Przekroczyć zaściankowe mapy mentalne

Doceniasz tę treść?

Usłyszeć cokolwiek dobrego o Unii Europejskiej na polskiej prawicy, to tak jakby przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej” tekst ukazujący arcybiskupa Jędraszewskiego w pozytywnym świetle. Następne 12 miesięcy będzie kluczowe dla przyszłości projektu europejskiego. W atmosferze rachitycznej kampanii do eurowyborów warto zauważyć trzy procesy, które pozwalają myśleć o UE z odrobinę większą przychylnością. W następnym roku polska prawica powinna grać na te trendy, a nie skupiać się jedynie na uprawianiu antylewackiego stand-upu.

W 2014 r. mainstream nazywał przeciwników nielegalnej emigracji ludźmi niezasługującymi na miano prawdziwych Europejczyków. W 2019 r. mainstream uznawał, że prawdziwymi Europejczykami są zwolennicy zielonej rewolucji, wszyscy pozostali to barbarzyńcy i egoiści. Ci sami ludzie w tym samym czasie nie widzieli niczego zdrożnego w handlowaniu z putinowską Rosją.

Ktoś, kto przeleżał pod lodem ostatnie 5 lat, nie poznaje dziś Europy. Ursula von der Leyen mówi o umacnianiu europejskich granic, po masowych protestach rolników mamy do czynienia z korektami Zielonego Ładu, a o 180 stopni zmieniło się nastawienie do Rosji. Ci, co z Putinem spokojnie handlowali, dziś używają antyputinowskiej retoryki, aby zdyskredytować europejskie partie buntu.

Walka z nielegalną migracją, urealnienie polityki klimatycznej i utrzymanie sceptycyzmu wobec Rosji wraz z poważnymi inwestycjami w politykę bezpieczeństwa. Te trzy tendencje są nie tylko korzystne dla Polski, ale również po myśli polskiej prawicy.

W następnych 12 miesiącach będziemy mieli nowego szefa Parlamentu Europejskiego, Rady Europejskiej, wysokiego przedstawiciela ds. polityki bezpieczeństwa i obronności oraz nowego szefa Komisji. Polska zaś przejmie prezydencję w Radzie i zacznie się negocjowanie kolejnych Wieloletnich Ram Finansowych.

Nadchodzi więc kluczowy okres, w którym rozstrzygną się kierunki rozwoju projektu europejskiego na najbliższe lata. Zmiany polityk UE będące efektem społecznej presji, nacisków wywieranych przez partie buntu i rewolucję geopolityczną rodzą nadzieję na choć odrobinę bardziej normalną Unię Europejską.

Przyznaję, że kilkukrotnie w ostatniej kadencji Parlamentu Europejskiego odczuwałem swoiste guilty plesure, słuchając mocnych przemówień Patryka Jakiego w Brukseli. Szybko mi się znudziło. Samoizolacja polskiej prawicy w Europie jest już po prostu groteskowa. Jesteśmy piątym największym państwem w Europie, nasze PKB per capita osiągnęło rekordowe 80 proc. średniej unijnej, militarnie i geopolitycznie mamy potencjał na jednego z liderów Europy. Naprawdę miarą siły politycznej polskiej prawicy jest to, aby przez następne 5 lat znowu uprawiać w Brukseli jedynie anty-lewacki stand-up i cieszyć się, że zgadzają się wyświetlenia na YouTube?

Wielce symboliczny był wywiad, jakiego w sierpniu 2022 r. udzielił Zdzisław Krasnodębski. Wszyscy zwrócili wówczas uwagę na jego słowa, że polska suwerenność jest bardziej zagrożona ze strony Zachodu niż Wschodu. Wieloletniemu europarlamentarzyście chodziło wówczas o to, że o ile polscy wyborcy czują realność zagrożenia z Rosji, to UE traktują jak wielki bankomat, więc nie obchodzi ich groźny mechanizm pieniądze za praworządność. Nie to jednak w tej rozmowie było naprawdę szokujące. Polityk PiS przyznał wprost, że nie wie, jak naprawdę przebiega proces decyzyjny w UE, bo nikt na poziomie Komisji Europejskiej Polski do stolika nie zaprasza. Nie jesteśmy reprezentowani na średnim i wysokim szczeblu managementu w KE. Po 20 latach w UE prominentny wówczas polityk rządzącej partii pozwala sobie na tak ostentacyjną szczerość, na którą absolutnie nikt nie zwrócił uwagi.

Właśnie z tego typu zaściankowością powinniśmy walczyć. W polityce rzeczywistość trzeba brać za przesłankę, a nie roić o wielkiej, ale niesprawiedliwie potraktowanej Polsce. Czy prawicowi politycy naprawdę uważają, że te kilka sloganów z Europą ojczyzn na czele dziś wystarczą? Chciałbym usłyszeć o jakiejś wizji rozwoju Unii Europejskiej, która wyszłaby z ust prawicowego polityka w Polsce. Takiej, która przekraczałaby retorykę słyszaną u nas co najmniej od podpisania Traktatu lizbońskiego.

Spodziewam się, że frekwencja do eurowyborów będzie o połowę niższa niż do jesiennych wyborów parlamentarnych. Myślimy już o wakacjach, nie o polityce. Trudno się dziwić, skoro politycy nie traktują nas poważnie.

Inne wpisy tego autora