1918 – rozbrajanie Niemców. 2019 – rozbrajanie Polaków
Łukasz Warzecha 11.11.2019

10 listopada 1918 roku zaczęto w Warszawie rozbrajać Niemieckich żołnierzy. 11 listopada akcja trwała już na całego. W 2019 roku władza upamiętniła to wydarzenie w szczególny sposób: rozbroiła w Warszawie własnych obywateli.

 

Stało się to za sprawą rozporządzenia szefa MSWiA w sprawie wprowadzenia czasowego zakazu noszenia broni i przemieszczania jej w stanie rozładowanym w Warszawie w dniu 11 listopada. Ta sprawa jest skandaliczna na kilku płaszczyznach.

Przede wszystkim jest to kopia rozporządzenia, wydawanego przy wielu okazjach przez MSWiA, zawsze bez śladu faktycznego uzasadnienia i zaczepienia w statystykach. Skopiowane z poprzednich rozporządzeń jest uzasadnienie, zajmujące zresztą dwie trzecie strony, z czego większość to kwestie czysto formalne. Zawarto w nim tylko jeden merytoryczny akapit. Brzmi on:

Wprowadzenie zakazu zmniejszy ryzyko wystąpienia zagrożenia dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bowiem posiadacze broni nie będą mogli nosić lub przemieszczać się z bronią, dzięki czemu wyeliminowane zostaną ewentualne przypadki utraty broni, a tym samym możliwość dostania się jej w ręce osób nieuprawnionych do jej użycia.

Tu pojawia się pytanie, w jaki sposób, zdaniem MSWiA, legalni posiadacze broni stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa lub porządku publicznego. Bo z przytoczonego akapitu wynika, że odebranie im prawa nie tylko do noszenia, ale nawet do przenoszenia broni bezpieczeństwo ma zwiększać – czyli sytuacja, gdy mogą broń nosi i przenosić musi je zmniejszać. Lecz czym w takim razie różni się sytuacja 11 listopada od sytuacji każdego innego dnia? Z uzasadnienia wynika, że legalni posiadacze broni muszą stanowić zagrożenie na co dzień.

Tylko że pozwolenia wydaje im przecież policja pod nadzorem ministerstwa. Wygląda zatem na to, że MSWiA kwestionuje własną pracę oraz pracę policji, która – zdaniem MSWiA – wydaje pozwolenia nieodpowiedzialnym obywatelom, na potęgę tracącym broń na rzecz osób niepowołanych.

Ale momencik: ile takich przypadków utraty broni na rzecz osób niepowołanych było, zwłaszcza w relacji do liczby posiadaczy broni? Tego się od MSWiA nie dowiemy – może dlatego, że ta statystyka w zestawieniu ze statystyką utraty broni służbowej przez funkcjonariuszy służb mogłaby wyglądać kompromitująco dla tych ostatnich.

Nie dowiemy się również, po co rozporządzenie (które, jak to rozporządzenie, nie zawiera w sobie sankcji) dubluje art. 4. pkt. 2. ustawy Prawo o zgromadzeniach, który powiada: „W zgromadzeniach nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały wybuchowe, wyroby pirotechniczne lub inne niebezpieczne materiały lub narzędzia” oraz art. 8 pkt. 2. Ustawy o bezpieczeństwie imprez masowych: „Zabrania się wnoszenia na imprezę masową i posiadania przez osoby w niej uczestniczące broni lub innych niebezpiecznych przedmiotów, materiałów wybuchowych, wyrobów pirotechnicznych, materiałów pożarowo niebezpiecznych, napojów alkoholowych, środków odurzających lub substancji psychotropowych”.

Tu uwaga: legislacja ma tylko takie uzasadnienie, jakie zostało podane. Nie może mieć żadnych uzasadnień ukrytych lub domyślnych. W tym wypadku uzasadnienie jest standardowe, nie mówi o żadnych szczególnych zagrożeniach tego konkretnego dnia, stwierdzonych na podstawie analizy służb. Co zatem kierowało MSWiA, tym bardziej że rok temu, gdy mieliśmy okrągłą rocznicę odzyskania niepodległości i organizowany był marsz prezydencki, w którym szła głowa państwa, takiego rozporządzenia nie wydano? W tym roku marszu prezydenckiego nie ma, ale rozporządzenie jest. Sztampowe. Trudno intepretować to inaczej niż jako świadectwo wzmocnienia lobby „milicyjnego” pod nowym ministrem spraw wewnętrznych.

Gdy projekt rozporządzenia się pojawił, strzelcy się słusznie oburzyli. Problem byłby mniejszy, gdyby nie to, że niemal wszystkie warszawskie kluby strzeleckie tradycyjnie zaplanowały na ten dzień pikniki strzeleckie. Zrobiły to, ponieważ dotąd nigdy nie zarządzano w Warszawie tego dnia zakazu, a pikniki strzeleckie 11 listopada stały się tradycją. Niezorientowanym wyjaśniam, że ich częścią są zawsze pokazy broni, konkursy strzeleckie, rekonstrukcje z użyciem broni historycznej (zakaz dotyczy także broni czarnoprochowej). Kluby nie mają takiego arsenału u siebie, trzeba go dowieźć, czasem z daleka. Większość nie ma tak dużych magazynów broni, żeby broń przechować przez w sumie trzy dni. Kolekcjonerzy, inne kluby, strzelcy nie mają też często możliwości, żeby broń zostawić w klubie na kilka dni – co zresztą wiąże się z niesamowicie czasochłonnymi czynnościami (każdy depozyt musi być oddzielnie opisany, a mówimy o tysiącach sztuk broni różnego rodzaju). Krótko mówiąc – bezmyślne rozporządzenie dwoma paragrafami zmusiło kluby albo do gorączkowych zmian organizacyjnych, albo do drastycznego ograniczenia atrakcji, albo do odwołania imprez.

O tym, jak potężne problemy mogą powodować tego typu rozporządzenia, już pisałem na blogu WEI. W zeszłym roku dotyczyło to rekordowo długiego zakazu, związanego z COP24 w Katowicach.

MSWiA całkowicie zlekceważyło krytykę, nie raczyło na nią nawet odpowiedzieć. Mariusz Kamiński w przeciwieństwie do swojego poprzednika, Joachima Brudzińskiego, nie ma kont w mediach społecznościowych, co jest bardzo wygodne – krytyczne głosy po prostu do niego nie docierają. Ale także te kierowane na Twitterze na adres MSWiA pozostały bez odpowiedzi. Władza tak mówi i koniec. Przypomnijcie mi, kto kiedyś mówił o słuchaniu obywateli?

Sprawa rozporządzenia miała swój tragikomiczny rozdział z byłym szefem BOR gen. Andrzejem Pawlikowskim w roli głównej. Pan Pawlikowski kierował Biurem (przekształconym następnie w Służbę Ochrony Państwa) w latach 2006-2007 i 2016-2017, a więc dwukrotnie mianowało go na to stanowisko PiS.

Ujrzawszy mój tłit na temat rozporządzenia, pan generał poczuł się w obowiązku mnie pouczyć: „Szanowny Panie Redaktorze, na Pana miejscu z podejmowanymi przez służby mundurowe środkami bezpieczeństwa bym nie dyskutował. Tego rodzaju komentarze nie ułatwiają działań służbom w zapewnieniu stosownego bezpieczeństwa publicznego”. Innymi słowy – milczeć, hołota, bo służby wiedzą najlepiej. No i ja, Pawlikowski, też wiem, a wy nie wiecie.

Następnie były szef BOR oznajmił: „Zakaz noszenia broni w określonym czasie i miejscu odbywa się na podstawie przeprowadzonej analizy zagrożeń […]. Zakaz noszenia broni w tym okresie i miejscu dotyczy zarówno tych legalnie posiadających broń jak i nielegalnie”. Tak, dobrze państwo widzą – pan generał był uprzejmy uznać, że zakaz dotyczy nielegalnie posiadających broń, czyli że mają się nim przejąć ci, którzy wcześniej złamali już art. 263 par. 2. kodeksu karnego: „kto bez wymaganego zezwolenia posiada broń palną lub amunicję, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Oni na pewno przejmą się pozbawionym sankcji rozporządzeniem i grzecznie zostawią broń w domach.

Dalej pan generał perorował: „Osobiście wychodzę z założenia, że im mniej publicznie dyskutujemy o czynnościach podejmowanych przez służby, tym lepiej dla naszego publicznego bezpieczeństwa”. Można zrozumieć, skąd u pana Pawlikowskiego taka obawa przed publiczną dyskusją na temat „czynności” – wszak to on kierował BOR-em, gdy w 2016 roku w samochodzie prezydenta na autostradzie pękła opona, a głowa państwa o mały włos nie wylądowała w rowie. Przypomnienie przeze mnie tego wydarzenia sprawiło, że pan generał zaczął cokolwiek tracić zimną krew. Gdy podziękowałem mu za to, że dostarczył mi materiału do tekstu, zagroził: „A z felietonami radzę ostrożnie, gdyż często naruszają dobra osobiste”. W tym miejscu muszę panu generałowi przypomnieć, że art. 44. ustawy Prawo prasowe mówi, iż „kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności”.

Inni uczestnicy dyskusji próbowali wskazywać generałowi niespójności i braki w jego argumentacji. Czynił takie próby między innymi mecenas Łukasz Urbański, nie tylko prawnik, ale też myśliwy i posiadacz broni w kilku kategoriach pozwoleń, doskonale zorientowany w zagadnieniach prawnych, związanych z bronią. On również przeczytał, że się nie zna i żeby milczał.

Opisuję tę sytuację nie po to, żeby znęcać się nad panem Pawlikowskim, który w końcu uciekł przed krytycznymi komentarzami, chowając się na Twitterze za kłódką oraz blokując mi dostęp do swojego profilu na FB, ale po to, żeby pokazać sposób myślenia ludzi, którzy z nominacji obecnej władzy odpowiadali – i odpowiadają nadal – za bezpieczeństwo, a także kwestie posiadania broni.

Polacy 101 lat temu wyrąbali sobie niepodległość dlatego, że nie byli wówczas stadem uległych baranów, a broń była dla nich czymś naturalnym. Dziś mamy władzę, która uwielbia wtrącać się w niemal każdą dziedzinę życia, na różne sposoby ograniczając naszą wolność, zasypując nas dziesiątkami kolejnych nakazów i zakazów. W strukturach tej władzy tkwią ludzie tacy jak pan Pawlikowski (bo przecież to nie jest jakiś wyjątkowy przypadek, raczej norma), którzy chcą nam zamykać usta, bo oni wiedzą, a ciemny lud niech się słucha i wykonuje. Co zaś najgorsze – lud się cieszy i słucha. Powiedzieć, że to dramat – to niczego nie powiedzieć.

P.S. Do MSWiA skierowałem pytania o uzasadnienie rozporządzenia. O odpowiedzi poinformuję.