Po co komu v-minister?

Doceniasz tę treść?

Tak jak w latach powojennych głoszono, że „Cały naród buduje swoją stolicę”, tak w latach popisowskich cały naród buduje swoje ministerstwa, bo przecież tak się waśnie robi politykę – najpierw krytykuje, a potem naśladuje pokonanych. W 2016 roku pewien (dzisiaj cokolwiek zapomniany) ranking wskazał, że najwięcej wiceministrów w Unii Europejskiej mają Węgry, Polska zaś zajmowała zaszczytne drugie miejsce z imponującą liczbą 95 osób wice. „Pisowskie Bizancjum” grzmiała opozycja, zwłaszcza kiedy liczba ta jeszcze wzrosła (do 96!, co prawda z Kancelarią Premiera, co wykrzywia wynik ze względu na tytułomanię tej instytucji). Nawiasem mówiąc, premier Mateusz Morawiecki prowadził ciekawą politykę hossy i bessy, raz zwiększając liczbę podsekretarzy, raz zmniejszając, czyli walcząc, konsekwentnie, z przerostem zatrudnienia, które sam tworzył.

Dochodząc do władzy, eks opozycja zmieniła ton. Liczba ministrów i podsekretarzy stanu przekroczyła stany osobowe z czasów Morawieckiego i wzrost ten ma jeszcze potencjał, ale, jak tłumaczyła posłanka PO Kinga Gajewska: „Pisowskie Bizancjum jest gdzieś indziej”. Podpowiem, że ono zawsze jest „gdzieś indziej”, niż tam, gdzie pojawia się nowa władza. Ta przecież zamienia każde Bizancjum w Sprawne, Potrzebne Ludziom Struktury.

Co się czepiać? – może ktoś trafnie zapytać. Trafnie, bo przecież czy wiceministrów jest X, czy Y, to jedna sprawa, a rozrost biurokracji, to inna; i z 11 wiceministrami moglibyśmy sobie zbudować wzorowe cesarstwo wschodnie. Chodzi mi jednak nie o liczby, a o nonsens. Po prostu niefortunny jest system, w którym polityk, często ważny, otrzymuje stanowisko ministerialne, by w pierwszej swojej decyzji dać wyraz uzależnieniu od czynników zewnętrznych wobec ministerstwa. Ministerstwo Rolnictwa? Minister ludowiec, a wice czterech, w tym jeden pan z KO, jeden z Lewicy, jeden z PSL (młodzieżówka; doświadczony) i jeden też z PSL, ale przedstawiany dla zmyłki jako Trzecia Droga. Czyli dla każdego coś miłego. Ochrona zdrowia? Ministra z PO, zatem jeden wiceminister z Lewicy, jeden z PSL (dyrektor szpitala) i jedna z Trzeciej Drogi (lekarka, ale zajmująca się też finansami). MSZ to już inna bajka, bo siła polityczna Radosława Sikorskiego jest na tyle duża, że jego zastępczyni, Henryka Mościcka-Dendys jest fachowcem pierwszej wody – mogłaby zostać przyszłą panią premier, ale podobno nie ma ochoty. Drugi zastępca jest naukowcem i zawodowym dyplomatą, za to trzeci to już linia koalicyjna, polityk Lewicy. Nawet u Borysa Budki, ministra aktywów państwowych, a zatem również aktywów zbierania ważnych punktów oskarżenia wobec pisowców, widzimy wiceministrów, których szczególny dorobek stanowi aktywność w sojuszniczych stronnictwach. Tylko Minister Finansów dał sobie wszystkich „wice” z kategorii fachowców z branży, ale też chroni go płaszcz strachu obecnego premiera, że pieniądze są, ale nie będzie – zatem w MF nie gmeramy.

Co do jasności przekazu: nie podważam wartości osób, które wchodzą do ministerstw drogą politycznych targów, tak tych międzypartyjnych i międzyfrakcyjnych w partii ministra. Często są to ludzie, którzy się znają, niektórzy jak (Wojciech Konieczny czy Adam Szejna) mogliby po prostu zostać ministrami. Podważam system, w którym ministerstwa w ogóle są przedmiotem takich targów. Lubimy narzekać na „Polskę resortową”, jednak, skoro już taki model w praktyce wybraliśmy, to niech szefowie tych resortów będą w stu procentach szefami swoich resortów. Niech będą one „przedsiębiorstwami”, a nie księstwami z drabinką feudalną. Niedawno Andrzej Seremet nawoływał, by oddzielając Prokuratora Generalnego od Ministra Sprawiedliwości, dać temu Prokuratorowi duże kompetencje, w tym pełną swobodę mianowania zastępców. Wolelibyśmy, aby nowy, niezależny i samorządny prokurator generalny został otorbiony delegatami trzech partii?

Inne wpisy tego autora