Gambit Orbána

Doceniasz tę treść?

1 lutego 2024 roku wszystkie 27 państw członkowskich UE zgodziły się na przekazanie 50 mld euro pomocy finansowej dla walczącej z Moskwą Ukrainy. W ramach tej kwoty 33 mld euro to pożyczka gwarantowana poprzez budżet UE. Innymi słowy, Komisja Europejska zaciągnie sama dług, aby zdobyć środki dla Kijowa. Kolejne 17 mld euro ma trafić na Ukrainę w formie bezzwrotnego wsparcia, w ramach nowego instrumentu „Rezerwa na rzecz Ukrainy”, ustanowionego poza wieloletnimi ramami finansowymi na lata 2021–2027. Wydzielenie tej kwoty poza główny budżet Unii było sukcesem negocjacyjnym Viktora Orbána, który nie chciał dokładać się do pomocy dla Kijowa. Nie do końca wiadomo, skąd miałyby pochodzić te fundusze, skoro nie ze składek państw członkowskich i tzw. dochodów własnych UE. Pewnym pomysłem jest ich zgromadzenie z zablokowanych w UE funduszy firm rosyjskich i rezerw Banku Centralnego Rosji. Jest to jednak sprawa otwarta, problematyczna i zapewne będzie musiała być rozstrzygnięta w późniejszym czasie.

Innym pomysłem Orbána było zobowiązanie Komisji do przedstawiania każdego roku sprawozdania z wdrażania Instrumentu na rzecz Ukrainy. Na tej podstawie Rada Europejska będzie przeprowadzać debatę. W razie potrzeby za dwa lata Rada Europejska zwróci się do Komisji o dokonanie przeglądu Instrumentu na rzecz Ukrainy. Nie jest to dokładnie to, o co chodziło premierowi Węgier, który dążył do corocznego głosowania na forum Rady Europejskiej nad kolejnymi środkami dla Ukrainy. W ten sposób miałby możliwość wetowania porozumienia, tak jak to czynił dotychczas, co doprowadziło m.in. do fiaska grudniowego szczytu z 2023 roku.

Spór większości instytucji UE oraz państw Europy Zachodniej z Orbánem wbrew pozorom nie dotyczy wsparcia dla Ukrainy. Choć dla nikogo nie jest tajemnicą, że premier Węgier ma szorstkie relacje z Kijowem. Co jednak dużo ważniejsze – nie wierzy on w zwycięstwo Zachodu nad Moskwą. Dlatego od początku konfliktu zabiegał o jak najszybsze jego zakończenie, nawet jeśli musiałoby to się odbyć kosztem ustępstw ukraińskich. Uważa również, że przeciągająca się wojna przynosi tylko szkody UE. Stosunek Orbána do wojny na Ukrainie jest więc całkiem odmienny od podejścia polskiego. Większość polskich elit uważa przecież, że lepiej zatrzymać Moskwę na Ukrainie, aniżeli walczyć z nią w Polsce lub innych państwach wschodniej flanki NATO. Strategia Orbána wynika też z rozlicznych związków gospodarczych między Moskwą i Węgrami, które wojna skomplikowała. Węgrzy chcieliby więc konflikt wyciszyć, znieść sankcje UE nałożone na Moskwę i powrócić do dawnych relacji z oligarchami Putina.

O co więc tak naprawdę toczył walkę Viktor Orbán? Zapewne o odblokowanie wszystkich funduszy unijnych dla Budapesztu. W wyniku zabiegów francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona tuż przed grudniowym szczytem z ubiegłego roku Komisja nieoczekiwanie poinformowała o aprobacie ponad 10 mld euro dla Budapesztu. Niemniej nie przekonało to Orbána do złagodzenia swojego stanowiska. Stawka była wysoka dla obu stron. Z jednej strony Orbán chciał przycisnąć Komisję w sprawie należnych Węgrom funduszy. Z drugiej strony wiedział, że sednem porozumienia budżetowego nie są nawet fundusze dla Kijowa, co raczej rozwiązanie problemu rosnących kosztów pożyczki, którą UE zaciągnęła po pandemii. Jeśli nie byłoby porozumienia, to Unia mogłaby przestać mieć zdolności do obsługi własnego długu, a więc stałaby się niewypłacalna.

Dlatego Orbán grał tak odważnie. Jednak druga strona była pod potężną presją ze strony Parlamentu Europejskiego. Oburzył się on na Komisję, że ta przekazała w grudniu tak dużą transzę funduszy bez spełnienia przez Budapeszt warunków dotyczących praworządności. Dlatego szantaż wymierzony w Orbána był olbrzymi. Grożono, że Unia doprowadzi Węgry do gospodarczej katastrofy. Straszono, że cofnięta będzie zgoda dotycząca tych 10 mld euro, a wszystkie inne fundusze będą trwale dla Budapesztu zamrożone. Wreszcie przypominano o możliwości zawieszenia prawa głosu dla Węgier w ramach Rady UE (ale nie w Radzie Europejskiej, w której prowadzono negocjacje). Ta procedura wynikająca z art. 7 TUE wymaga jednomyślności. A wiele państw, zwłaszcza z Europy Środkowej, nie chciało do tego przykładać ręki. Ostatecznie obie strony ustąpiły, co było wynikiem szczególnych zabiegów ze strony Paryża i do pewnego stopnia również Rzymu.

Tutaj pojawia się wątek geopolityczny, który nawiązuje do niedawnych wyborów w Polsce. Otóż powszechnie odczytano zwycięstwo proeuropejskiej koalicji w Warszawie jako triumf Berlina i wzmocnienie jego wpływów w Europie Środkowej. Rzecz jasna zaniepokoiło to Paryż. Od pewnego czasu poszukiwał on lepszych relacji z państwami Europy Środkowej, aby zrównoważyć wpływy Niemiec. Zbiegło się to w czasie z ofensywą dyplomatyczną premier Giorgii Meloni, która chciałaby być pośrednikiem między konserwatystami z Europy Środkowej a liderami integracji z Francji i Niemiec. Po raz kolejny okazało się też, że spory wokół praworządności nie przynoszą korzyści ani samej UE, ani nawet dominującym w niej państwom Europy Zachodniej.

Inne wpisy tego autora