12 lat Krzysztofa Brzózki – i wystarczy
Łukasz Warzecha 19.03.2019

Zakazać, zabronić, pozbawić możliwości, wziąć w karby, nałożyć kaganiec. Lektura wywiadu Grzegorza Sroczyńskiego w „Gazecie Wyborczej” z Krzysztofem Brzózką, dyrektorem Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, jest wprost przerażająca.

 

O tym, że PARPA rozwiązuje głównie problem samego Brzózki i jego urzędników, pisałem już wielokrotnie, w tym na blogu WEI. Odsyłam do tamtego tekstu, ponieważ zawiera on wyliczenie przedsięwzięć, na które PARPA wydaje pieniądze. A jej budżet w 2016 roku wynosił 6,8 mln złotych. Wniosek jest jasny: to pasożytnicza agencja, kompletnie zbędna, bo jej zadania mogłyby wykonywać Ministerstwo Zdrowia oraz samorządy, zaś wykonywane przez nią zadania w zdecydowanej większości są nieweryfikowalne. Czyli są niezwykle wygodnym instrumentem marnowania publicznej kasy.

Zawsze wiedziałem, że Brzózka to niebezpieczny fanatyk, ale wywiad pokazuje, że im dłużej tkwi na stołku szefa PARPA, tym jest z nim gorzej. Być może jego antyalkoholowy fanatyzm napędza obawa, że po 12 latach ktoś może wreszcie wpaść na pomysł, żeby mu jednak tę wygodną posadę zabrać i dać komuś innemu (bo przecież paternalistyczny PiS w życiu nie pomyśli, że agencję po prostu skasować). Trzeba się więc pokazać, przypomnieć o swoim istnieniu i znowu zabić na alarm.

Wywiad jest bardzo długi, ale warto wyłowić z niego kilka fragmentów. Brzózka zaczyna od umiejętnego żonglowania statystykami.

Stwierdza na przykład: „W Polsce długość życia po 1989 roku rosła, teraz ten trend został zatrzymany. I wśród innych przyczyn – takich jak smog, stres, choroby onkologiczne – jest też alkohol”. W jakim stopniu? Jak definiuje się alkohol jako przyczynę krótszego życia? Jakiej grupy obywateli to dotyczy? Jak oddzielić alkohol od innych czynników? Tego się nie dowiemy. Ale brzmi efektownie.

Jeszcze efektowniej brzmi następujący wywód:

Innym spada, nam rośnie. Francja wraca z dalekiej podróży, w 1980 roku mieli 19 litrów na głowę, teraz – poniżej 12 litrów, Włosi z 16 litrów zeszli do 7 litrów na głowę, Niemcom też spożycie spada, w niedzielę jak wszystko jest zamknięte, to wódki się nie kupi, nawet Rosja w ostatnich latach zanotowała spadek, bo Putin się przeraził, że mężczyźni żyją średnio 64 lata i wprowadził ograniczenia.

Spożycie gigantycznie rosło na Litwie, ale wymordowali ten trend zakazując reklam i zamykając sklepy z alkoholem między 22 a 6 rano. Natomiast Polska z 8 litrów wskoczyła na 11. Pijemy już więcej niż piliśmy w peerelu.

Rozumiem, że te 8 litrów miało być w 1980 roku. Nie wiem, czemu akurat ten rok wybrał Brzózka jako bazowy, a nie np. początek lat 90. Byłoby to znacznie bardziej miarodajne, bo posługiwanie się jakąkolwiek miarą statystyczną, wyprodukowaną w Peerelu, jest zwyczajnie śmieszne. Każdy, kto żył w tamtym czasie, musi rozumieć, jak niedorzeczne jest twierdzenie Brzózki, że średnie spożycie alkoholu jest dzisiaj o 3 litry wyższe niż w głębi komuny. Pomijając już fakt, jakiej jakości jest to alkohol.

Dalej jednak Brzózka nagle mówi o 8 litrach w roku 2000. To w końcu jak to jest? Do którego roku dyrektor PARPA się w swojej tyradzie odwołuje? Nie wiadomo, a Sroczyński nie pyta. Wiadomo natomiast, że skrajnie bałamutne jest odwoływanie się do średniego spożycia bez statystycznego kontekstu i tła. Weźmy dwóch Polaków. Jeden wypija rocznie 25 litrów czystego alkoholu, drugi – 3 litry. Statystycznie każdy z nich wypija 14 litrów. Do tej bardzo prostackiej manipulacji Brzózka ucieka się wielokrotnie, nie tylko w tej rozmowie. Natomiast pod sam jej koniec stwierdza: „W Polsce 17 proc. obywateli wypija 70 proc. alkoholu. I czasem mam wrażenie, że ta pijąca mniejszość kręci całą resztą”. W ten sposób sam podważa miarodajność całego swojego wywodu, opartego na epatowaniu średnim spożyciem. Innymi słowy, sam Brzózka przyznaje (szkoda, że nie wychwytuje tego Sroczyński), że z powodu problemu (o ile to w ogóle jest jakiś problem) dotyczącego 17 proc. populacji chce utrudnić życie całej reszcie, w tym kilkudziesięciu tysiącom przedsiębiorców, handlującym alkoholem. To zresztą bardzo charakterystyczne dla każdego zamordystycznego paternalisty: podpierając się problemem marginalnej grupy, chce wprowadzić regulacje, dotyczące wszystkich.

Nie ma tu oczywiście śladu racjonalnego rachunku – gdyby w ogóle uznać, że taki rachunek może uzasadniać głęboką interwencję w wolność gospodarczą i życie obywateli. Czyli nie dowiemy się, jakie są faktyczne koszty rzekomo rosnącego alkoholizmu, ponoszone przez system ochrony zdrowia, ubezpieczycieli i samych obywateli, ale liczone netto, czyli równoważone korzyściami, jakie państwo odnosi z istnienia handlu alkoholem w obecnej postaci. Tego PARPA nie liczy – może dlatego, że nie umie, a może dlatego, że wynik takiej kalkulacji nie wsparłby tez dyrektora Brzózki.

Tymczasem dyrektor Brzózka dzieli się swoimi rewolucyjnymi pomysłami. Są wśród nich takie jak całkowity zakaz reklam alkoholu, centralna regulacja liczby sklepów z alkoholem i odebranie procesu koncesjonowania tychże samorządom, oczekiwanie, że zniknie 80 proc. sklepów z alkoholem, zakaz sprzedaży alkoholu w małych buteleczkach oraz centralne ustalenie minimalnej ceny alkoholu. To już nawet nie jest gomułkowszczyzna – to najczystszy gospodarczy stalinizm. Oczywiście Krzysztof Brzózka w swym fanatyzmie nie zajmuje się w ogóle gospodarczymi i społecznymi konsekwencjami swoich pomysłów. Nie uwzględnia na przykład tego, że zakaz reklamy papierosów czy alkoholu innego niż piwo skutkuje tym, że wiele także lokalnych przedsięwzięć, w tym i sportowych, traci możliwość pozyskania majętnych sponsorów. O krachu całej branży handlu, gdyby pomysły Brzózki miały wejść w życie, nawet nie wspomnę.

Wgląd w sposób myślenia dyrektora PARPA daje choćby następujący passus:

Dzięki zalewowi reklam jesteśmy narodem najbardziej zsocjalizowanym z alkoholem. Traktujemy alkohol jak normalny produkt spożywczy. Podobnie działa na nas obecność wódki w każdym spożywczaku i na każdej stacji benzynowej. Kupę kasy idzie na wyraźną ekspozycję. Chodzi nie tylko o to, żeby się alkohol sprzedał, ale też o ważny efekt wizerunkowy: alkohol ma być czymś zwyczajnym.

A, przepraszam, bardzo – dlaczego alkohol miałby być czym niezwyczajnym? Alkohol jest dla ludzi, a Brzózka powinien się zajmować tymi, którzy mają z nim szczególny problem, nie zaś zwalczaniem alkoholu jako takiego. Jeśli dyrektor PARPA traktuje alkohol sam w sobie jako upostaciowienie zła, to zdecydowanie nie nadaje się na zajmowane stanowisko. To – znów – podejście fanatyka, a nie racjonalnie myślącego urzędnika.

Brzózka wyznaje, że nie ma łatwego życia z politykami – nie chcą go słuchać.

Za rządów PO Rostowski mi mówił wprost: „Nie, nie, nie, jesteśmy liberałami, a cena minimalna to jest zawracanie głowy”. Arłukowicz to samo: „Butelka wódki za 32 złote? Niech się pan uspokoi i nie wprowadza w Polsce prohibicji”.

Zgadzając się z Rostowskim i Arłukowiczem, muszę im zadać pytanie, dlaczego pozwolili na to, żeby Brzózka nadal pełnił funkcję dyrektora państwowej agencji, widząc przecież, że mają do czynienia z osobą ogarniętą swego rodzaju obsesją?

PiS, niestety, też dyrektora Brzózkę zawiódł:

Jak się zmienił ustrój i nastał PiS, to myślałem, że z nimi będzie łatwiej. Gdzie tam! Opowiadają, że są prospołeczni, że chcą ograniczyć spożycie alkoholu, ale jak przychodzi do głosowań, to wszystko zostaje po staremu.

Dyrektor Brzózka tłumaczy, dlaczego sklepy z alkoholem trzeba zamykać po 22: „Powiedzmy, że umówił się pan z trzema kolegami na wódkę i to pan ma przynieść alkohol. Na trzeźwo idzie pan do sklepu i kupuje dwie półlitrówki. Tyle planujecie wypić we czterech. A potem pijecie więcej, bo o północy któryś z was rusza po kolejne dwie flaszki do sklepu 24h”. Na co Sroczyński w miarę przytomnie zauważa: „Jeśli sklepy z alkoholem będą zamknięte po godz. 22, to po prostu wcześniej kupię te cztery flaszki”. Nie zauważa już jednak, że natura nie znosi próżni, a pomysły Brzózki spowodowałyby powrót usług meliniarskich na masową skalę. Brzózka na to: „Nie kupi pan, bo na trzeźwo to panu nie przyjdzie do głowy”. Na jakiej podstawie Brzózka tak twierdzi – nie mam pojęcia. Może ma własne bogate doświadczenia. Wiem natomiast, że biznes działa racjonalnie: gdyby zostało wprowadzone odgórne ograniczenie godzin otwarcia sklepów z alkoholem, te zrobiłyby wszystko, żeby wcisnąć klientom więcej towaru przed godziną zamknięcia. Ale ten prosty mechanizm możliwości umysłowe dyrektora Brzózki przekracza. Tak jak możliwości umysłowe promotorów zakazu niedzielnego handlu przekroczył podobny mechanizm w kwestii sobotniej sprzedaży, który wykańcza teraz małych handlowców na rzecz dyskontów.

Oczywiście na taki ruch sprzedawców Brzózka miałby zapewne odpowiedź w postaci kolejnych przepisów, ograniczeń, limitów, koncesji i innych przejawów paternalistycznej patologii, której skutki zawsze i bez wyjątku są odwrotne od zamierzonych, a która nie ma końca, bo zawsze zamienia się w niekończącą się gonitwę między urzędnikami a przedsiębiorcami.

Nie ma sensu analizować dalej wywiadu Sroczyńskiego z Brzózką. Cały utrzymany jest w podobnym tonie. Roi się w nim od manipulacji, skrajnie głupich i szkodliwych pomysłów oraz niekonsekwencji – niestety, nie wychwyconych przez przeprowadzającego rozmowę. Jednak najważniejsze jest, że w istocie mamy do czynienia z totalitarystą na czele obracającej milionami państwowej, całkowicie zbędnej struktury. Powiedzieć, że podejście Brzózki jest antyliberalne, to nie powiedzieć nic. Szef PARPA jawi się jak karykatura paternalisty: państwo ma wziąć za twarz głupich obywateli i zorganizować im życie. To naprawdę groźne. Trzeba jednak przyznać, że w pewnym sensie dyrektor Brzózka sięga do korzeni. Wszak PARPA od 1996 roku działa na podstawie Ustawy o wychowaniu w trzeźwości, uchwalonej w 1982 r., której poprzednikiem była ustawa o przeciwdziałaniu alkoholizmowi z lat 50. Antyalkoholowe tyrady Brzózki można by spokojnie umieścić w „Żołnierzu Wolności” albo „Trybunie Ludu” z głębi lat 80.

O co walczy Brzózka? Nie dajmy się zwieść – nie o nasze dobro. Brzózka walczy o posadę, o budżet agencji oraz o realizację swojej fanatycznej wizji – ale to być może na samym końcu. Jeśli już PARPA musi istnieć, to niech kieruje nią jakiś racjonalny pragmatyk, rozumiejący, jak działa gospodarka i mający szacunek dla wolnej woli obywateli. Po 12 latach niech Brzózka rozwiązuje własne problemy prywatnie, bez milionów z pieniędzy podatników.