie zerowej: ja zyskuję, ty tracisz. Ów merkantylizm, pisze Landes, „był ogólnym przepisem na polityczno-ekonomiczne zarządzanie: cokolwiek wzmacniało państwo, było słuszne. Nawet Adam Smith miał swoje merkantylne momenty: akty nawigacyjne (chroniły handel Anglii i jej kolonii przed konkurencją, głównie Niderlandów – red.), jak zauważył, mogły kosztować brytyjskiego konsumenta, ale świetnie sprawdziły się w obniżeniu potęgi morskiej Holandii”.

Merkantylne myślenie nie wygasło i wciąż wszyscy chcą zdobywać i zachowywać dla siebie, ale na szczęście wskutek globalizacji pozostaje to marzeniem nie do zrealizowania. „Obecność konkurentów nakłada obowiązek nieustannych starań”, a „zazdrość (że inni rozwijają się szybciej – red.) sygnalizuje ambicje”, czyli te starania napędza – pisze Landes. Zazdrość staje się więc pod pewnymi warunkami konstruktywnym elementem nowego świata, w którym konkurencja nie wyklucza, a wręcz domaga się współpracy z innymi; w tym ujęciu świat rozumiany jest jako gra o sumie dodatniej: ja zyskuję, ty też zyskujesz. (Swoją drogą teoria ekonomii, z której taka perspektywa się wywodzi, m.in. teoria przewag komparatywnych, wskazuje, że świat gry o sumie zerowej istniał wyłącznie w umysłach polityków. Więcej, w długim terminie, walcząc o zasoby, tracili wszyscy, nawet tymczasowi zwycięzcy. Była to więc gra o sumie ujemnej. Świadczy o tym brak wzrostu gospodarczego w okresie przed 1800 r.).

Międzypaństwowa zazdrość może (ale nie musi) motywować do doskonalenia polityk gospodarczych. W żadnym państwie nie są one przecież optymalne, można je doskonalić, zwiększając szansę na wygraną w globalnym wyścigu o miano najszybciej rozwijającej się gospodarki. Chodzi właściwie o to, by być mniej głupim niż inni.

Łatwo wskazać tych liderów, którzy w wyniku swojej ignorancji, a często też złej woli, ponieśli klęskę. Przywódcy państw takich, jak Wenezuela, Korea Północna, Rosja czy przez dekady rządów peronistów Argentyna, to przykłady ekstremalne. Ale czy gdyby ich liderzy nagle uznali swoją ignorancję i zechcieli swoje państwa uzdrowić, mogliby sięgnąć po łatwe i oczywiste recepty?