A może tak Inflanty…
Jerzy Marek Nowakowski 06.03.2019

Wybory w Estonii. O Boże jakie to nudne. Tak przynajmniej sądzi ogromna większość redaktorów portali internetowych i tradycyjnych mediów. Rozumują zapewne słusznie, bo zainteresowanie polityką międzynarodową jest nikłe, a polityka międzynarodową krajów innych niż mocarstwa ogranicza się do grona specjalistów. Jeżeli ktoś ma wątpliwości to wystarczy spojrzeć, że pomiędzy programami telewizyjnymi poświęconymi sprawom zagranicznym nie uświadczy reklamy.

 

Nic w tym nadzwyczajnego – niestety – bo na całym świecie polityka zagraniczna bywa obiektem zainteresowania nikłego procenta opinii publicznej. Z istotnym zastrzeżeniem. Jest to jednak segment nieco większy niż w Polsce, a przede wszystkim jest to segment elitarny. Czasopisma poświęcone sprawom międzynarodowym rozchodzą się w niewielkich nakładach, ale są atrakcyjne dla reklamodawców, bo ich czytelnik jest tzw. „targetem” dla producentów wyrobów luksusowych. Mamy więc reklamy linii lotniczych, drogich alkoholi, deweloperów itd. Polski czytelnik tego typu wydawnictw to zwykle badacz uniwersytecki, urzędnik albo dziennikarz, który klasą biznes leciał wtedy, gdy organizator konferencji (najchętniej chiński) miał duże nadwyżki w budżecie.

Swoją drogą obowiązujący od początku III RP zakaz reklamy alkoholi i tytoniu zamordował wolne media – szczególnie lokalne – nieomal w kołysce. Oczywiście powody były nadzwyczaj szlachetne. Rezygnacja z najzamożniejszych reklamodawców uniemożliwiła jednak rozwój mediów lokalnych i bardzo osłabiła te centralne. Wygląda to dokładnie tak jak szlachetne apele o to by nie jadać mięsa. Miłośnicy ślicznych krówek i świnek (tudzież całego mnóstwa innych hodowlanych gatunków) zapominają o tym, że hodowca wytłucze je (albo zagłodzi) do ostatniego jeśli nie będzie na nie popytu. Elegancko nazywa się to wylewaniem dziecka z kąpielą. Taką operacją jest właśnie machnięcie ręką na wybory w Estonii, bo „kogo to obchodzi”?

Rzecz jasna nie chodzi mi tylko o umowną Estonię. Polska jest tak położona na geopolitycznej mapie Europy i Świata, że zapominanie o sprawach zagranicznych grozi w średniej perspektywie czasowej utratą podmiotowości albo wręcz niepodległości. Czyli klasycznym wylaniem dziecka z kąpielą. Jeżeli zaniedbamy – a zaniedbaliśmy już – edukację z dziedziny polityki zagranicznej i przypominanie obywatelem, że nasze geopolityczne położenie się nie zmieniło, to będziemy likwidowali kolejne ośrodki analityczne i think tanki na rzecz kolejnych „ileśtam plus” a polityką zagraniczną będą zajmowali się specjaliści których nie zechce rynek biznesowy czy zagraniczny.

Obszar tzw. Krajów Bałtyckich powinien interesować nas szczególnie. Tymczasem jedyne co nas obchodzi to niebywale głośna Polonia na Litwie. A Bałtowie są, jeszcze bardziej niż Ukraina, jednym z kluczowych czynników gwarantujących niepodległość Polski. Przede wszystkim jest to obszar bez opanowania którego ekspansja rosyjska w basenie Morza Bałtyckiego jest mocno ograniczona. Używając mało eleganckiego skrótu myślowego – dopóki Rosja nie połknie Bałtów, to nie może napaść na Polskę.

Kraje Bałtyckie są także naszymi sojusznikami w pozyskiwaniu zainteresowania mocarstw dla problematyki bezpieczeństwa naszego regionu. I w alarmowaniu, gdy poziom tego bezpieczeństwa zaczyna się pogarszać. Mało kto pamięta, że te niewielkie kraje są także ważnym partnerem ekonomicznym Polski. Obroty handlowe z nimi to około 5 mld euro, a warto pamiętać, że mamy tam ulokowane sporo inwestycji od sławnych Możejek poczynając, które są dodatkowym czynnikiem wiążącym nas ekonomicznie z tym obszarem.

Z obszarem bałtyckim wiąże nas historia. Od estońskiej Parnawy po Wilno odnajdziemy ślady wspólnej historii. Z wyjątkiem Litwy, która na wszelkie sposoby separowała się od Polski, bo jej elity były całkowicie spolonizowane i konflikt z Polską w epoce międzywojennej był warunkiem koniecznym odbudowy litewskiej tożsamości narodowej, Polska Niepodległa nie miała sporów z Państwami Bałtyckimi. Stały się one podobnie jak Polska ofiarami Paktu Ribbentrop – Mołotow. Podzielają naszą wrażliwość na zagrożenie rosyjskie i dość podobnie widzą rolę NATO i Unii Europejskiej w regionie.

Nie bez znaczenia jest także fakt, że dla Państw Bałtyckich droga do Europy wiedzie przez Polskę. Dość często powtarzana opowieść o tym, że (szczególnie Litwini) będą omijać Polskę przez Skandynawię są oczywiście wyłącznie polityczną deklaracją. A z drugiej strony, kolejne rządy Rzeczypospolitej nie robią niemal nic by przekonać Bałtów do tego, żeby przeszli z rosyjskiego rozstawu torów kolejowych na europejski. W tempie już nie żółwim a ślimaczym osuwa się także harmonizacja systemów elektroenergetycznych. Państwa Bałtyckie wciąż stosują w tej dziedzinie rosyjskie normy i standardy i pozostają wyspą oddzieloną od reszty Unii. Między innymi dlatego, że nasi spece od elektryczności obawiali się, iż będą nam przez „most elektroenergetyczny” sprzedawać tańszy prąd, konkurując z naszymi wspaniałymi elektrowniami węglowymi.

Słabości współpracy z Państwami Bałtyckimi były zawinione przez większość kolejnych rządów zarówno polskich jak litewskich (a Wilno uważa się w tamtym regionie za mocarstwo i lidera) wbrew intencjom polityków z Estonii i Łotwy, a ku nieskrywanej radości Moskwy. Zapomnieliśmy o tym, że Polska najlepiej w swojej historii wychodziła właśnie na zwróceniu się w kierunku Bałtyku. A w debacie publicznej Inflanty są mylone z Niderlandami i uważane za coś nadzwyczaj odległego i związanego wyłącznie z przeszłością. Reprezentując Polskę w Rydze przez prawie pięć lat obserwowałem, jak nie wykorzystujemy kolejnych szans gospodarczych i politycznych związanych z regionem.

Wracając do wyborów. Zarówno te estońskie, jak pół roku wcześniejsze łotewskie, sprowadzają się do rytualnych zdziwień – partie prorosyjskie osiągają sukcesy. To mniej więcej tak precyzyjna analiza jakby podziały polityczne w Polsce opisywać wciąż w kategoriach walki Solidarności z postkomunistami. No dobrze, podział etniczny rzeczywiście wciąż odgrywa rolę na Łotwie. Mimo regularnego zajmowania pierwszego miejsca w wyborach rosyjska „Zgoda” ma zerową zdolność koalicyjną i nigdy nie uczestniczyła w rządzeniu. Ale już w Estonii Partia Centrum na którą oddają głos estońscy Rosjanie jest partią centrową, proeuropejską i wielokrotnie (nawet teraz) sprawowała rządy. Obecny premier Juri Ratas, nie tracąc głosów rosyjskiej mniejszość, zdołał te partię zdecydowanie przeprofilować na ugrupowanie prozachodnie. Mimo rządzenia, partia w zasadzie utrzymała poparcie i bardzo prawdopodobne, że zostanie zaproszona do koalicji przez zwycięską Partię Reform. Zwłaszcza, że obie najsilniejsze partie Estonii, które w sumie otrzymały sporo ponad 50% głosów, należą do międzynarodówki liberalnej (ALDO).

Warto zwrócić uwagę na dwa zjawiska nowe w estońskich wyborach. Pierwsze, groźne, to ogromny sukces Konserwatywnej Partii Ludowej, Ugrupowanie ostro antyrosyjskie i antyunijne jednocześnie podwoiło swój stan posiadania w parlamencie wyrastając na trzecią siłę polityczną Estonii. Sukces eurosceptyków w państwie położonym o rzut kamieniem od Petersburga i wciąż patrzącego na dwa zamki w Narwie i Iwanogrodzie pilnujące rzeki Narwy, które kiedyś wyznaczały granicę Imperium Iwana Groźnego to swego rodzaju paradoks.

Podobnie paradoksem jest realizacja maksymy księcia Saliny, że trzeba zmienić wszystko by wszystko zostało po staremu. Na Łotwie dominująca do niedawna po łotewskiej stronie sceny politycznej partia „Jedność” rozpadła się i jej trzon utworzył „Nową Jedność”, która ledwie wczołgała się do tamtejszego Sejmu (6,7 %). A kiedy spojrzymy na skład rządu, to premier jest z Nowej Jedności, kluczowi ministrowie także, a pozostali są z partii, które powstały po rozpadzie starej Vienotiby (tak po łotewsku nazywa się Jedność). Wyjechałem z Rygi ponad 4 lata temu, zmieniły się od tego czasu trzy czy cztery rządy, a kiedy czytam skład władz parlamentu i rządu ze zdziwieniem stwierdzam, że są tam sami starzy znajomi. Na dodatek na tych samych stanowiskach. Tylko afiliacje partyjne się zmieniły. Z kolei w Tallinie najpoważniejszą kandydatką na stanowisko premiera jest Kaja Kallas – córka jednego z twórców estońskiej niepodległości komisarza unijnego Sima Kallasa.

Pierwsze zjawisko, wzrost sił radykalnych (na Łotwie po pół roku w sondażach rośnie wyłącznie, założona przez byłych pracowników tamtejszego CBA, Nowa Partia Konserwatywna) nie jest niczym nowym. Aczkolwiek w delikatnej sytuacji geopolitycznej regionu, może to być znacznie niebezpieczniejsze od podobnych tendencji we Włoszech czy Francji. Władze w Moskwie tylko czekają na pretekst, że „faszystowskie ruchy gnębiące pokojową mniejszość rosyjską nie pozostawiają nam wyboru”. Zjawisko drugie również jest w jakimś stopniu niepokojące. Stabilizacja elit politycznych jest zjawiskiem pożądanym o ile nie niesie zagrożenia ich skostnieniem. W tym drugim wypadku scenariusz społecznego buntu jest także możliwy, ku wielkiemu zadowoleniu wielkiego sąsiada.

Jeżeli uznajemy, chyba słusznie, że najpoważniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski jest neoimperialna polityka władz rosyjskich to powinniśmy jak najbardziej dbać o wzmocnienie relacji z Państwami Bałtyckimi i ze Skandynawią. Prócz bezpieczeństwa jest jeszcze jeden powód: aby przezwyciężyć wciąż mocny stereotyp „leniwych Polaków” powinniśmy dbać o to, by zaliczano nas do krajów pracowitej północy. Związki z Bałtami nam w tym bez wątpienia pomogą. Może zamiast politycznych miraży Trójmorza lepiej zainwestować w Inflanty, które w XVI wieku były najbardziej rozwiniętą częścią Rzeczypospolitej.