Hezbollah i libańska kraina czarów

Doceniasz tę treść?

Logicznie rzecz biorąc, Liban powinien już przestać istnieć. Całe szczęście logika w Libanie nie działa. Kraj ten nie ma obecnie prezydenta, a rząd jedynie pełni obowiązki. W dodatku na jego czele stoi człowiek, którego partia nie zdołała zdobyć nawet jednego mandatu w wyborach parlamentarnych. Nadżiba Mikatiego trudno nawet nazwać politykiem, gdyż nikt nie ma wątpliwości, że jego poparcie jest zerowe. To, że stoi na czele rządu, wynika ze wsparcia, jakiego udzielił mu Hezbollah, a obecnie nie ma kto go odwołać. W libańskim systemie politycznym prezydentem musi być chrześcijanin-maronita, premierem – sunnita, a przewodniczącym parlamentu – szyita. Tym ostatnim od 1992 r. jest Nabih Berri, lider ugrupowania Amal. Amal kiedyś konkurował z Hezbollahem, ale obecnie obie organizacje stanowią jedność, tyle że Amal, w przeciwieństwie do Hezbollahu, nie jest uznawany za organizację terrorystyczną, więc Amerykanie z nim negocjują, udając w ten sposób, że nie negocjują z Hezbollahem.

Prezydenta Libanu wybiera parlament, więc Berri korzystając ze swego stanowiska, blokuje wybory. A premiera desygnuje prezydent, więc premiera nie ma, a Mikati uzurpuje sobie w dodatku funkcję prezydenta. Chrześcijanie, którzy są politycznie mocno podzieleni, wystawili wspólnego kandydata Dżihada Azura, ale Hezbollah chce kogoś innego: Sulejmana Frandżijję, który wychował się w Syrii w rodzinie rządzących tam Assadów i jest uznawany za ich marionetkę. Chrześcijanie nie mają wątpliwości, że wybór Frandżijji oznaczałby zawłaszczenie Libanu przez Hezbollah i obawiają się, że dojdzie do tego w wyniku nacisku Zachodu. Tego samego Zachodu, który uznaje Hezbollah za organizację terrorystyczną. Problem w tym, że ma być to cena za wstrzymanie ataków na Izrael oraz powstrzymywanie łódek, którymi Syryjczycy starają się uciec z Libanu na Cypr, czyli do Europy.

Europa oczywiście nie chce Syryjczyków, bo ich przybycie oznaczać będzie triumfalny marsz skrajnej prawicy po władzę. Nie chce jednak również, by Liban odesłał ich do Syrii, bo uznaje to za niehumanitarne. A z perspektywy Libanu wygląda to tak, że ma on 5-milionową populację, a Syryjczyków jest około 2 milionów, z czego 300 tys. urodziło się już w Libanie. Na dodatek jest jeszcze ok. 300 tys. Palestyńczyków, którzy siedzą uzbrojeni w swoich obozach. Libańskich chrześcijan jest natomiast nie więcej, niż 2 mln więc ich obawy są w pełni uzasadnione, ale Europy to najwyraźniej nie interesuje.

Ten czarny scenariusz może się jednak nie spełnić, bo jest oparty na logicznej analizie, a w Libanie jest trochę jak w Krainie Czarów z książki Lewis Carroll, wszystko jest absurdalne. Wielkie chrześcijańskie rody zachowują się jak królewięta w XVIII-wiecznej Polsce. Państwo ograbiło obywateli z trzymanych przez nich dolarów w bankach, a następnie zorganizowało „rewolucję”, licząc na to, że banki zostaną splądrowane, więc będzie można się wykpić. Obecnie, jak ktoś miał 150 tys. dolarów oszczędności, to może je sobie wypłacać po 150 dolarów miesięcznie, czyli ostatnią ratę dostaną jego wnuki w XXII w. Może też wypłacić wszystko od razu, ale w libańskich lirach po oficjalnym kursie 15 tys. za dolara. Tyle że normalny kurs to 89,5 tys., a w większości sklepów dolary przyjmuje się na równi z lirami. W wyniku tej defraudacji wyparowały też środki z ubezpieczeń społecznych, a pensje są wręcz głodowe. A i tak restauracje są pełne, a ceny są nieco wyższe niż w Polsce. Ludzie powoli odbudowują też swoje domy, które wyleciały w powietrze wraz z portem w sierpniu 2020 r. Wybuchł wówczas statek z saletrą amonową i do dziś nie wyjaśniono sprawy, bo prokuratorzy badający sprawę siedzą w kieszeni Hezbollahu.

W Libanie toczy się też wojna, która zmusiła już prawie 100 tys. Libańczyków do opuszczenia ich domów. Tyle że w wojnie tej nie bierze udziału 100-tysięczna armia libańska, a w Bejrucie (poza szyicką częścią miasta) trudno dostrzec, by ktokolwiek żył tym konfliktem (choć to częściowo tylko pozory). Wojnę z Izraelem prowadzi bowiem Hezbollah. Większość Libańczyków współczuje Palestyńczykom (choć część chrześcijan nie darzy ich zbytnią sympatią ze względu na rolę w libańskiej wojnie domowej), ale nie chce, by Liban został wciągnięty do tej wojny. Poza tym wielu Libańczyków liczy na to, że nie wygra jej ani Hezbollah, ani Izrael, choć przecież ktoś ją musi wygrać. Tylko że wygrana Izraela to zniszczenie Hezbollahu, a żeby to osiągnąć, musi nastąpić taka eskalacja, która zniszczy też Liban. Wygrana Hezbollahu to jego dalsze umocnienie, a zatem kolejny krok do upadku tego Libanu, który niemal 100 lat temu stworzyli tutejsi chrześcijanie.

Liban to nie jest duży kraj i nie jest on regionalną potęgą. Ale nie powinien być poświęcany w imię geopolitycznych rozgrywek, bo to może się w przyszłości zemścić. Póki co pozostaje liczyć na to, że wbrew logice w Libanie znów „jakoś to będzie”. Tyle że XVIII-wieczna Polska też trzymała się mimo anarchii, ale do czasu.

Inne wpisy tego autora

Geopolityczna wolta Cypru

Cypr jednym kojarzy się ze słonecznymi wakacjami i antycznymi zabytkami, innym z Rosjanami i praniem brudnych pieniędzy. To drugie skojarzenie jest już jednak nieaktualne. Niemniej