Wolnościowe prace domowe

Doceniasz tę treść?

Zniesienie obowiązkowych i ocenianych prac domowych w szkołach podstawowych było jedną z pierwszych decyzji oświatowych nowego rządu. Zmiana ma wejść w życie od kwietnia. Jednocześnie jest to decyzja, która wywrze na społeczeństwo większy wpływ niż równie żywo (jak nie bardziej) dyskutowana sprawa dopuszczalności aborcji czy pigułki „dzień po”. O ile bowiem tzw. sprawy światopoglądowe dotyczą pojedynczych, dramatycznych sytuacji w życiu niektórych osób w wieku produkcyjnym, o tyle zakaz prac domowych rozwiązuje dramat codzienny większości dzieci i nastolatków, który przekuwa się na problemy w życiu dorosłym (takie jak „odbębnianie” obowiązków zamiast traktowania ich z uważnością, a także – na co zwrócił mi uwagę filozof Bartosz Bednarczyk – brak ciekawości świata i ignorancja w wyniku skojarzenia nauki i poznawania nowych faktów z opresją bycia zasypywanym w młodości pracami domowymi).

Dotychczas „koniec lekcji” nie oznaczał „końca nauki”, na co mogłoby wskazywać radosne wyrażenie „powrót ze szkoły do domu”. Ze swojego okresu nauki szkolnej pamiętam, że aktywność rozrywkowa po powrocie do domu była obarczona wyrzutami sumienia – z tyłu głowy natrętnie zalegała myśl, że zadania domowe czekają na odrobienie; pytanie „a lekcje odrobione?” wisiało w powietrzu i temat ten nawet nie musiał być poruszany na głos. Choć po decyzji minister Barbary Nowackiej nauka po lekcjach nadal będzie istnieć (jak np. przygotowanie się do sprawdzianów i egzaminów czy czytanie lektur), uczeń wracający do domu nie będzie myślał, że po siedmiu godzinach lekcji będzie musiał jeszcze poświęcić dwie, trzy godziny na wykonywanie zadań domowych. W tym czasie może sam zadecydować o swoich aktywnościach w czasie wolnym, co buduje poczucie indywidualnej autonomii (a w szerszym kontekście – sprzyja rozwojowi m.in. innowacyjnej gospodarki i bardziej świadomego i sprawczego społeczeństwa obywatelskiego). Związek Miast Polskich wyliczył, że czas spędzony w szkole plus czas przeznaczony na odrabianie lekcji sprawia, iż uczeń VII i VIII klasy pracuje więcej niż dorosły na etacie. Dzięki zniesieniu prac domowych sytuacja ucznia zaczyna przypominać zdrowsze życie dorosłego, który po powrocie z pracy raczej już się nie zajmuje, a przynajmniej nie w takim stopniu, sprawami zawodowymi.

Zniesienie prac domowych promuje również zdrowy indywidualizm. Przy okazji obecnej debaty wiele osób – ostatnio np. Bogusław Chrabota z „Rzeczpospolitej” – wspomina, że uczniowskie prace domowe tak naprawdę były wykonywane w części lub całości przez rodziców. Sądzę, że indywidualność dziecka i nastolatka była tu podwójnie tłamszona: po pierwsze, zdenerwowany (i zmęczony po własnej pracy) rodzic, często nie oszczędzając ostrych słów, kontrolował, czy i jak potomek odrobił zadanie; po drugie, matka czy ojciec wyręczający dziecko pisaniem za niego wypracowań, czy tworzeniem prac plastycznych w jawny i antywychowawczy sposób kpił z ważnych dla twórczego indywidualizmu wartości, takich jak to, że przygotowanie jakiegoś zadania podpisanego imieniem i nazwiskiem danego ucznia musi wiązać się z jego osobistym wysiłkiem, a najlepiej „włożeniem w to serca”. Analogicznie, nieodrobienie lekcji (lub odrobienie ich w gorszy sposób niż gdyby pomógł w tym rodzic) pokazuje prawdę o uczniu jako jednostce – że czegoś nie rozumie lub jest po prostu zainteresowany czymś innym. Innym aspektem tej sytuacji jest oczywiście fakt, że szkolne prace domowe zabierają czas wolny również rodzicom czy starszemu rodzeństwu pomagającemu uczniowi w robieniu zadań. Cała rodzina skupia się wokół odrabiania lekcji, a nie na odpoczynku po pracy lub szkole czy sympatyczniejszych sposobach zacieśniania więzi. Powoduje to u wszystkich frustrację, a także dziwne traktowanie ucznia jako kogoś ni to winnego, ni to pokrzywdzonego (a jak pokazuje moje własne doświadczenie, zdecydowanie „winną” staje się starsza siostra, która buntuje się przeciw odrabianiu zadania za brata).

Myślę też, że zakaz prac domowych może także w pewnym stopniu redukować czas spędzany przez dzieci na smartfonach – nie tylko dlatego, że urządzenia mobilne są potrzebne do wyszukiwania informacji, a czasem nawet przepisywania gotowych rozwiązań zadań. Otóż prace domowe sprzyjają stacjonarnemu trybowi życia również w pośredni sposób – między zrobieniem zadań z polskiego a matematyki (a czeka jeszcze przyroda!) nie można tak swobodnie wszystkiego porzucić i wyjść na podwórko; wygodniej jest utrzymywać kontakt z rówieśnikami przez komunikatory. Co innego, gdy już tego obciążenia nie ma…

Poruszony wyżej wątek zadań, na które można znaleźć rozwiązania w internecie, nakierowuje nas na temat różnicy między zadaniami schematycznymi a tymi wymagającymi kreatywności. To z kolei każe zapytać, czy prace domowe zawsze są złe; czy nie może być tak, że raz na jakiś czas nauczyciel wymaga od uczniów odrobienia jakiegoś zadania, które wykracza poza znalezienie odpowiedzi w internecie? Można by nawet ustanowić jakiś „dzień prac domowych”, na przykład raz na tydzień – pod warunkiem że byłyby to rzeczywiście kreatywne prace (jak przygotowanie inscenizacji teatralnej czy posadzenie i obserwacja rośliny). Rzadsze, a jednak „niezakazane” prace domowe mogłyby też sprawić, że uczeń, który kiedyś w sytuacji „zasypania” zadaniami sięgnąłby po ChataGPT, dziś napisałby wypracowanie samodzielnie, rozwijając swoje umiejętności pisarskie. Zresztą nawet te „zwykłe”, a nie „łamiące schematy” zadania mają sens – mnie rozwiązywanie zadań domowych z matematyki pomogło samodzielnie zrozumieć pewne kwestie.

Zazwyczaj tego rodzaju przyznanie, że prace domowe mimo wszystko mogą owocować, jest w obecnej debacie kwitowane, że „teraz będą dla chętnych i nie na ocenę”. Tylko że jeżeli nie będzie żadnej nagrody, mało osób – nawet nie wiadomo, czy jedna na całą 30-osobową klasę – będzie te zadania rozwiązywać. Problem zdaje się tu tkwić w całkowitym zakazie oceniania prac domowych, jaki proponuje minister Nowacka. Zabroniony zostaje nie tylko przysłowiowy „kij”, ale także „marchewka”. Lepiej byłoby, gdyby prace domowe nie były obowiązkowe (tzn. żeby za ich brak nie można było dostać jedynki), ale by jednocześnie chętne osoby mogły taką pracę wykonać z przekonaniem, że ich dodatkowy wysiłek zostanie nagrodzony również oceną w szkolnym dzienniku.

Nieobecność takiego rozwiązania prowadzi do podejrzenia, że w przypadku rządowej decyzji o zakazie prac domowych wspomniana idea zdrowego indywidualizmu (większa możliwość gospodarowania przez ucznia jego czasem wolnym) pomieszała się raczej z antyindywidualistyczną ideologią nieoceniania. Tak jak w relacjach międzyludzkich popularność „nieoceniającego” języka psychoterapii prowadzi do wyjałowienia się rozmów przyjacielskich, tak nieocenianie szkolnych prac – przypominam, że mówimy tu wyłącznie o pozytywnej ocenie dla chętnych – uniemożliwia wyróżnienie się danego ucznia jako takiej indywidualności, która w pewnych aspektach jest lepsza od swoich rówieśników. Jest jeszcze inny problem – być może pochopnie zniesiono zadania domowe w klasach 1–3. Jak wskazują niektórzy pedagodzy (np. Katarzyna Błażejewska czy zupełnie przeciwna reformie Hanna Dobrowolska), w tym bardzo specyficznym okresie, gdzie małe dzieci uczą się podstaw, prace domowe z pisania, liczenia i orientacji przestrzennej wydają się konieczne. Zadania te są tu czymś innym niż „katowanie” starszych uczniów 20 zadaniami z przyrody, w których trzeba powpisywać odpowiednie definicje.

Inne wpisy tego autora

Czy Polski (nie)Ład z nami zostanie?

Nowy rząd ułatwił obywatelom rozliczanie go z realizacji obietnic, ponieważ jeszcze podczas kampanii wyborczej Koalicja Obywatelska opublikowała listę „100 konkretów na pierwsze 100 dni rządów”.

Czy czeka nas wzrost kompetencji UE?

Według autorów przyjętego 22 listopada przez Parlament Europejski projektu zmian w traktatach UE, potrzeba reformy Unii bierze się z kilku przyczyn. Po pierwsze, unijne traktaty