Bezpieczeństwo
Amerykański Pivot na Pacyfik cz.3
31.03.2015

Po przegranej Niemiec w II Wojnie Światowej, gdy kraj ten ostatecznie wypadł w grona supermocarstw i położony został kres wizji świata kontrolowanego z Berlina (lub Germanii, w jaką mieli w planach przekształcić swoją stolicę naziści) na arenie zostali dwaj liczący się gracze USA i ZSRR. O ile punktem wyjścia była roszada o charakterze militarnym (II WŚ, o tyle konflikt zakończył się pokojowo, rozpadem sowieckiego imperium. ZSRR przegrało zimną wojnę oraz wyścig zbrojeń na polu gospodarczym, system komunistyczny okazał się niewydolny (niektórzy teoretycy ekonomii twierdzili to już w latach 20-tych i 30-tych XX wieku – patrz debata kalkulacyjna L. vonMises vs O. Lange) ekonomicznie. Posiadanie broni masowej zagłady przez każdą ze stron zmieniło znaczenie przestrzeni oraz reguł prowadzenia wojen. Odtąd rywalizacja przybrała tak naprawdę charakter wojny o potężniejszą gospodarkę, siły militarne i pozycję na geopolitycznej szachownicy, a krwawe zmagania toczono w krajach trzecich (Korea, Wietnam etc.). Amerykanie ową wojnę gospodarczą wygrali, zostając jedynym supermocarstwem na świecie i ustanawiając tzw. PaxAmericana. Od 1992 do 2008 supremacja USA zdawała się niezagrożona. Czy aby na pewno?

Od czasu spotkania prezydenta Nixona z przewodniczącym Mao, Chiny stopniowo zaczęły przesuwać się politycznie na Zachód (względem ZSRR). Polityczny proces został potwierdzony reformami ekonomicznymi Denga Xiaopinga, otwierającymi stopniowo chińską gospodarkę na świat. Od tego momentu Państwo Środka rośnie w tempie niemal dwucyfrowym rokrocznie. Dokładnie ten sam czynnik, który spowodował upadek sowieckiego kolosa i hegemonię USA, doprowadził do narodzin nowego. Ten zaś rzuca wyzwanie obecnemu hegemonowi. Podstawowym elementem, jaki zadecyduje o rezultacie starcia chińsko-amerykańskiego będzie zdolność utrzymania przez Pekin wysokiego tempa rozwoju gospodarczego. Elementami niejako pochodnymi będzie wyścig technologiczny i militarny. Ponadto niezwykle istotne będą również: demografia oraz położenie geopolityczne. Analizę zaczniemy od tego ostatniego czynnika.

Stany Zjednoczone mają niewątpliwie olbrzymią przewagę nad Chinami jeśli idzie o położenie geopolityczne. Znajdują się na osobnym kontynencie otoczone: od północy przez niemal dziesięciokrotnie mniej ludną Kanadę, od południa przez ponad trzynastokrotnie słabszy ekonomicznie Meksyk, a od wschodu i zachodu przez wielkie oceany. Ich sytuację można porównać z XIX wieczną Wielką Brytanią, która bezpieczna na wyspach, zasobna gospodarczo mogła kontrolować przebieg wydarzeń na kontynencie europejskim niejako na odległość, dzięki potężnej RoyalNavy. Potencjalni rywale mają niewiele punktów zaczepienia. Mogą ich szukać w Ameryce Południowej oraz na Kubie. Ta ostatnia opcja wydaje się jednak dziś znacznie mnie realna niż w czasach Chruszczowa. Chiny z kolei zajmujące pokaźną część południowo-wschodniego krańca Eurazji, otoczone są przez liczne ośrodki siły: podobne jeżeli idzie o potencjał demograficzny Indie, wysokorozwinięte gospodarczo Japonię i Koreę Południową, bogatą w surowce naturalne Rosję oraz cały szereg pomniejszych państw, z których przyjacielsko usposobionych jest niewiele. Tak więc już na pierwszy rzut oka widać, że pozycja wyjściowa China jest znacznie gorsza niż USA. Stany niczym niegdyś Zjednoczone Królestwo będą starały się rozgrywać liczne państwa okalające Chiny, które z resztą będą wolały protekcję mocarstwa zza morza niż powrót chińskiego systemu trybutarnego, gdzie Pekin byłby bezsprzecznym centrum grawitacji tej części Eurazji, a reszta państw zostaje sprowadzona do statusu państw wasalnych. Różnica między XIX wieczną Wielką Brytanią a XXI wiecznymi Stanami Zjednoczonymi w tej konfrontacji będzie taka, że ta pierwsza miała zwykle do wyboru jakieś silne państwo na kontynencie, które mogła wspomóc przeciw potencjalnemu hegemonowi. Naprzeciw napoleońskiej Francji stanęła Rosja, a naprzeciw Niemcom koalicja składająca się z Francji i Rosji, w decydującym okresie wsparta przez USA. Stany Zjednoczone nie mają obecnie takiego komfortu. Żaden z sąsiadów nie może równać się z Chinami w pojedynkę, niezbędna będzie więc koalicja państw grająca na antagonizmie antychińskim oraz zdolna przełamać antagonizmy wewnętrzne, jak choćby japońsko-koreański. Zdolność do zbudowania i utrzymania takiej koalicji przez USA będzie zależała od dynamiki wzrostu gospodarczego obu mocarstw oraz zdolności do utrzymania przewagi militarno-technologicznej przez obecnego hegemona. W przeciwnym razie państwa potencjalnej koalicji, pozbawione wiarygodnych gwarancji militarnych, coraz mocniej wciągane w handel z Chinami mogą ostatecznie poddać się woli Pekinu.

Jednym z czynników decydującym o pozycji państwa na arenie międzynarodowej jest demografia. Idealnym przykładem kraju, który zawdzięcza pozycję właśnie liczbie ludności są Indie. Niezwykle biedne per capita, posiadają zagregowany PKB porównywalny do Rosji czy Włoch. Chiny również zawdzięczają swoją pozycję demografii. Kraj ten jest najludniejszy na świecie i liczy około 1,350 miliarda mieszkańców, co przy 320 milionach amerykanów przedstawia się imponująco. Demografia determinuje jak dużo „zasobów ludzkich” można przeznaczyć na wojsko i gospodarkę. Niemniej jednak znaczenie ma nie tylko ogólna liczba ludności danego kraju, ale również jej struktura. To czy kraj się wyludnia, jak dużo emerytów przypada i przypadać będzie na osobę pracującą jest poważnym determinantem nie tylko zdolności gospodarczych, ale również jak już zostało powiedziane militarnych. Predykcje bazujące na prostych ekstrapolacjach nie muszą się sprawdzać, jednak jeżeli są tworzone przez poważne ośrodki powinny być brane pod uwagę. Szacunki mówią nam, że do 2050 Chiny skurczą się do 1,300 miliarda mieszkańców, zaś w USA przybędzie ok. 80 mln ludności, tym samym ogólna populacja będzie wynosiła ok. 400 mln ludzi. Struktura wiekowa Stanów Zjednoczony ulegnie tylko nieznacznemu pogorszeniu, podczas gdy w Chinach polityka jednego dziecka znacznie postarzy Państwo Środka. Trend demograficzny jest więc po stronie Waszyngtonu.

Militaria jako czynnik decydujący o dominacji osłabł odkąd naprzeciwko siebie stają państwa posiadające zdolność do absolutnego, wzajemnego anihilowania się. Nie znaczy to w żadnym razie, że czynnik ten jest nieistotny. Zdolność do projekcji siły, obrony swoich granic, wspomagania sprzymierzeńców jest i będzie istotnym składnikiem geopolitycznych zmagań. W chwili obecnej Armia Ludowa Chin, mimo że liczna, nie jest przystosowana do potencjalnego starcia ze Stanami Zjednoczonymi. Nie chodzi tu o przepaść technologiczną jaka dzieli obie armie, ale również o charakter. Armia chińska jest przede wszystkim armią lądową, a decydujący dla zwycięstwa będzie wynik starcia powietrzno-morskiego, z elementami walk kosmicznych (oślepianie wroga poprzez niszczenie satelitów) oraz cyberwojny. W tej chwili amerykanie panują niepodzielne na wodach świata, w stopniu w jakim żadne mocarstwo w historii nigdy nie panowało. Zapewnia to względne bezpieczeństwo własnych granic i przesunięcie potencjalnego konfliktu w pobliże wybrzeży Chin. Pekin próbuje zniwelować amerykańską supremację morską stawiając jak niegdyś Związek Radziecki na rozbudowę floty podwodnej. Dodatkowo planują wyekwipować swoje okręty podwodne w rakiety balistyczne zdolne przenosić głowicę jądrowe. Czego konsekwencją będzie bezpośrednie zagrożenie terytorium USA. Jeżeli chodzi o zdolności obronne, to postawiono na odrzucenie US Navy od chińskich wybrzeży, co było już opisywane we wcześniejszych artykułach. Celem militarnym Pekinu jest wypchnięcie amerykańskich sił wodnych i powietrznych z obszaru jaki Chiny uznają za swoją strefę wpływu, odcięcie możliwości dostarczenia pomocy swoim sojusznikom a w konsekwencji zwasalizowanie ich. W ten sposób Chiny uzyskałyby absolutne panowanie w południowo-wschodniej części Eurazji, stając się na powrót „państwem środka” wokół, którego egzystowały państwa satelickie, w poczet których wliczałaby się również Rosja. Aby osiągnąć ten stan armia chińska musiałaby zrobić coś więcej niż tylko kopiować technologię amerykańskie, jak w przypadku samolotów 5 generacji, musiałaby wytwarzać własne zaawansowane technologię zdolne równać się z amerykańskimi. Aby to osiągnąć muszą znacząco zmodernizować technologicznie swoją gospodarkę i utrzymać wysokie tempo wzrostu.

Jeżeli chodzi o technologię to Chiny słyną głównie z frywolnego podejścia do prawa własności intelektualnej. Kopiują (czytaj kradną) technologię zachodnie i bazując na taniej sile roboczej próbują wdrażać je w swoich zakładach czyniąc tym samym swoją gospodarkę bardziej konkurencyjną niż krajów zachodnich. Podobną praktykę stosował Związek Radziecki a mimo to nie tylko nie osiągnął przewagi nad USA, ale nawet na płaszczyźnie ogólnogospodarczej się do nich nie zbliżył. Po pierwsze nie zawsze da się wiernie skopiować technologię, a tym bardziej ją wdrożyć, po drugie gospodarka kopiująca z definicji znajduje się kilka kroków za tymi od których kopiuje. To, że kraje Zachodu są najbardziej zaawansowanym technologicznie obszarem świata nie jest dziełem przypadku. Tak samo z resztą jeśli chodzi o ogólny poziom rozwoju gospodarczego. Wynika to z systemu gospodarczego opartego na poszanowaniu prawa własności, coś, czego inne cywilizacje nie uświadczyły w stopniu choćby nawet porównywalnym. Do przełomu XVIII i XIX wieku uznaje się, że Chiny nie odstawały od cywilizacji europejskiej, wręcz przeciwnie na wielu obszarach ją wyprzedzały. Jednak ich system gospodarczy nie różnił się zbytnio od modelu feudalnego, gdzie o wolnym rynku i powszechnym prawie własności nie mogło być mowy. To właśnie wtedy świat odskoczył Chinom , a te poniżone najpierw przez mocarstwa europejskie, zostały następnie najechane przez Japonie.

Prawo własności i system wolnorynkowy jest tym elementem, który zadecydował o przewadze cywilizacji zachodniej nad pozostałymi. Nie wdając się zbyt głęboko w teoretyczne rozważania o ekonomii czy właściwej jej metodologii badań, można jednak stwierdzić, że to właśnie system oparty o własność prywatną zapewnia z jednej strony możliwość przeprowadzenia kalkulacji ekonomicznej (a w związku z tym racjonalnej alokacji zasobów), z drugiej zaś sprzyja akumulowaniu kapitału. Komunizm w Związku Radzieckim (w zasadzie skrajny etatyzm i interwencjonizm, bo komunizm sensu strico w Kraju Rad funkcjonował na zasadzie eksperymentu tylko u zarania państwa co doprowadziło do katastrofy i zainicjowania przez Lenina Nowej Polityki Ekonomicznej) nie był w stanie sprostać umiarkowanie kapitalistycznej gospodarce państw Zachodu. Doprowadził do skrajnie nieefektywnej alokacji zasobów i w następstwie konsumpcji kapitału. Chiny przechodząc z komunizmu czasów Mao Zedonga do gospodarki mieszanej kapitalistyczno-etatystycznej ze szczególną pozycją nomenklatury, otworzyły się na świat, co skutkowało bezprecedensowym rozwojem gospodarczym. Polityka Państwa Środka była ukierunkowana, wzorem innych azjatyckich tygrysów, na rozwój poprzez eksport, napędzany napływem kapitału zagranicznego oraz tanią i zdyscyplinowaną siła roboczą. Trudno jest jednak mówić o Chinach jako o kraju wolnorynkowego kapitalizmu. To zachodnie korporacje dokonywały w istocie kalkulacji ekonomicznej i alokowały zasoby tak, że Chiny stanowiły w ich łańcuchu produkcji, coś w rodzaju taniej montowni, dysponującej nieprzebranymi zasobami pracowników. Problem w tym, że konkurencja za pomocą kosztów pracy oraz możliwości przerzucania części kosztów na środowisko naturalne jest możliwa tak długo jak długo koszty te są konkurencyjne, czyli w praktyce tak długo aż inne państwa nie zajmą pozycji tanich montowni w strukturze produkcyjnej międzynarodowych korporacji. Kwestia środowiska naturalnego również nie może zostać pominięta, już dziś w wielu miastach wschodniego wybrzeża ciężko oddychać, a władze starają się coraz bardziej chronić środowisko zmniejszając tym samym możliwość eksternalizacji kosztów działalności prywatnej na ogół społeczeństwa. Aby zapewnić podtrzymanie wzrostu gospodarczego, przy wyczerpywaniu się dotychczasowego paliwa w postaci taniej siły roboczej dla zagranicznego kapitału, konieczne będzie przejście na system umożliwiający własną akumulację i rozbudowę bazy gospodarczej zgodnej z preferencjami konsumentów (własnych lub zagranicznych), czyli na wolnorynkowy kapitalizm. Jeżeli to nie nastąpi Chinom grozi trwałe spowolnienie.

Niebagatelny wzrost ostatnich przeszło trzech dekad wyciągnął Chiny z pozycji państwa ekonomicznego trzeciego świata do pozycji drugiej gospodarki świata. W 2014 ich PKB stanowił równowartość 60% produktywności amerykanów. Jeżeli jednak skorygujemy zagregowaną produktywność o czynnik demograficzny to okażę się, że PKB per capita Chin wynosi jedynie 14% tego co wytwarza przeciętny Amerykanin. Ten wskaźnik mówi nam stosunkowo dużo o zaawansowaniu chińskiej gospodarki jako całości, warto również dodać, aby mieć szersze spektrum, że PKB per capita Chin jest niższe niż Rumunii i stanowi jedynie około 50% PKB per capita Polski, którą trudno posądzić o posiadanie zaawansowanej gospodarki. Potwierdza to tezę, że Chiny rozwijały się głównie jako rezerwuar taniej siły roboczej. To zaś czy uda mi się przeskoczyć ten poziom zależeć będzie od niezbędnych reform strukturalnych, co do przeprowadzania, których moim zdaniem istnieją poważne trudności.

Gdy w 2008 roku w USA wybuchł kryzys finansowy ( za symboliczną datę przyjmuje się upadek banku inwestycyjnego LechmanBrothers, choć tak naprawdę o początkach kryzysu można mówić już w 2007 r.) gospodarki krajów Zachodu pogrążyły się z recesji. Chiny zdawały się być odporne i kontynuowały wzrost PKB. To czego nie widać w tym podstawowym, wysoce zagregowanym współczynniku gospodarczym to strukturalne problemy jakich może doświadczać dana gospodarka pomimo jego wzrostu. Chińska gospodarka, moim zdaniem, odczuła kryzys 2008 nawet mocniej niż gospodarki Zachodu! Uzależniona głównie od swojej bazy eksportowej (firm zagranicznych oraz własnych, które kopiowały zachodnie technologie) silnie odczuła spadek popytu na swoje produkty ze strony głownie gospodarek europejskich. Problem w tym, że owa baza eksportowa była sztucznie przerośnięta w wyniku interwencjonistycznej polityki Pekinu. Polityka zaniżania kursu Renminbi , polega na tym, że Ludowy Bank Chin (bank centralny) skupuje waluty zagraniczne po kursie wyższym niż wynosiłby ich kurs rynkowy. Skup ten odbywa się poprzez wzrost podaży pieniądza (zwany powszechnie dodrukiem), co prowadzi do zmian, względem tego co stanowiłoby równowagę rynkową, struktury gospodarki. Redystrybucyjny efekt Cantillona powoduje, że sektor eksportowy jest tym samym dodatkowo promowany przez politykę monetarną, kosztem oczywiście pozostałych gałęzi gospodarki. Proces ten, w największym skrócie, przebiega następująco: firmy eksportowe za sprzedane za granice towary otrzymują zagraniczne waluty (głównie dolara amerykańskiego), które wymieniają w banku centralnym na nowo wykreowane yuany, są więc pierwszymi, którzy otrzymują „świeże” pieniądze i wydają je po starych cenach, następnie gdy pieniądze te są wydawane dalej powodują inflację cenową, czyli tracą swoją siłę nabywczą. Widać więc że siła nabywcza jest przekierunkowywana na tych, którzy są pierwsi w kolejce po nowe pieniądze, czyli w tym przypadku eksporterów. Proceder ten powoduje przesunięcie środków w gospodarce do sektorów eksportowych (takie przesunięcie nie wystąpiłoby w gospodarce prawdziwie rynkowej). Wzrost eksportu wytworzył około 300 milionową klasę średnią, która odpowiada za pobudzenie konsumpcji wewnętrznej. Niemniej jednak w przedstawionym modelu konsumpcja ta zawsze będzie krok z tyły za sektorem eksportowym. Model ten pociąga za sobą wiele problemów natury strukturalnej. Po pierwsze napędzanie eksportu za pomocą sztywnego zaniżonego kursu walutowego, a co za tym idzie wzrostu podaży pieniądza, zabija jego długookresową konkurencyjność, gdyż prowadzi do tym większej inflacji cenowej im większy jest dodatni bilans handlu (przypomina to podcinanie gałęzi na której się siedzi). Po drugie zbytniego uzależnienia od popytu zagranicznego na swoje towary, co w raz z ich niskim poziomem zaawansowania technicznego, a co za tym idzie wysokim stopniem substytucyjności jest mieszanką wybuchową. Chiny doświadczyły już obu tych problemów. Kulminacyjnym punktem był właśnie kryzys 2008, jednak gdyby nie on ten model i tak nie mógłby być utrzymywany w nieskończoność.

Rozwiązaniem długookresowym byłyby reformy wolnorynkowe. Pozwoliłyby one na zrównoważenie gospodarki oraz zapewniły możliwość racjonalnej akumulacji kapitału tj. takiej aby była ona zgodna ze strukturą preferencji konsumentów. Wzmocnienie musiałby ulec gwarancje prawa własności, należałoby wprowadzić niezależne od nacisków politycznych sądy oraz sprywatyzować część własności państwowej odcinając ją od nierynkowego finansowania ze znajdującego się pod kontrolą aparatu partyjnego sektora bankowego. Część tych reform została przeprowadzona, własność prywatna została zrównana z własnością społeczną (czyli w praktyce własnością kasty polityczno-biurokratycznej), a wielka kampania antykorupcyjna miała wyczyścić gospodarkę z nadmiaru samowoli urzędniczej. Podstawowy problem polega na tym, że tego typu reformy uderzają w klasę polityczną i obsługującą ją biurokrację, a więc w tych, którzy mieliby te decyzje podjąć, co w państwie o braku tradycji poszanowania własności prywatnej i jednocześnie silnej tradycji władztwa administracyjnego i wynikającej z niego korupcji każde poddać w wątpliwość skuteczność tychże reform. Wysoce prawdopodobne, że kampania antykorupcyjna ma jedynie na celu oczyszczenie z elementu wrogiego nowemu przewodniczącemu. Bez tych reform jednak Chiny będą skazane na wyhamowanie wzrostu, to zaś skutecznie pogrzebie ich szanse na światową dominację a przynajmniej na rzucenie realnego wyzwania Ameryce.

Marek Kułakowski