Czy Polska pozostanie peryferiami?

Doceniasz tę treść?

Rezygnacja lub odłożenie w czasie wielkich projektów inwestycyjnych nie jest w rzeczywistości odgrywaniem się na PiS. To raczej rezygnacja z ambicji i aspiracji obywateli, która wynika z perspektywy, w jakiej widzi Polskę nowa władza.

Istotą polskiej polityki ostatnich lat jest walka o jej status. Jedni mówią o znajdowaniu się w głównym nurcie europejskiej polityki, inni o roli regionalnego lidera. Ostatecznie chodzi jednak o to, czy Polska znajdzie się w gronie państw decydujących realnie o kształcie unijnej polityki, czy też będzie jedynie reagować na powstające w centrum imperium trendy i ewentualnie się do nich dostosowywać. Innymi słowy albo zostaniemy peryferiami, albo awansujemy do pozycji państwa-członka centrum. Oczywiście celu tego nie da się osiągnąć najzręczniejszą nawet salonową polityką czy dobrymi relacjami z możnymi tego świata. Zmiany pozycji nie zapewnią nam ani uśmiechy Ursuli von der Leyen, ani przychylność Very Jurowej. W tej rozgrywce liczy się tylko siła: gospodarcza, militarna i demograficzna.

We współczesnym świecie awans tego rodzaju właściwie udał się tylko Korei Południowej. Z zacofanego kraju, którego PKB per capita w latach 60. XX wieku był dwa i pół raza niższy niż Ghanie, państwo to stało się jednym ze światowych liderów, zarówno gospodarczych, jak i politycznych i kulturowych (znaczna część konsumowanej w Chinach popkultury pochodzi właśnie z Korei Południowej).

Oczywiście można powiedzieć, że po okrutnej i wyniszczającej wojnie, kraj ten znalazł się paradoksalnie w korzystnej sytuacji geopolitycznej. Parasol ochronny roztoczyły nad nim Stany Zjednoczone, wolny rynek mógł się rozwijać w sposób nieskrępowany. Jednak trzeba też pamiętać, że przez lata rządziła tam skorumpowana junta o niezbyt szerokich horyzontach. Koreańczycy potrafili jednak wykorzystać swoje okno możliwości (window of opportunity), uchronili przemysł, tworząc chebole (chaebols), następnie sprowadzili inwestorów z nowymi technologiami, zainwestowali w rozwój nauki i technologii, a na końcu pozbyli się obcych i stali eksporterem nowoczesności. Wątpliwości budzą oczywiście koszty społeczne tej transformacji – Korea jest krajem o najniższej dzietności na świecie i najbardziej chyba samotnym społeczeństwem – ale to temat na inne rozważania.

Polska także dość dobrze wykorzystywała swoje window of opportunity. Od 1992 r. notuje wzrost gospodarczy (z krótką przerwą na pandemię wirusa COVID-19), przez co stała się drugim najszybciej rozwijającym się krajem na świecie w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Dodatkowo udało nam się zbudować zdywersyfikowaną gospodarkę, która przez swoją różnorodność jest dość odporna na kryzysy. Polski system bankowy jest jednym z najstabilniejszych w Europie.

Takie osiągnięcia muszą się wiązać nie tylko z awansem na arenie międzynarodowej, ale także z wielowymiarowym wzrostem ambicji mieszkających tu ludzi. Polacy nie tylko przestali czuć się gorsi od innych narodów Europy, ale w wielu aspektach dostrzegli swoją przewagę. Żyją choćby w kraju bezpieczniejszym niż większość państw tzw. starej unii, czego zresztą Francuzi, Brytyjczycy czy Szwedzi coraz bardziej nam zazdroszczą.

Naturalnym efektem zmiany aspiracji są wielkie inwestycje infrastrukturalne, które pozwalają znacząco podnieść poziom usług w kraju, ale także umożliwiają tworzenie z Polski jednego z centrów kontynentu. To nie jest tylko kwestia ambicji obywateli i klasy rządzącej, choć ta odgrywa znaczącą rolę, ale także rosnących wymagań związanych z szybkim tempem rozwoju. Polska gospodarka, a więc także i państwo, od kilku dobrych lat żyją w dużej mierze z eksportu, dlatego potrzebują centrów umożliwiających szybką wymianę towarów. Elektrownie atomowe to nie fanaberia, ale sposób podniesienia jakości naszej energetyki oraz nauki.

Poza spełnieniem społecznych i politycznych aspiracji właśnie wielkie inwestycje to także szansa na rozwój małych, innowacyjnych firm, które dzięki kontraktom mogą wdrożyć unikalne rozwiązania i technologie, które później podbijają świat.

Rezygnacja z takich przedsięwzięć, nawet jeśli wynika tylko z chęci politycznej zemsty, w efekcie jest spychaniem swojego kraju z powrotem na peryferia. Nie tylko więc przekreśla szansę szybkiego rozwoju gospodarczego, a co za tym idzie politycznego awansu. Zatrzaskuje także window of opportunity, które przecież dla Polski nie często się otwiera.

I tu dochodzimy do tego, jak obecna władza myśli o własnym kraju. Jeśli odłożymy na półkę wszystkie deklaracje o powrocie do Europy i nowym otwarciu, gdyż w rzeczywistości słowa te nic nie znaczą, to dostrzeżemy, że proeuropejskość nowej koalicji polega głównie na uległości. Na rezygnacji z walki o wzmocnienie gospodarki i niezależności własnego kraju, gdyż to wiązałoby się z naruszaniem interesów Niemiec czy Francji w imię obrony własnych. I co wtedy? Nie byłoby już uśmiechów Ursuli von der Leyen i poparcia Very Jurowej, a Manfred Weber mógłby przestać nazywać polskiego premiera przyjacielem. Liberalno-lewicowa koalicja nagle mogłaby stracić przydomek „prounijnej”, bo potraktowałaby Unię Europejską tak samo jak Niemcy, Francja czy Holandia – jako narzędzie do realizacji własnych celów politycznych. Ale to przecież wolno tylko państwom z europejskiego centrum, a nie peryferyjnym.

Inne wpisy tego autora

Koniec koncertu mocarstw

Usilne próby Francji i Niemiec, by utrzymać Rosję w gronie mocarstw, pokazują w rzeczywistości skalę kryzysu, w jakim znalazły się najsilniejsze państwa Unii Europejskiej. Mogą

Moskwa nie chce być Zachodem

Okrucieństwo, ludobójstwo czy barbarzyństwo, jakim odznaczają się Rosjanie podczas wojny na Ukrainie, nie są przypadkiem czy wynikiem frustracji z powodu zaciekłego oporu, z jakim się

Kiedy Rosja ponosi klęski

Nie wiemy, jak i kiedy zakończy się wojna za naszą wschodnią granicą, ale po kilkunastu dniach widać, że Rosja musi walczyć sama przeciw szerokiej koalicji.