1500 minus, czyli ZUS challenge
Mateusz Gilewski 30.06.2019

Być może start sezonu wakacyjnego nie sprzyja tworzeniu noworocznych postanowień, ale gwarantuję, że jest w Polsce duża grupa, która intensywnie myśli co przyniesie rzeczywistość A.D. 2020. To grupa bardzo rozproszona, niejednolita. Ludzie niezwykle pracowici, o różnych talentach, umiejętnościach, profesjach i pasjach. Przedsiębiorcy. 2 miliony prowadzących działalność gospodarczą. Na nich od stycznia czeka duży challenge. I nie chodzi tu o wyzwania typowe dla biznesu jak zdobywanie nowych klientów i rynków, ulepszanie oferowanych produktów czy świadczonych usług. Największe wyzwanie trzy ma litery: ZUS.

 

Wraz z ogłoszeniem projektu budżetu na 2020, poznaliśmy wartość prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego na przyszły rok. Wzrosło ono z obecnych 4765 zł do aż 5227 zł w roku 2020. Cieszyć się oczywiście należy, że rosną Polakom pensje a ogólny poziom życia zaczyna powoli przypominać ten znany z bogatego Zachodu. Szkoda tylko, że rykoszetem dostaną przedsiębiorcy, bo to właśnie ten wskaźnik stanowi podstawę wymiaru składek społecznych. Wzrost będzie rekordowy, do ok. 1070 zł wobec 974,65 zł w bieżącym roku. O 9,7 proc. Wprawdzie nie znamy jeszcze wysokości nowej składki zdrowotnej, ale można przyjąć, że pełny przelew do ZUSu wyniesie gdzieś między 1445 a 1500 zł.

1500 minus, z twojego zarobku przedsiębiorco, co miesiąc, przelewem, bezwarunkowo do ZUS. Niezależnie jak ci idzie biznes, czy miałeś gorszy miesiąc, nie było tylu klientów co zwykle. Płać, bo taki sobie przyjęliśmy algorytm oparty o wygodny dla nas wskaźnik. A że to nie ma sensu i nie jest sprawiedliwe? Wiemy, rozumiemy, ale nie mamy na to wpływu, tak to działa od 20 lat – wybiela się władza.

Takie tłumaczenie mija się jednak z prawdą. O ile (dzięki Bogu) rząd nie może zadekretować średniego poziomu wynagrodzenia w gospodarce, tak przynajmniej pośrednio – ale wydatnie – przyczynia się do obecnego stanu rzeczy. Powodów można wskazać kilka. Po pierwsze, gwałtowne podwyższanie poziomu płacy minimalnej. PiS jest tutaj niechlubnym liderem, nie bacząc na wskaźniki produktywności, doświadczenia innych krajów czy głosy organizacji pracodawców. Naturalnym jest więc, że takie gwałtowne podwyżki wpływają na ogólny poziom wysokości wynagrodzeń. Po drugie, musimy wziąć pod uwagę wpływ rozdętych programów socjalnych. Więcej rozdawnictwa pod postacią coraz to nowych „plusów” to wyższa konsumpcja, a w konsekwencji to jeden z czynników wyższej inflacji. A wzrost cen to jednocześnie wyższa presja na wzrost pensji. Kolejny czynnik, o którym musimy pamiętać, to rozbudowany sektor publiczny, zarówno administracja jak też kontrolowane i podległe pod skarb państwa spółki, niejednokrotnie całe sektory. Państwo to wielki pracodawca, który zatrudnia gromadę pracowników. Płaci im pensje i także wpływa na wartość przeciętnego wynagrodzenia.

A to wszystko czeka na przedsiębiorców w sytuacji, gdy podświadomie wszyscy przygotowują się na planowane spowolnienie gospodarcze, nie tylko w Polsce.

Jest jeszcze jedna ważna kwestia, rządowej narracji. Władza lubi sobie przypisywać sukces, nawet gdy go nie osiągnęła (lub nie była jego największym twórcą). A jednocześnie uwielbia zwalać na inne okoliczności niewygodne fakty, które nie wpisują się w propagandę sukcesu. Przykład: gdy Polska notuje wysokie, szczególnie jak na obecne warunki w Unii Europejskiej, wzrosty PKB i ma rekordowo niskie bezrobocie, jest to przede wszystkim zasługa rządu. Dopiero gdzieś tam na końcu, z musu, wspomina się o roli przedsiębiorców, którzy rozwijają kraj i dają zatrudnienie pracowitym rodakom. Bliższe prawdzie byłoby jednak stwierdzenie, że gospodarka rozwija się nie dzięki politykom, ale pomimo ich wysiłkom i różnym szkodliwym regulacjom. Z drugiej zaś strony, na drakońskie i zabójcze dla firm składki na ubezpieczenie społeczne rząd nie ma żadnego wpływu. To nie my to oni, jednym głosem mówią partyjni notable. Jak gdyby system emerytalny i konstrukcja ZUS zostały do kraju przywiezione przez tajemnicze siły z zewnątrz i nikt i nic nie może z tym zrobić. Tymczasem rozwiązań jest przynajmniej kilka.

Przede wszystkim trzeba skończyć z tym, że ustalamy wysokość ryczałtu ZUS na podstawie średniego wynagrodzenia. Tym bardziej, że przecież Polska nie jest – i pewnie jeszcze bardzo długo nie będzie – gospodarczo jednorodna. Są regiony bogate, nawet na poziomie średniej europejskiej (wiadomo, przede wszystkim aglomeracja warszawska), ale już nawet na Mazowszu znajdziemy obszary słabiej rozwinięte, z dużym bezrobociem strukturalnym i niskimi zarobkami. Ustalenie jednolitego arbitralnego poziomu średnich prognozowanych przychodów dla całego kraju i dla wszystkich przedsiębiorców to rozbój w biały dzień. Wyrok dla mikro i małych drobnych przedsiębiorców z Podlasia, Warmii, ale też chociażby Radomia, Bydgoszczy, którzy mają na utrzymaniu swoje rodziny, zatrudniają pracowników i chcą rozwijać swoje małe biznesy. Naprawdę warto żeby w takich chwilach politycy przestali analizować polską gospodarkę przez pryzmat Warszawy. Bo jak się opuści wygodną strefę komfortu i pojedzie na prowincję, to życie wygląda trochę inaczej.

Ryczałtowy ZUS tworzy degresywny system obciążeń dla przedsiębiorców. Im mniejszy dochód, tym procentowo większe obciążenia. A w skrajnych przypadkach wysokość daniny może przekroczyć możliwość jej zapłacenia. Tak się kończy rzekoma „sprawiedliwość społeczna”, którą rząd prezentuje na partyjnych sztandarach.

Warto również spojrzeć na inne kraje. We Francji wysokość składki jest proporcjonalna do uzyskiwanego przez przedsiębiorcę dochodu. Podobnie w Wielkiej Brytanii, wysokość ryczałtu jest uzależniona od wysokości dochodów. Z kolei w Niemczech ubezpieczenie społeczne dla przedsiębiorców jest dobrowolne z jedynym zastrzeżeniem obowiązkowej składki zdrowotnej.

Zresztą z badań WEI wynika, że zdecydowana większość polskich przedsiębiorców popiera pomysł dobrowolności składek na ZUS. Dwie trzecie badanych deklaruje, że zrezygnowałoby z płacenia składek ZUS gdyby były one dobrowolne. Podobny odsetek respondentów wybrałby komercyjne ubezpieczenia na życie zamiast ZUS, gdyby umożliwić przedsiębiorcom taką możliwość. Nic dziwnego, skoro większość ma świadomość, że obowiązujące składki rentowe i wypadkowe to fikcja i w przypadku niezdolności do pracy nie pokryją one poniesionych kosztów. Nie mówiąc już o przyszłych emeryturach, bo według prognoz w 2060 r. średnia emerytura wyniesie jedynie 24,6 proc. przeciętnego wynagrodzenia w Polsce. W rankingu OECD pokazującym stopę zastąpienia, Polska jest na szarym końcu i nic nie wskazuje żeby w najbliższej perspektywie miało być lepiej. Demografia jest niestety nieubłagana, a w przypadku Polski będzie miała szczególnie destrukcyjny wpływ.

Bez przeprowadzenia koniecznych zmian w tym chorym systemie, kolejny raz będziemy mogli tylko westchnąć i skonstatować, że Polska nie jest i jeszcze długo nie będzie krajem dla przedsiębiorczych ludzi.