Inflacja
Robert Gwiazdowski 20.07.2019

Wraca temat inflacji. Więc i ja do niego wrócę, bo niektórzy uważają, że to dobrze, że inflacja wraca. Bo – jak widać na krzywej Phillipsa – inflacja i bezrobocie poruszają się w przeciwnych kierunkach: wzrost bezrobocia to spadek inflacji, a spadek bezrobocia to wzrost inflacji. A przy niższym bezrobociu pracownikom łatwiej wywalczyć podwyżki wynagrodzeń, a wyższe wynagrodzenia oznaczają większy popyt w gospodarce.

 

Niektórzy analitycy nie słyszeli jednak o procesie falsyfikacji teoretycznych modeli. A model nazywany Krzywą Philipsa został sfalsyfikowany 40 lat temu! Pod koniec lat 70-tych w USA wzrastała i inflacja i bezrobocie. I nie trzeba wcale się torturować czytaniem na ten temat jakichś liberałów i monetarystów. Wystarczy poczytać Profesora Wojtynę, który w „Ewolucji Keynesizmu…” pisze o równoczesnym pęknięcie Krzywej Philipsa zarówno w teorii, jak i w praktyce. Gdyby, mimo wykazania przez Miltona Friedmana teoretycznych ułomności modelu Philipsa, w dalszym ciągu by się on sprawował dobrze z empirycznego punktu widzenia, uwagi monetarystów zostałyby z pewnością zignorowane. Gdyby zaś złe doświadczenia praktyczne nie zbiegły się z podważeniem przez Friedmana teoretycznych założeń Philipsa, jego model zostałby nieco zmodyfikowany przez wprowadzenie nowej zmiennej i przyjęcie odpowiednio dużych wielkości rezydualnych. Gdy jednak zbiegły się w tym samym czasie poważne zastrzeżenia teoretyczne z ewidentnymi dowodami empirycznymi nieprawidłowości przyjętych przez Philipsa założeń, upadek paradygmatu stał się nieuchronny. Niektórzy próbują go jednak odbudować. Jak fakty przeczą teorii, tym gorzej dla faktów – jak twierdził i udowodnił w praktyce Józef Stalin.

Spójrzmy na inflację oczami obywatela Jana Statystycznego, który ma 100 zł. I może za nie kupić 100 bułeczek kosztujących 1 zł. Gdy ustawodawca wprowadzi jakiś nowy podatek w wysokości 5%, obywatel Statystyczny będzie miał 95 zł i będzie mógł za nie kupić 95 bułeczek. A gdy pojawi się inflacja 5%, bułeczki zdrożeją i będą kosztowały 1 zł i 5 gr. Obywatel Statystyczny będzie mógł kupić 95 bułeczek – tak samo jak po wprowadzeniu podatku 5%. A przecież konstytucja, której łamać nie wolno, przewiduje wyraźnie, że podatek może być wprowadzony tylko i wyłącznie w drodze ustawy! Ale zostawmy konstytucję – jest ona traktowana wybiórczo. Wbijmy sobie jednak do głowy, że stopa inflacji to stopa swoistego podatku, który Jan Statystyczny ma do zapłacenia.

Inflacja jest czynnikiem redystrybucji zasobów na rzecz producenta pieniądza – czyli rządu. Przychód realny, osiągnięty w drodze inflacjogennej emisji „pustego” pieniądza jest równy sile nabywczej tej dodatkowej emisji. Stanowi więc iloczyn realnej wielkości pieniądza w obiegu (zależnej od stosunku ilości pieniądza do poziomu cen) i stopy wzrostu podaży pieniądza. W praktyce, inflacja jest tym samym, czym odebranie ludziom części zarobków.

Teraz ci ludzie mają zacząć „oszczędzać” „dzięki” Pracowniczym Planom Kapitałowy. „Rynki finansowe” przyjęły tę decyzję rządu z równym entuzjazmem jak powrót inflacji. Więc wyobraźmy sobie, że Jan Statystyczny „zaoszczędzi” przez rok 1.000 zł. W świecie bez inflacji, jeżeli stopa podatku dochodowego wynosi 20% zysk z zainwestowania tego 1.000 zł wynoszący 5% zapewnia mu po następnym roku 4% po opodatkowaniu. Inflacja zmienia te proporcje. Jeśli stopa inflacji wynosi 5% to Statystyczny zaoszczędzi na koniec pierwszego roku oszczędzania tylko 950 zł a nie 1.000 zł. Jeśli je zainwestuje, a stopa procentowa rośnie punkt za punkt w stosunku do wzrostu inflacji, to przy inflacji 5% jego nominalny zysk z tej inwestycji po kolejnym roku wzrośnie do 10%, po opodatkowaniu wyniesie 8%, ale po uwzględnieniu inflacji – już tylko 2,6%. Podatkiem inflacyjnym, inaczej niż w przypadku podatku dochodowego, opodatkowane są bowiem nie tylko odsetki, ale także kapitał.

Na tym nie koniec – przy progresywnym podatku dochodowym po kilku latach inflacja spowoduje przesunięcie dochodów nominalnych Statystycznego do wyższego przedziału podatkowego. Zmniejszy się przez to jeszcze bardziej realna wartość posiadanych przez niego zasobów pieniężnych, gdyż waloryzacja progów podatkowych nie rekompensuje całej inflacji. Jeśli kolejny próg podatkowy wynosi 30% i objęte nim zostaną tylko nominalne dochody z odsetek Statystycznego, to jego zysk spadnie do 1,7%.

Pamiętajmy przy tym, że inflacja zależy nie tylko od tego jak ceny rosną/spadają, ale i od tego co i jak mierzymy. Wskaźnik wzrostu/spadku cen towarów konsumpcyjnych (Consumer Price Index – CPI) jest średnią ważoną cen towarów i usług nabywanych przez statystyczne gospodarstwo domowe. Bierze się przy tym pod uwagę statystyczny koszyk zakupów i udział poszczególnych produktów i usług w łącznych wydatkach gospodarstwa. CPI jest więc nie tyle miarą inflacji, ile wskaźnikiem zmian kosztów utrzymania. Po drugie, takiego konkretnego gospodarstwa domowego, z takim rozkładem wydatków na poszczególne towary i usługi jak gospodarstwo statystyczne to oczywiście nie ma! Ceny niektórych towarów i usług rosną szybciej niż innych więc ludzie, jak to ludzie, kupują więcej tańszych zamienników (efekt substytucji). Pojawiają się też nowe dobra i usługi, które nabywają zanim w ogóle pojawią się one w koszyku statystycznym. Ale przecież w makroekonomii liczy się statystyka a nie jacyś tam ludzie. Niektóre towary, choć są, to ich w tym „koszyku” nie ma – jak, na przykład, paliwa. Są w nim za to towary – takie jak „komputer” – które regularnie tanieją, więc obniżają poziom inflacji.

A kto zarabia na inflacji? Na inflacji zarabia rząd – inflacja zwiększa wpływy z podatków pośrednich (VAT i akcyza) – zwiększa się bowiem podstawa opodatkowania tymi podatkami. Co prawda kwoty te odpowiadają w przybliżeniu wielkości inflacji, ale rezultat netto jest taki, że rząd otrzymuje w ciągu roku dodatkowe fundusze bez konieczności wprowadzania nowych podatków.

Dlatego zwolennicy aktywnej polityki państwa podkreślają, że dużo gorsza od inflacji jest deflacja. Twierdzą, że jeśli pieniędzy na rynku jest zbyt mało, zbyt niski jest popyt i producenci mają kłopot ze sprzedażą. Rosnące zapasy towarów zmuszają ich do obniżania cen oraz do ograniczania skali bieżącej produkcji. Jeśli jednak sprzedają towary po obniżonych cenach, ponoszą stratę, którą usiłują sobie zrekompensować redukując koszty. Można to zrobić miedzy innymi poprzez obniżenie płac pracowników, albo zmniejszenie zatrudnienia. Tak czy owak, oznacza to ograniczenie popytu ze strony pracowników, którym obniżono wynagrodzenia, lub których zwolniono z pracy i dalszą presję na spadek cen i produkcji. Ale czy widział ktoś obniżanie zarobków pracowników w współczesnym świecie? Co najwyżej może się udać pracodawcom ich nie podwyższyć. Wtedy – jak jest inflacja – pracownicy stracą. Jak jest deflacja – zyskują. To co jest gorsze z punktu widzenia owych pracowników? Inflacja, czy deflacja?

Jest ktoś, dla kogo deflacja jest szkodliwa. To rząd. I „rynki finansowe”. Deflacja jest zła dla rządu bo wpływy podatkowe są mniejsze niż zakładane. 23% VAT od „100” to zawsze więcej niż 23% od „99”. Deflacja powoduje wzrost realnego oprocentowania długu publicznego i uniemożliwia „pobudzanie” gospodarki od strony popytowej dzięki wydawaniu pożyczonych pieniędzy. W systemie pieniądza fiat przy inflacji banki centralne osiągają zyski ze zwykłej jego emisji. Przy deflacji ilość potrzebnego pieniądza nie rośnie. Gdyby banki centralne musiały mieć pełne pokrycie dla papieru zadrukowanego jakimiś tam obrazkami, na przykład w złocie albo choćby w pszenicy, nie byłoby problemu. Ale w systemie pieniądza fiat problem jest.

Przed deflacją drżą więc makroekonomiści ze szkoły popytowej zatrudniani przez rządy i ich banki centralne, współpracujący z instytucjami finansowymi, czy inwestujący w instrumenty finansowe. Skoro „popyt napędza podaż” to jak ludzie czują, że ich pieniądze tracą na wartości (inflacja) to szybciej je wydają. I odwrotnie – jak ludzie oczekują spadku cen, to się powstrzymują z zakupami no i nie generują „ożywczego” popytu.

Kto się jednak powstrzyma z zakupem chleba bo może za kilka miesięcy będzie tańszy? Możemy się powstrzymać z zakupem komputera. Ale jak się nam komputer popsuł, to się nie powstrzymamy. A skoro działa to może dobrze, że nie wydamy pieniędzy na nowy? Bo z ekonomicznego punktu widzenia od wydawania stajemy się biedniejsi a nie bogatsi. Może zwiększyć się nam poczucie szczęścia jak kupimy nowy komputer – ale nie bogactwo. Krzywymi użyteczności różnimy się jak odciskami palców więc bynajmniej nie krytykuję tych, którzy wywalają dobry telewizor bo chcą mieć większy. Ale oparcie gospodarki na niepotrzebnym popycie prowadzi do takich kuriozów jak produkcja coraz gorszego sprzętu AGD czy RTV i koncentrowanie R&D na planned obsolescence!

Owszem, to prawda, że deflacji towarzyszy recesja i bezrobocie. Ale co jest skutkiem, a co przyczyną? To przecież nie deflacja wywołuje recesję. Jest dokładnie na odwrót. Najczęściej winę za brak równowagi pomiędzy nadmierną podażą a ograniczonym popytem – czyli „typowym” dla „krwiopijczego kapitalizmu” kryzysem „nadprodukcji” – ponosi nadmierna konsumpcja finansowana kredytem i nadmierne inwestycje w zwiększanie podaży znanych towarów i usług, które opierają się na błędnym przeświadczeniu o dalszym wzroście boomu popytowego, który będzie nakręcała… inflacyjna podaż pieniądza.

Gdy pieniądz papierowy, jego podaż i cena stały się najważniejszą rzeczą, prowadzenie właściwej „polityki pieniężnej”, urosło do rangi wiedzy tajemnej, jaką kiedyś dysponowali szamani „wywołujący” życiodajny wylew Nilu albo przynajmniej jakiś deszcz, o który modlili się przy pomocy niezrozumiałych dla reszty plemienia zaklęć. I tak jest do dziś. „Ekonomia to nauka, która omawia rzeczy doskonale nam znane językiem, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć” – twierdzi Richard Armey. No właśnie! Co by to była za wiedza tajemna, jakby wszyscy rozumieli zaklęcia o Krzywej Philipsa?