Ekobolszewizm (i kilka spostrzeżeń ogólnych)
Łukasz Warzecha 24.11.2019

Czy wiedzieli państwo, że byle szmondak, wyposażony w pisemko od wójta gminy, może z buta wejść do państwa domu w każdym momencie, jeśli na mocy tego pisemka przeprowadza działa „w zakresie kontroli środowiska”? No to już państwo wiedzą. A jeśli szmondaka państwo nie wpuszczą – co jest odruchem ze wszech miar naturalnym – sąd może państwa zamknąć w więzieniu na okres do trzech lat. Tak – mówimy o pozbawieniu, nie ograniczeniu wolności. Żyjemy w epoce, którą trzeba zacząć nazywać wprost czasem ekobolszewizmu.

 

O tym wszystkim ja również nie miałem do niedawna pojęcia, ponieważ ta wiedza nie była mi do niczego potrzebna. Odkryłem ją, gdy przeczytałem, że zapadł pierwszy wyrok za złamanie krakowskiej uchwały antysmogowej, którą uchwalono w ubiegłym roku, a która od 1 września tego roku zabrania palenia paliwami stałymi w instalacjach, dostarczających ciepło do centralnego ogrzewania oraz wydzielających ciepło „poprzez bezpośrednie przenoszenie ciepła lub w połączeniu z przenoszeniem ciepła do cieczy lub systemu dystrybucji gorącego powietrza”. Wyrok 20 godzin prac na cele społeczne był karą za palenie węglem i drewnem.

Zadałem zatem na Twitterze pytanie, czy mieszkając w administracyjnych granicach Krakowa (co przecież może również oznaczać mieszkania na samej jego granicy, poza obszarami zwartej zabudowy) nie można sobie już napalić w kominku, jeśli ktoś go ma. Otóż – nie można. Na własny kominek w swoim domu można sobie najwyżej popatrzeć. Albo przerobić go na gaz. Jeśli zaś napalimy w nim drewnem, żeby posiedzieć przy przyjemnym i jedynym w swoim rodzaju ogniu, grozi nam, że nad dom podleci nam straż miejska dronem i wystawi mandat.

Ustawa antysmogowa, która umożliwiła samorządom tworzenie uchwał takich jak ta w Krakowie, została uchwalona pod koniec rządów PO, PiS zaś ją jeszcze zaostrzył. Czas jej przyjęcia nie był przypadkowy – to było klasyczne bezmyślne, populistyczne posunięcie, mające przekonać wyborców w obliczu nadchodzącego głosowania, że Platforma, młotkowana głównie przez lewicowe ruchy miejskie, „coś robi ze smogiem”. Dokładnie na takiej samej zasadzie, jak dziś PiS zapowiada np., że „zrobi coś z wypadkami na przejściach” – także bez śladu analizy.

Rzekomo morderczy smog – faktycznie bez porównania mniejszy niż, powiedzmy, 20 lat temu – jest takim samym współczesnym fetyszem jak straszne skutki motoryzacji. Tak, momentami powietrze jest pełne szkodliwych substancji – nie ma wątpliwości. I lepiej, żeby ich nie było. Ja jednak wszystkim panikarzom odpowiadam, że jako łodzianin z urodzenia, mieszkający w tym mieście przez pierwszych 19 lat życia, w tym 14 lat w Peerelu, gdzie nikt się żadnymi normami nie przejmował, patrzę na te objawy paniki smogowej z politowaniem.

Ale niech będzie, że ze smogiem warto walczyć i że jednym ze sposobów powinna być zmiana sposobu ogrzewania mieszkań, a przede wszystkim domów. Nawet wziąwszy to pod uwagę, tworzenie ustawy, która umożliwia podejmowanie uchwał skutkującym natychmiastowym zakazem palenia paliwem stałym, jest przejawem ekobolszewizmu i pójścia na łatwiznę.

Po pierwsze dlatego, że świetnie wiadomo, że różne paliwa w różnym stopniu przyczyniają się do powstawania smogu. Traktowanie identycznie wszystkich paliw stałych w każdym piecu i przy każdym sposobie palenia tak samo jest bezzasadne. Problemem jest palenie tego, czym w piecach palić się nie powinno – opon, butelek, kartonu itp., problemem jest palenie węglem słabej jakości (czyli głównie tym z Rosji), a wcale niekoniecznie palenie węglem jakości dobrej czy stosowanie odpowiedniej metody rozpalania przy innym paliwie stałym.

Jak pisałem tutaj wielokrotnie, każda władza szanująca obywateli przed wydaniem zakazu lub nakazu zadaje sobie kilka pytań:

Czy zakaz lub nakaz jest absolutnie niezbędny?

Czy sprawy nie da się rozwiązać inaczej (kampanią edukacyjną, barierami na innym poziomie)?

Czy nie wystarczy egzekwowanie obowiązujących przepisów?

Jeśli nie, to jak skonstruować nowe przepisy tak, aby były jak najmniej uciążliwe i jak najmniej ingerowały w wolność obywateli?

Można było zatem – co zresztą PiS kiedyś deklarował, ale nic w tej sprawie nie zrobił – zastanowić się na przykład nad ograniczeniem napływu do Polski węgla złej jakości. Można było punktowo karać za spalanie rzeczy innych niż opał. Można było ludzi uczyć, jak podpalać paliwo w piecach. Ale to wszystko wymagałoby zbyt dużego wysiłku. Łatwiej było uchwalić populistyczną ustawę – która i tak PO nie pomogła – i zwalić sprawę na samorządy, dając im zarazem prawo do generowania blankietowych, głupich lokalnych regulacji. PiS się z tego nie wycofał, tak jak nie wycofał się z wielu innych durnych platformerskich pomysłów – np. skandalicznej ustawy śmieciowej, dziś owocującej gigantycznymi podwyżkami.

Nikt oczywiście w momencie uchwalania ustawy w sierpniu 2015 roku nie robił analiz, ile jest w Polsce instalacji grzewczych, w których można palić tylko węglem lub drzewem, ile osób stać na wymianę tychże, ile to będzie kosztować. Ogólnopolski program wspierający wymianę pieców i termomodernizację, Czyste Powietrze, jest kpiną. Oficjalnie jego możliwości prezentowane są tak: „Mogą oni [właściciele nieruchomości] wnioskować o dotację lub pożyczkę przeznaczoną na wymianę źródła ciepła oraz prace związane z termomodernizacją. Wielkość dofinansowania jest zależna od wysokości miesięcznego dochodu na osobę w gospodarstwie domowym wnioskodawcy, a zakres prac objęty dofinansowywaniem od wieku budynku”. Forma pomocy to dotacja lub pożyczka – w tym drugim przypadku i tak sami za wszystko ostatecznie płacimy – a maksymalna suma, od której liczone jest dofinansowanie, to 53 tys.

Z informacji, które zaczęły do mnie spływać w mediach społecznościowych wynika, że weryfikacja przez urzędników oznacza nieodmiennie m.in. założenie plastikowych okien w miejsce drewnianych – niezależnie od tego, jak to wpłynie na estetykę budynku, wymianę powietrza wewnątrz itd. Warunkiem dofinansowania wymiany pieca jest zwykle kompleksowa termomodernizacja budynku, na którą wielu osób nie stać. Tu w grę wchodzi znów pomoc z Czystego Powietrza albo kredyt np. z BOŚ. Per saldo może się to nawet okazać opłacalne – w perspektywie np. dekady albo 15 lat. Tylko ilu ludzi może sobie pozwolić na myślenie o zwrocie inwestycji w takiej perspektywie? Ale co to kogo… Ważne, że ruchy miejskie są zadowolone.

Poza programem rządowym są też programy lokalne i Kraków taki program prowadził od 2014 roku. Najpierw dotacja sięgała 100 procent, w następnych latach ten odsetek spadał. Zresztą zależał on też od sytuacji materialnej wnioskującego. W praktyce oznaczało to, że ludzie zarabiający przyzwoicie, ale nie rewelacyjnie, byli pozbawieni możliwości skorzystania z pomocy, która zresztą w tym roku, ostatnim działania programu, wynosiła już tylko do 60 proc. Zatem urzędnicy narzucili na obywateli obowiązek wyłożenia niemałych pieniędzy, po czym łaskawie zaoferowali, że mogą się do wydatków trochę dorzucić, ale tylko, jeśli ktoś nie zarabia za wiele. Skandal to mało powiedziane.

Teraz drugi aspekt, czyli owe nieszczęsne kominki. Kominek w większości przypadków nie służy do regularnego ogrzewania domu (chyba że ma płaszcz wodny, ale wtedy sytuacja z nim jest podobna jak z piecem grzewczym). Kominek jest po to, żeby sobie w nim od czasu do czasu napalić i cieszyć się przyjemnością siedzenia przy żywym ogniu, zaspokajając atawistyczną potrzebę. I tak zapewne większość z kominków korzysta. Sytuacja z Krakowa nie jest pierwszą, gdy w imię ekobolszewickich reguł ogranicza się lub chce się nam ograniczyć coś, co może nie być niezbędne, ale co daje nam przyjemność, w co zainwestowaliśmy i co należy do nas.

Pytanie jest jednak o zasadność objęcia zakazem również kominków na gruncie czysto praktycznym. Nie wiem, jak przebiegała dyskusja nad uchwałą Rady m. Krakowa, ale czy ktokolwiek wówczas wyjaśnił, jaki udział w tworzeniu smogu i emisji niebezpiecznych substancji mają na terenie miasta Krakowa kominki? Jak konkretnie szkodzi spalanie w nich suchego drewna? Zakładam, że nie. Tymczasem nietrudno znaleźć informację, że jeśli pali się w kominku odpowiednim drewnem (suchym, z drzew liściastych, odpowiednio twardym, najlepiej gatunków takich jak dąb, grab, buk, klon, jesion, brzoza czy topola), to szkodliwość jest bardzo niska. Dlaczego zatem palenia w kominku zakazano tak samo jak palenia w piecu ruskim węglem? Bo tak. Bo to było najprostsze. Po prostu uchwalono blankietowy zakaz, „bo smog” i koniec.

W ten sposób właściciele kominków, którzy zapłacili przecież za ich zbudowanie, zostali z czymś, czego zabroniono im używać. W kraju poważnie traktującym prywatną własność każdy z nich dostałby – gdyby już zakaz faktycznie był konieczny – przynajmniej ofertę swego rodzaju wykupu kominka w zamian za trwałą jego dezaktywację. Ale Polska własności prywatnej nie traktuje poważnie. W Krakowie podeszli do tego na zasadzie „ich problem”.

Żeby było śmieszniej, gdyby zakaz potraktować drobiazgowo, trzeba by spytać, co z piecami do wędzenia – ktoś przecież może mieć taki na swojej posesji? Co z grillami? I tymi przenośnymi, i stałymi? Ba, nikt nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, w ile biznesów zakaz uderzy – są przecież tradycyjne pizzerie, piekarnie, wędzarnie z piecami opalanymi paliwem stałym, którego nie da się niczym zastąpić, bo tylko dym z określonego rodzaju drewna daje odpowiedni efekt. Ale co to radnych i ustawodawcę obchodzi?

To jest nie tylko ekobolszewizm – to w pewnym sensie bolszewizm w ogóle, bolszewickie podejście do tworzenia prawa, typowe też dla Peerelu: pichcimy jakąś ustawę, żeby rozwiązać wydumany (albo nawet i realny) problem, a że ileś tam tysięcy ludzi będzie przez to miało problemy lub że padną setki biznesów – nie nasz problem. To, nawiasem mówiąc, świetny appendix do wywodów premiera Morawieckiego z exposé o tym, jak to biznes potrzebuje stabilnego otoczenia.

Wreszcie trzeci wątek to wspomniane przeze mnie prawo do skontrolowania naszego domu i całej nieruchomości przez upoważnionych urzędników. Za utrudnianie takiej kontroli (o tym, czym jest utrudnianie, toczy się dyskusja w doktrynie, bo nie jest to pojęcie gdziekolwiek zdefiniowane) można pójść, jako się rzekło, na trzy lata do pierdla. Tako rzecze uchwalony w 1997 roku kodeks karny w swoim artykule 225. Początkowo odnoszono ten artykuł do wojewódzkich inspektorów ochrony środowiska, ale w 2001 roku weszło w życie nowe prawo ochrony środowiska, które mówi w art. 379.:

1. Marszałek województwa, starosta oraz wójt, burmistrz lub prezydent miasta sprawują kontrolę przestrzegania i stosowania przepisów o ochronie środowiska w zakresie objętym właściwością tych organów.

2. Organy, o których mowa w ust. 1, mogą upoważnić do wykonywania funkcji kontrolnych pracowników podległych im urzędów marszałkowskich, powiatowych, miejskich lub gminnych lub funkcjonariuszy straży gminnych.

3. Kontrolujący, wykonując kontrolę, jest uprawniony do:

1) wstępu wraz z rzeczoznawcami i niezbędnym sprzętem przez całą dobę na teren nieruchomości, obiektu lub ich części, na których prowadzona jest działalność gospodarcza, a w godzinach od 6 do 22 – na pozostały teren;

2) przeprowadzania badań lub wykonywania innych niezbędnych czynności kontrolnych;

3) żądania pisemnych lub ustnych informacji oraz wzywania i przesłuchiwania osób w zakresie niezbędnym do ustalenia stanu faktycznego;

4) żądania okazania dokumentów i udostępnienia wszelkich danych mających związek z problematyką kontroli.

Może nie do wszystkich to dociera, więc wyjaśniam: byle szmondak (może to być też szmondak ze straży gminnej, instytucji, która w ogóle nie powinna istnieć), wyposażony przez wójta, burmistrza czy prezydenta w świstek nazwany upoważnieniem, może w godzinach od 6 do 22 wleźć nam na naszą nieruchomość lub do chałupy, a my nie możemy mu tego zabronić. W ten sposób, za sprawą upoważnienia, ów szmondak zyskuje uprawnienia większe niż policja, bo ta – na podstawie ustawy o policji i kodeksu postępowania karnego – może wkroczyć na naszą nieruchomość bez nakazu prokuratorskiego tylko w „przypadkach niecierpiących zwłoki” (art. 220 k.p.k.). Takim przypadkiem może być na przykład ukrywanie się podejrzanego o dokonanie przestępstwa lub pościg za nim. W każdym razie chodzi o sytuację określaną jako wyjątkowa.

Komornik sądowy może wejść na teren nieruchomości, jeśli posiada zezwolenie prezesa sądu rejonowego. Jakichś inspektorów od abonamentu czy podobne osoby możemy spuścić ze schodów. Tymczasem – powtarzam – byle typ z papierkiem od wójta ma prawo wejść do nas bez pytania o pozwolenie w każdym momencie między 6 a 22, żeby sprawdzić, czy nie palimy w kominku.

Mam w domu broń i jak każdy praworządny posiadacz broni muszę się spodziewać, że pojawi się u mnie mój dzielnicowy, żeby sprawdzić, czy przestrzegam przepisów rozporządzenia ministra spraw wewnętrznych i administracji w sprawie przechowywania, noszenia oraz ewidencjonowania broni i amunicji. Ale nawet dzielnicowego przychodzącego w takiej sprawie nie muszę wpuszczać. Mogę go poprosić, żeby przyszedł kiedy indziej, bo mam w domu bałagan – a on nie może do mnie wejść z buta. Ba, niewpuszczenie go, jeśli przyjdzie niezapowiedziany, nie może być podstawą do cofnięcia pozwolenia. Czyli ustawodawca – jeśli spojrzeć na przepisy kompleksowo – uznał, że poważniejszym problemem niż potencjalnie niewłaściwie przechowywana broń jest napalenie w kozie drewnem. Oczywiście ustawodawca w momencie uchwalania przepisów, o których piszę, nie rozważał w ogóle takiego porównania – ale do tego się to dzisiaj sprowadza. I to jest absolutna paranoja. Ekobolszewizm.

Można by jeszcze te nadzwyczajne uprawnienia zrozumieć, gdyby chodziło o nieruchomość, gdzie prowadzona jest działalność gospodarcza (co zresztą byłoby problemem w przypadku JDG, bo przecież siedzibą firmy jest zwykle po prostu własne mieszkanie). Ale nie – mówimy o całkowicie prywatnej nieruchomości.

Dodajmy do tego wprowadzone już przez krakowską straż miejską metody kontroli w postaci nadlatywania dronem nad komin. To rodzi ogromne wątpliwości co do zgodności z prawem (na jakiej podstawie prawnej kontrola dokonywana jest w taki sposób i czy nie narusza miru domowego?) oraz w kwestii prywatności.

Powstaje pytanie, czym kierowali się ustawodawcy, posłowie, radni, uchwalając tak właśnie wyglądające przepisy? Czy to czysta głupota? Czy może realizacja planu, którego celem jest stopniowe ograniczanie naszej wolności pod najbardziej chwytliwymi pretekstami – a do takich dziś należy ochrona środowiska (aczkolwiek mówimy w części o ustawach sprzed wielu lat) – żeby państwo, a tym samym rządzący mogło mieć nad nami większą kontrolę?

Sądzę, że sprawa wygląda jednak trochę inaczej. Owszem, jakaś niewielka część decydentów być może całkiem świadomie popycha system w stronę coraz większej kontroli nad obywatelem w różnych dziedzinach, zaś ekologia jest tutaj polem dzisiaj najwdzięczniejszym. Przede wszystkim jednak chodzi o to, że w intelektualnym horyzoncie zdecydowanej większości polityków i urzędników sprawy, o których piszę, w ogóle się nie mieszczą.

Zasady konserwatywnej legislacji, czyli maksymalna wstrzemięźliwość w uchwalaniu prawa, ograniczającego obywatela? Oni w ogóle o tym nie myślą. Ich mechanizm myślowy działa prosto jak konstrukcja cepa: jest problem – musi być ustawa, względnie rozporządzenie lub uchwała. Potraktowanie prawa własności czy wolności słowa jako granic, które narusza się tylko w absolutnie wyjątkowych, skrajnych okolicznościach? A niby dlaczego? Wolność osobista, prawo obywatela o decydowaniu o sobie? A cóż to za dziwactwa? To co – może w ogóle znieśmy wszystkie przepisy (jak piszą mi wielokrotnie w mediach społecznościowych niewydarzeni amatorzy erystyki)?

W tym konkretnym przypadku trzeba by w dodatku ogarnąć umysłem zbieg przepisów, nagromadzonych latami. Przecież uchwalając kodeks karny w 1997 roku nikt z jego autorów nie przewidywał, że może on kiedyś posłużyć jako podstawa do masowych, maksymalnie inwazyjnych kontroli w naszych domach. Autorzy ustawy z 2015 roku z Platformy Obywatelskiej byli w przedwyborczej panice i niewiele ich interesowało, jaki ustawa antysmogowa da skutek w połączeniu z przepisami k.k. oraz prawem ochrony środowiska. Zresztą w przypadku PO, zwłaszcza na końcowym etapie ich rządów, nie było już nawet śladu myśli ogarniającej państwo jako całość. Z PiS historia jest inna: oni z zasady państwo ubóstwiają, immanentną cechą tej formacji jest zwiększanie jego kompetencji, gdzie tylko się da. Reguły, o których pisałem wcześniej, uważają za wymysł „złego neoliberalizmu”, o którym z taką pogardą mówił premier w swoim exposé. O ile w ogóle się nad nimi zastanawiają.

Jedno powinno być jasne: żyjemy w epoce ekobolszewizmu czy, jak kto woli, ekologicznego totalizmu, w której ekologią da się uzasadnić każdą bzdurę, każdy podatek, każde ograniczenie i każde okrojenie naszej wolności. W dodatku żyjemy pod rządami partii, która całkowicie się temu ekobolszewickiemu trendowi poddała, gdzie premier w exposé powtarza bezmyślnie mantrę o ograniczaniu użycia plastiku, a minister klimatu (sic!) chwali się, że wypromował Gretę Thunberg. Nie miejmy złudzeń.