Tusk może nie poradzić sobie z aspiracjami Polaków

Doceniasz tę treść?

Gniew za zaoranie CPK, wściekłość za spóźnioną i zbyt miękką reakcję premiera na oburzający wyskok ambasadora Izraela, rosnąca niechęć do Unii Europejskiej. Polskie społeczeństwo się zmienia. Kolejna kadencja Tuska spod znaku ciepłej wody w kranie może się nie udać. Rozbudzone aspiracje Polaków, wykraczające poza partyjne sympatie, będą co rusz wkładały kij w szprychy rządowego rowerka.

W 2007 r. Donald Tusk już jako szef rządu został na jeden dzień redaktorem naczelnym „Faktu”. Miał obiecać tę przysługę redakcji dwa lata wcześniej. Stwierdził ponoć wówczas, że jego marzeniem jest, aby polityka była podobna do sposobu zarządzania brukowcem. W obu dziedzinach chodzi przecież o to, aby zaspokajać potrzeby odbiorców.

Takie przekonania legły u podstaw taktyki politycznej nazwanej przez przeciwników PO „ciepłą wodą w kranie”, do której to później sam Tusk się przyznawał, zmieniając znaczenie tego sformułowania. W oczach krytyków strategia ta sprowadzała się do dwóch prostych zaleceń. Po pierwsze należy mówić Polakom dokładnie to, co chcą usłyszeć. Po drugie realnie działania są mniej istotne, a wielkie reformy niebezpieczne.

„Ciepła woda w kranie” jako taktyka polityczna bywa racjonalna, a czasem jest po prostu konieczna. Gorzej, jeśli zamienia się w filozofię rządzenia. W 2018 r. Bartłomiej Sienkiewicz w dyskusji zorganizowanej przez Klub Jagielloński w rzadkiej dla każdego polityka chwili szczerości przedstawił jej założenia: „Zarzut, że znalazł się taki rząd w Polsce, który schował do kieszeni marzenia o podmiotowej polityce i nie jest w stanie realizować jakiejś własnej agendy, a koncentruje się na tym, aby te trzy bankructwa nadrobić i nie doprowadzić do podobnych tragedii w przyszłości, jest niepoważny”.

Cytat ten dobrze oddaje sposób myślenia rządzącego obozu, który jak sądzę, nie zmienił się ani o jotę. Polsce potrzebne jest spokojne budowanie zasobów, zgoda na peryferyjny status gospodarki i wykorzystanie tegoż dla rozwoju w pełni zależnego od cywilizacyjnego centrum – to podstawowe założenie. Trwanie w politycznym cieniu wielkich tego świata, pokorna postawa grania w drugiej lidze państw europejskich – to wspólny mianownik każdego działania. Tylko cierpliwość i poniechanie marzeń o podmiotowości mogą uchronić Polskę przed kolejną w naszych dziejach katastrofą – to podstawowa motywacja i lęk, które stoją za często wyśmiewanym na prawicy powiedzeniem Tuska, że ten, kto ma wizję w polityce, niech idzie do lekarza.

Kilka reakcji polskiego społeczeństwa na wydarzenia polityczne ostatniego kwartału pokazuje, że w taki sposób coraz trudniej w Polsce rządzić. Zbyt wcześnie, aby wyrokować, że kolejna epoka ciepłej wody w kranie rychło się skończy. Nie jest to jednak scenariusz, który należy wykluczyć.

Widać to szczególnie, gdy przyjrzymy się, jak za wszelką cenę i poza wszelką racjonalną kalkulacją Donald Tusk rękami Macieja Laska chce zaorać projekt CPK. Jakiś czas temu można było mieć jeszcze jakieś złudzenia, że prawdziwy audyt rzeczywiście zostanie wykonany, a plany budowany lotniska w Baranowie i infrastruktury towarzyszącej zostaną po prostu zracjonalizowane. A potem, jak już odpowiednio się tę inicjatywę zdePiSyzuje, to można będzie wrócić w być może mniejszej skali do realizacji projektu.

Stało się jednak inaczej. Mimo tego, że przedłużająca się opieszałość rządu spotkała się z krytyczną reakcją nie tylko zdecydowanej większości ekspertów, ale i większości społeczeństwa, możemy być już prawie pewni, że z CPK nic nie zostanie. 12 kwietnia Onet donosił, że Maciej Lasek nadal sugeruje spółce zarządzającej projektem „wstrzymanie się z całym szeregiem najważniejszych działań”. Nic nie wskazuje na to, że cokolwiek miałoby się w tej materii zmienić.

CPK stało się symbolem podmiotowości, o którą należy zawalczyć. Politycy różnych opcji i czasem skrajnie różne środowiska polityczne opowiadają się za realizacją tego projektu. Od kilku miesięcy powszechnie o CPK się dyskutuje, również poza bazą ekspercką i szeroko pojętym komentariatem. Trudno z jednostkowego przypadku wnioskować o jakimś wielkim przebudzeniu polskiego społeczeństwa. Szybko nadzieje tego typu mogą zostać zweryfikowane, a takie myślenie zostać uznane za życzeniowe. Może jednak coś jest na rzeczy?

Najpierw mieliśmy przecież do czynienia z bezprecedensową frekwencją wyborczą w wyborach parlamentarnych, później groteskowy spektakl „sejmflixa”, następnie wybuch społecznego niezadowolenia na zapowiedź odpuszczenia CPK. A to przecież nie koniec nietypowych zjawisk społecznych.

Należy do nich dodać ponadpartyjną wściekłość na absurdalny wpis ambasadora Izraela. Tego państwa, któremu w polskiej debacie publicznej po prostu więcej było wolno. Teraz miałem wrażenie, że coś się zmieniło. Krytyczny komentarz Donalda Tuska opublikowany z pewnym opóźnieniem nie tylko w prawicowej bańce został uznany za zbyt łagodny, a nawet najwięksi filosemici, na czele z red. Mazurkiem, bez żadnego „ale” nazywali rzeczy po imieniu.

Równolegle mierzyliśmy się z protestami rolników popieranych przez większość społeczeństwa, a na dokładkę dostaliśmy badanie IBRISu, z którego wynika, że rośnie w Polsce niechęć wobec Unii Europejskiej i rodzi się coś, co nazwałem w inny miejscu nadzieją na zdrowy, w pełni zachodni, eurosceptycyzm.

Oczywiście trudno z tych jednostkowych przypadków tworzyć naiwną opowieść o przebudzeniu polskiego społeczeństwa. Nie ulega jednak wątpliwości, że aspiracje Polaków rosną. Rację ma profesor Marcin Piątkowski, notabene niewychodzący ostatnio ze studiów telewizyjnych i najbardziej popularnych kanałów YouTubowych, że jako społeczeństwo zasługujemy na wizję rozwoju z prawdziwego zdarzenia.

Tej wizji nie może nam dostarczyć obecna ekipa rządząca. Nie leży to w jej postpolitycznym DNA.

Anegdotę o Donaldzie Tusku jako redaktorze „Faktu” zaczerpnąłem z rozmowy, jaką odbyłem niedawno z Janem Rokitą.

Inne wpisy tego autora