3 wymiary kryzysu imigracyjnego
Cezary Kaźmierczak 06.09.2015

Sprawa z europejskim kryzysem imigracyjnym ma dla Polski 3 główne wymiary. Żaden z nich nie dotyczy faktycznego przesiedlenia się do Polski imigrantów z Syrii – oni po prostu nie chcą do Polski i tyle. Wszyscy, których przywiózł Sikorski i połowa przywiezionych przed miesiącem przez Fundację Estera uciekła już do Niemiec. Niezależnie czy „przyjmiemy” ich 2 tysiące, 10 tysięcy, czy 40 tysięcy i tak w relatywnie krótkim czasie przemieszczą się do Niemiec. No chyba, że redaktorzy Kurski, Lis i Żakowski skują ich w kajdany i trwale do czegoś przywiążą, na co się raczej nie zanosi, choć nie takie rzeczy dla Postępu robiono.

Pierwszy wymiar, to wymiar europejski.

Obecny kryzys nie grozi raczej rozpadem Unii, co byłoby dla nas geopolityczną katastrofą, ale rozpadem Schengen owszem. Powinniśmy dążyć wszystkimi dostępnymi metodami, żeby do tego nie dopuścić. Powinniśmy też zacząć robić prawdziwą politykę, czyli w zasadzie zgodzić się na to co tam Merkel chce. Proszę bardzo – i tak bowiem, żaden z tych emigrantów nie pozostanie w Polsce. Oczywiście powinniśmy się na to godzić pod warunkiem, że nadal jest Schengen. Niestety nasz rząd i opozycja zachowuje się bardzo głupio chandrycząc się zupełnie bez sensu z Niemcami w tej sprawie. Może by tak wyjąc ten temat spod sporu politycznego? Dalsza taka postawa da zachodniej Europie bardzo wygodny tytuł do zostawienia naszego regionu samego z problemem rosyjskim i bardzo trudno będzie nam coś od nich uzyskać w sprawach ukraińskich. Gdybyśmy powiedzieli Niemcom i Francuzom, to co chcą usłyszeć, a to co nas tak naprawdę niewiele kosztuje – my mielibyśmy w ręku mocne argumenty i na pewno Mumii Europejskiej dużo trudniej byłoby nas zostawić z naszymi wschodnimi problemami.

Drugi wymiar to wymiar społeczny.

Niestety, ten kryzys wzmocni jeszcze bardziej i tak już silne nastroje antyimigracyjne w Polsce. A czy się to komuś podoba, czy nie – imigrantów będziemy potrzebować. Wystarczy spojrzeć na dowolną prognozę demograficzną. Nie zmieni tego nawet najlepsza polityka demograficzna – cudów nie ma: żadna polityka nic nie pomoże jak 1- 15 lat temu rodziło się za mało dzieci. Po tym co się dzieje – po obrazkach z Keleti, czy obejrzeniu wywiadów z mieszkańcami wyspy Lesbos – dużo trudniej będzie przekonać do tego Polaków.

Trzeci wymiar to wymiar strategiczny.

Polska jak zwykle nie ma strategii imigracyjnej. Będziemy reagować chaotycznie i wtedy kiedy będziemy już do tego zmuszeni. Tymczasem ktoś powinien nad tym usiąść i na ile to możliwe zrobić to poza bieżącą polityką. W dziedzinie imigracji do Polski powinniśmy być bezwzględni, jak Anglosasi. Mamy 3 sprawdzone grupy narodowościowe, którym należy szerzej otworzyć drogę do naszego kraju: to Ukraińcy, Białorusini i Wietnamczycy. Doskonale się sprawdzili. Pracują, nie chodzą na zasiłki. Szczególnie jeśli chodzi o Ukrainę, to mamy dużą szanse na korzystny drenaż mózgów. Kolejną grupą – aczkolwiek jej nie możemy traktować w kategoriach interesu – to Polacy ze wschodu, którzy chcą wrócić. To hańba, że przez 25 lat ich nie sprowadziliśmy. Następną grupą mogliby być Syryjczycy i Irakijczycy, ale przede wszystkim chrześcijanie (bo im rzeczywiście, coś tam grozi) i to o określonych zawodach, których nie możemy w odpowiedniej ilości pozyskać z Białorusi czy Ukrainy. Problem z tymi ostatnimi jednak jest taki, że nie jesteśmy dla nich atrakcyjni. Niestety oni dla nas też – najczęściej jest to niewykwalifikowana siła robocza, która w przytłaczającej większości ląduje na zasiłkach. Dlatego tak im tęskno do Niemiec czy Skandynawii.

Tak czy inaczej odpowiednie władze powinny się nad tym pochylić, żebyśmy nie musieli potem działać chaotycznie i przypadkowo, pod sondaże opinii publicznej, jak to się dzieje obecnie.

Fot. na lic. Creative Commons/ aut. United Nations Photo