30 tys. grzywny za… koncerty bez zezwolenia. Bardzo źle napisane przepisy
Artur Kiełbasiński 27.01.2020

Zacznijmy trywialnie: prawo powinno być proste i zrozumiałe. Jednak jak różnie można interpretować pozornie proste przepisy przekonała się właśnie właścicielka klubu muzycznego w Gdańsku. Sąd orzekł wobec niej grzywnę 30 tys. zł.

 

Sprawa jest banalnie prosta, choć może to tylko pozory. Właścicielka klubu muzycznego w Gdańsku organizowała ciekawe koncerty ściągając setki widzów. Muzyka była bardzo różnorodna – od trash metalu po imprezy taneczne. Frekwencja wielokrotnie przekraczała 500 osób, jednak właściciele klubu nie występowali do władz Gdańska o zgodę. Dlaczego? Bo prawo dawało (przynajmniej teoretycznie) taką opcję.

Otóż ustawa o bezpieczeństwie imprez masowych jednoznacznie opisuje, co nie jest imprezą masową. A mianowicie zapis o imprezach masowych nie dotyczy tych (tu zacytujmy ustawę):

organizowanych w teatrach, operach, operetkach, filharmoniach, kinach, muzeach, bibliotekach, domach kultury i galeriach sztuki lub w innych podobnych obiektach.

Właścicielka gdańskiego klubu uznała, że zarządza „innym podobnym obiektem” i uznała, że ustawa jej nie dotyczy. Taka zresztą praktyka była rozpowszechniona w branży. Uchylenie się od trybu przewidzianego dla imprezy masowej sprawiało, że było i łatwiej, i taniej. W dodatku porównanie do działalności domu kultury, wydawało się trafne. A jednocześnie na koncertach w gdańskim klubie nic poważnego się nie działo

Jednak sprawą zainteresowała się policja, która od właścicielki wymagała zezwolenia od władz gminy. Gdy ta organizowała kolejne koncerty bez trybu przewidzianego dla imprezy masowej, sprawa trafiła do sądu.

I w obu instancjach uznano, że to interpretacja policji jest prawidłowa, a nie interpretacja przedsiębiorcy. Efekt – grzywna w wysokości 30 tys. zł za organizowanie koncertów wbrew zapisom ustawy.

Problem w tym, że nie ma definicji „innego podobnego obiektu”. Każdy ma teoretycznie prawo interpretować ten zapis w sposób dowolny. Tym bardziej, że podobieństwo klubu muzycznego do wspomnianego domu kultury wydaje się oczywiste. Jak widać – jest to oczywiste dla przedsiębiorcy, ale nie policji i sądu.

W tej sytuacji trzeba jasno zapytać – po co taki rozszerzający zapis znalazł się w ustawie. Coś co miało być rozwiązaniem uelastyczniającym przepisy, staje się „pułapką”, która umożliwia dotkliwe karanie.

W dodatku trudno podzielić stanowisko sądu w tej sprawie. Sąd w uzasadnieniu skupił się bowiem na ocenie tego, co się dzieje podczas koncertów rockowych. Zdaniem sądu na takim koncercie uczestnicy nie mają miejsc siedzących, spożywają alkohol, przemieszczają się swobodnie, zazwyczaj panuje półmrok, są efekty specjalne w postaci dymu czy pirotechniki, głośna muzyka i dynamiczne, pełne euforii zachowanie uczestników. Taka atmosfera łatwo może prowadzić do realnego zagrożenia bezpieczeństwa czy też skutkować utrudnieniem w szybkim udzielaniu pomocy.

To pokazuje, że analizowano głównie potencjalne zagrożenia. To z kolei powoduje, że przedsiębiorca organizujący koncert staje się łatwą ofiarą nieprecyzyjnych przepisów. W przeszłości na koncertach na całym świecie dochodziło do tragedii. Z ofiarami śmiertelnymi. Więc potencjalne zagrożenie faktycznie jest. To wywołuje negatywny przekaz medialny i pytania „czy narażano klientów klubu”. W dzisiejszych realiach medialnych takie pytanie to prawdziwy „hit”.

Ale powiedzmy też wprost – skutki kary są w gruncie rzeczy dość uciążliwe. 30 tys. zł to kara dotkliwa, więcej niż symboliczna. Z drugiej strony – właścicielka klubu ma potencjalny kłopot na przyszłość. Figurować będzie bowiem jako osoba prawomocnie skazana. To obniża jej wiarygodność jako przedsiębiorcy. Poza tym, jeśli w klubie dojedzie w przyszłości do jakichkolwiek incydentów stanie się łatwą ofiarą nagonki (karana, nie dbała o bezpieczeństwo), bez względu na okoliczności ewentualnych negatywnych wydarzeń.

Wszystko przez nieprecyzyjny przepis dający różne możliwości interpretacji. Skazywanie w trybie karnym w takich realiach budzi wątpliwości. Nawet jeśli policja i urząd miasta sygnalizowały, że mają inna interpretację przepisów, to przedsiębiorca miał prawo do swojej wykładni. Jednak jak widać prawo do własnej wykładni skończyło się statusem „skazany” i solidną grzywną. Do zapłacenia przez przedsiębiorcę, a nie prawodawcę tworzącego nieprecyzyjne prawo.