Zacząłem się obawiać CBDC. Cyfrowy pieniądz może być narzędziem inżynierii społecznej

Doceniasz tę treść?

– W przypadku przedsiębiorstw oszczędności wynikające z korzystania z płatności cyfrowych zamiast gotówki są bardzo duże. Ale i dla zwykłego użytkownika wygoda cyfrowego pieniądza może wygrać ze strachem i z dyskomfortem wynikającym z tego, że rząd może zbierać dane o tobie – zauważa Eswar Prasad, ekonomista z Uniwersytetu Cornella, autor książki „Przyszłość pieniądza”. Z Eswarem Prasadem rozmawia Sebastian Stodolak.
Zacznijmy od inflacji. Nie było jej przez lata, a gdy już pojawiła się w czasie pandemii, to wymknęła się spod kontroli. Dzisiaj sytuacja powoli wraca do normy. Co to było: dwuletnia awaria w światowym systemie pieniężnym?

Inflacja to wynik splotu wielu okoliczności. Od kryzysu finansowego z lat 2008–2009 główne banki centralne ogromnie powiększały swoje bilanse…

Drukowały pieniądze.

Można tak powiedzieć. Robiły to, żeby wspierać gospodarki. Jednak przed pandemią zaczęły ograniczać operacje pieniężne, ale COVID-19 przerwał ten odwrót i skłonił je do uruchomienia nowej serii bodźców fiskalnych oraz monetarnych. Do tego doszły zakłócenia po stronie podaży wynikające z czynników geopolitycznych. A więc w skrócie: działania banków zagwarantowały wysoki popyt na towary, zaś ograniczenia podaży sprawiły, że w tej sytuacji ceny musiały wzrosnąć. I kiedy inflacja się pojawiła – a biorąc pod uwagę, że doświadczaliśmy długiego okresu niskiego wzrostu cen, zaś niektóre państwa flirtowały z deflacją – banki centralne były na początku niechętne agresywnej z nią walce. Spóźniły się więc nieco z interwencją.

W Polsce inflacja zbliża się ponownie do celu inflacyjnego, ale ludzie bardzo mocno ją odczuli. Trwa debata, czy winnym jej był bank centralny, czynniki zewnętrzne, czy może chciwość firm.

Polska leży w specyficznym miejscu. Jest niemal w centrum wydarzeń, gdy wziąć pod uwagę wojnę w Ukrainie. Co więcej, jest relatywnie małą oraz otwartą gospodarką, co czyni ją podatną na zewnętrzne szoki. Ponadto jej partnerzy handlowi, właściwie cała Europa Zachodnia, borykali się ze stagflacją czy z wysokimi cenami energii. Zatem czynniki geopolityczne w przypadku inflacji w Polsce mogły mieć większe znaczenie niż wewnętrzna polityka pieniężna. Wydaje mi się, że NBP przez ostatnią dekadę wykonywał raczej przyzwoitą robotę, co nie znaczy, że niektórych rzeczy nie można było zrobić lepiej, działać troszkę szybciej zwłaszcza u zarania ostatniego fenomenu inflacyjnego.

A chciwość firm?

Oczywiście, niektóre mogły wykorzystywać okazję, by podnieść ceny jeszcze bardziej. W USA zaobserwowaliśmy wzrost marż wielu korporacji. Ale nie wydaje się, by to był główny czynnik wywołujący inflację. Firmy mają świadomość, że w końcu pracownicy będą się domagać podwyżek, żeby ich płace dogoniły wzrost cen, więc windowanie marż to w jakimś sensie przygotowania na taki scenariusz.

Zaczął pan opowieść o inflacji od kryzysu 2008 r. Od tego czasu zaczęła podupadać wiara w system finansowy oparty na pieniądzu fiducjarnym, niemającym „oparcia” w dobrach materialnych. Pojawiły się innowacje pieniężne, jak np. kryptowaluty. Ale przełomu nie ma. Rewolucja była ogłoszona za wcześnie czy po prostu do niej nie doszło?

Rewolucja z pewnością nastąpiła. Pamiętam moment pojawienia się dokumentu opisującego koncepcję bitcoina – to było dokładnie sześć tygodni po upadku banku Lehman Brothers. Wtedy wszyscy mieliśmy wrażenie, że wraz z nim zawali się ekonomia USA, a z nią gospodarka globalna. Z pewnością był to okres, w którym zaufanie do banków centralnych, rządów oraz tradycyjnych instytucji finansowych, takich jak banki komercyjne, było wyjątkowo niskie. A więc możliwość prowadzenia transakcji bez korzystania z pośrednika i dokonywania tego przy użyciu wyłącznie tożsamości cyfrowych, gwarantujących zachowanie anonimowości, była bardzo atrakcyjną perspektywą.

Wystarczyło zaufać oprogramowaniu.

Ale jako środek wymiany bitcoin się nie sprawdził. Przede wszystkim dlatego, że ma bardzo zmienną wartość w stosunku do jednostki rozliczeniowej, która w większości gospodarek nadal jest walutą fiducjarną. Ponadto płatności w bitcoinach są bardzo nieefektywne ze względu na to, że architektura systemu, blockchain, nie jest w stanie obsłużyć dużych wolumenów transakcji. Przetwarzanie transakcji zajmuje dużo czasu, ok. 10 minut. Opłaty są też bardzo wysokie. W rezultacie bitcoin i inne zdecentralizowane kryptowaluty stały się czysto spekulacyjnymi aktywami finansowymi. Jeden bitcoin, będący kodem komputerowym, jest teraz wart ponad 67 tys. dol. (15 marca 2024 r. – red.). Pytanie brzmi, co utrzymuje tę wartość na tak wysokim poziomie?

Naiwność inwestorów?

Wydaje się, że ludzie ufający bitcoinowi są zdania, że głównym powodem, dla którego powinien on zachować swoją wartość w porównaniu z walutą fiducjarną, jest właśnie waluta fiducjarna. Banki centralne mogą ją w zasadzie produkować w nieskończonych ilościach, a bitcoin jest dla kontrastu rzadki, bo algorytm, którego nie można zmienić, określa, że ostatecznie będzie tylko 21 mln bitcoinów, i że będą one tworzone według bardzo stałego i przewidywalnego harmonogramu. Idea jest więc stara jak świat: coś, co jest rzadkie, np. złoto, powinno zachować wartość wyższą niż waluta fiducjarna.

Ale przecież to, że czegoś jest mało, nie stanowi jeszcze wartości samej w sobie.

Właśnie.

(…)

Cały wywiad dostępny jest TUTAJ.

Inne wpisy tego autora

Czas na rewolucję w polskiej służbie zdrowia

W Polsce znów rozgorzała debata o finansowaniu służby zdrowia, tym razem po wprowadzeniu nowych zasad naliczania podatku zdrowotnego, dla niepoznaki zwanego składką. Cieszą się ci,