Kogo obroni ociężała Unia?

Doceniasz tę treść?

Wojownicze wypowiedzi prezydenta Francji Emmanuela Macrona dotyczące wysłania żołnierzy NATO na Ukrainę pokazują, jak pomysł budowy europejskiej armii wyglądałby w praktyce. Nie broniłaby ona Wspólnoty, ale realizowała jedynie interesy liderów UE.

Idea budowy europejskich sił szybkiego reagowania na pierwszy rzut oka wygląda świetnie. Kraje Unii potrzebują przecież armii, która obroni je przed agresorami. Pomysł wygląda gorzej, jeśli przyjrzymy się kto i w jakim trybie decydowałby o użyciu wojsk. Zgoła fatalny obraz rysuje się, gdy dostrzeżemy różnicę interesów między na przykład krajami Europy Środkowej a Francji czy Niemiec.

Koncepcja budowy europejskiej armii, która nie byłaby częścią Paktu Północnoatlantyckiego, liczy kilkadziesiąt lat. Nigdy jednak nie wyszła poza fazę idei, ponieważ granic państw należących do UE broniło NATO, na którego czele stało i stoi militarne oraz ekonomiczne supermocarstwo. Przywództwa Stanów Zjednoczonych w zasadzie nikt nie kwestionował, więc sprawa utworzenia zbrojnego ramienia UE pozostawała w sferze teorii.

Sytuacja zmieniła się po tym, jak prezydentem USA został Donald Trump. Uznał on, że jego kraj nie może brać na siebie wyłącznej odpowiedzialności za bezpieczeństwo i zaczął od sojuszników wymagać większych nakładów na obronność. Jako przywódca najsilniejszego ogniwa Sojuszu stwierdził także, że nie musi konsultować swoich posunięć z innymi członkami Paktu i nagle w 2019 r. wycofał amerykańskie wojska z północnej Syrii. Porzucił wówczas walczących z Państwem Islamskim Kurdów i umożliwił armii tureckiej przeprowadzenie operacji przeciwko niedawnym amerykańskim sojusznikom. Wściekły prezydent Emmanuel Macron powiedział wówczas, że NATO przeżywa śmierć mózgową i zaczął forsować koncepcję „strategicznej autonomii”, czyli budowę europejskiego bezpieczeństwa bez USA.

Początkowo nie znajdował na to zbyt wielu zwolenników, gdyż nowy system bezpieczeństwa miałby opierać się na potencjale militarnym Francji, której armia nie jest w stanie przeprowadzać wielkich operacji. Dodatkowo zmuszałby Niemcy do znacznego zwiększenia wydatków na zbrojenia i budowę silnej, gotowej do walki armii. Ziarno zostało jednak zasiane. I nawet gdy wybory w USA wygrał Joe Biden, który w obliczu rosyjskiej agresji na Ukrainę mocno wsparł Kijów oraz wzmocnił wschodnią flankę NATO, idea uniezależnienia się od Waszyngtonu nie zniknęła.

Jej realizację mocno utrudniała zwłaszcza postawa państw Europy Środkowej, które widząc niezdecydowaną politykę Niemiec, ale także Francji, w pierwszym okresie rosyjsko-ukraińskiej wojny, nie chciały powierzyć swojego bezpieczeństwa w ręce tych państw. Równie istotnym powodem widzenia w Stanach Zjednoczonych jedynego gwaranta bezpieczeństwa i pokoju w Europie były możliwości dostarczania uzbrojenia i amunicji w sytuacji realnego zagrożenia. Agresja Rosji pokazała, że tylko USA dysponują na tyle silnym przemysłem zbrojeniowym, by zapewniać stałe i bezpieczne dostawy. Widzimy to zresztą dokładnie dziś: gdy republikanie blokują pomoc dla walczących Ukraińców, Europa nie tylko nie jest w stanie przejąć na siebie odpowiedzialności w zakresie pomocy finansowej, ale także dostaw sprzętu i amunicji. Nawet jeśli w UE zapanowałby konsensus w sprawie pakietu wsparcia dla Kijowa, amunicję i broń trzeba by w dużej mierze kupić poza Europą.

W tej sytuacji ostatnie wypowiedzi ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego o tym, że należy szybko wzmocnić potencjał przemysłu zbrojeniowego w Unii Europejskiej i stworzyć unię obronną, wybrzmiewają jako głos odpowiedzialności. Tyle tylko, że nie można ich wyciągnąć z szerszego kontekstu. Zarówno on, jak i premier Donald Tusk jednocześnie próbowali dość obraźliwie wywierać moralną presję na republikańską większość w Izbie Reprezentantów, co wywołało falę ostrych reakcji za oceanem. To wszystko zbiega się w czasie z zamiarem ożywienia Trójkąta Weimarskiego, czyli raczej martwego do tej pory formatu współpracy Polski, Niemiec i Francji oraz pomyśle ustanowienia komisarza do spraw obrony w UE. Przede wszystkim jednak istotne wydają się buńczuczne wypowiedzi prezydenta Francji Emmanuela Macrona, który nagle zaczął zabiegać o wysłanie żołnierzy NATO na Ukrainę.

Choć propozycje te spotkały się z lodowatym przyjęciem ze strony sojuszników, to jednak warto się im przyjrzeć. Pokazują one cele francuskiej polityki w tym aspekcie. Jest oczywiste, że wysłanie żołnierzy NATO na terytorium walczącej Ukrainy prędzej czy później musiałoby doprowadzić do ich konfrontacji z wojskami rosyjskimi. Istniałoby wówczas realne zagrożenie działań odwetowych ze strony Moskwy. Nie sięgnęłyby one Paryża, a raczej państw bałtyckich, wschodnich terenów Polski, Słowacji czy Rumunii. Buńczuczne wypowiedzi Macrona oznaczają więc jedynie zagrożenie dla rubieży Unii Europejskiej, które z punktu widzenia Francji nie są terenem godnym szczególnej uwagi.

Większe zaangażowanie Rosji w wojnę na Ukrainie musiałoby też spowodować zmniejszenie jej aktywności w Afryce, co jest dla Paryża zdecydowanym priorytetem. To właśnie tam wojska francuskie są wypychane przez moskiewskich najemników z kolejnych krajów bogatych w naturalne zasoby. Dla Paryża obecność w Afryce jest z wielu powodów kwestią fundamentalną – oznacza na przykład dostęp do paliwa do elektrowni atomowych czy kontrolowanie napływu uchodźców do Europy, głównie właśnie do Francji. Stopniowa utrata kontroli nad tym terenem oznacza więc nie tylko zmniejszenie prestiżu, ale także obniżenie poziomu bezpieczeństwa. Europejska armia pod dowództwem Francuzów – a takie są przecież ambicje tamtejszej elity politycznej – mogłaby z jednej strony zostać użyta jako siły ekspedycyjne w Afryce, a z drugiej angażować siły rosyjskie, by pozwolić oddziałom francuskim na swobodniejsze działanie na terenie dawnych kolonii.

Ani jeden, ani drugi cel nie jest zgodny z interesem państw Europy Środkowej, dla których najistotniejsze jest zabezpieczenie granic przez rosyjską agresją.

Gdy więc bliżej przyjrzymy się koncepcji europejskiej armii, dostrzeżemy, że realizacja planów ich budowy poza strukturami NATO, raczej osłabiłoby zdolności obronne, a nie je zwiększyło. Także ostatnie decyzje Unii Europejskiej dotyczące podziału środków unijnych na dofinansowanie produkcji amunicji (większość pieniędzy dostały firmy powiązane z przemysłem niemieckim) pokazuje, że włączenie przemysłu obronnego w system zarządzania UE, co prawda wzmocniłby strategiczną autonomię, ale doprowadził też do koncentracji produkcji broni w najsilniejszych krajach Wspólnoty. Nie tylko nie zwiększyłoby to potencjału obronnego, ale dodatkowo uzależniło państwa wschodniej części UE od interesów Niemiec i Francji.

Zwróćmy uwagę na główne wady budowy europejskiej armii:

  1. Obecny sposób zarządzania Unią Europejską powoduje, że traci ona konkurencyjność i coraz bardziej staje się gospodarczym skansenem – zwłaszcza w porównaniu z USA oraz państwami azjatyckimi. Trudno się więc spodziewać, że europejskiego przemysłu obronnego, który jest pod wpływem unijnych regulacji, nie spotka podobny regres.
  2. Skrajnie zideologizowana unijna administracja nie pozwoli na wyjęcie jakiejkolwiek dziedziny spod jej kontroli. Już domaga się przestrzegania ograniczeń w emisji CO2 przez siły zbrojne. Z pewnością dorzuci do tego jeszcze inne aspekty polityki klimatycznej oraz cały wachlarz rozwiązań równościowych. To musi sparaliżować każdą organizację.
  3. Unia Europejska jako całość nie ma jednych, wspólnych interesów. Niemcy otwarcie mówią, że Europa to oni. Dla Paryża i Berlina Europa Wschodnia jest strefą rywalizacji z Rosją. Interesy mieszkających tu narodów mają znaczenie o tyle, o ile służą do wzmocnienia rdzenia UE.
  4. Potrzeby armii poszczególnych krajów UE są różne – zależą od celów stawianych przed siłami zbrojnymi, uwarunkowań geograficznych, wielkości itp. Przekazanie unijnej administracji kompetencji o określaniu kierunków rozwoju przemysłu obronnego spowoduje – jak w przypadku innych gałęzi – że największe preferencje będą miały firmy niemieckie i francuskie. Bez względu na to, czy ich produkty okażą się najlepsze na polu walki. To może zmniejszyć potencjał obronny UE.
  5. Na razie nie mówi się jeszcze o podporządkowaniu całych armii narodowych europejskiemu dowództwu, a jedynie o utworzeniu sił szybkiego reagowania. Unijna praktyka pozuje jednak, że władza w Brukseli dąży do jak najsilniejszej centralizacji. Będzie więc dążyła do podporządkowania sobie sił zbrojnych poszczególnych krajów.
  6. Trudno sobie wyobrazić, by naczelnym dowódcą europejskich sił, choćby tych szybkiego reagowania, został generał z któregoś z państw Europy Środkowo-Wschodniej. Najpewniej stanowisko to będzie przeznaczone dla Francuza lub Niemca, gdyż chodzi o dbanie o bezpieczeństwo rdzenia Unii, a jej peryferii. W efekcie więc w mniejszym lub większym stopniu siły zbrojne Polski czy innych krajów będą zależne od politycznej i wojskowej decyzji ośrodków, dla których obrona wschodniej granicy UE nie jest priorytetem. Głównym celem jest ochrona państw centralnych.
  7. Gdy sięgniemy do historii, to dostrzeżemy, że Francja, Niemcy i Rosja zwykle bez trudu potrafiły się porozumieć ponad głowami państw Europy Środkowej i Wschodniej. Oczywiście ich kosztem. Doświadczenia minionych pokoleń zawsze należy brać pod uwagę.
  8. Utworzenie europejskich sił zbrojnych, nawet w formie szczątkowej, będzie krokiem w kierunku tworzenia z UE superpaństwa. Bruksela otrzyma narządzie, którego nigdy wcześniej nie miała, czyli realną siłę. Do tej pory jej orężem były pieniądze, stanowiska czy koncesje. Po utworzeniu armii, uzyska swoje dywizje. Oczywiście w założeniu wojsko może być użyte tylko w przypadku zagrożenia zewnętrznego, ale przecież wielokrotnie przekonywaliśmy się, że prawo w Unii jest labilne.

Dla Polski i innych krajów Europy Środkowej najsilniejszym gwarantem bezpieczeństwa jest sojusz wojskowy, który posiada realną siłę operacyjną oraz zaplecze przemysłowe. Na dziś Unia Europejska samodzielnie nie dysponuje ani jednym, ani drugim.

Inne wpisy tego autora

Czy Polska pozostanie peryferiami?

Rezygnacja lub odłożenie w czasie wielkich projektów inwestycyjnych nie jest w rzeczywistości odgrywaniem się na PiS. To raczej rezygnacja z ambicji i aspiracji obywateli, która

Koniec koncertu mocarstw

Usilne próby Francji i Niemiec, by utrzymać Rosję w gronie mocarstw, pokazują w rzeczywistości skalę kryzysu, w jakim znalazły się najsilniejsze państwa Unii Europejskiej. Mogą

Moskwa nie chce być Zachodem

Okrucieństwo, ludobójstwo czy barbarzyństwo, jakim odznaczają się Rosjanie podczas wojny na Ukrainie, nie są przypadkiem czy wynikiem frustracji z powodu zaciekłego oporu, z jakim się