A mury rosną…
Jerzy Marek Nowakowski 16.09.2019

W cieniu płonącej rafinerii w Arabii Saudyjskiej i kolejnych demonstracji w Hongkongu znikają kłopoty innych regionów. Światowe agencje zacytowały jedno zdanie wypowiedziane przez byłego Sekretarza Generalnego NATO. A potem zapadła cisza.

 

Streszczenie wypowiedzi Andersa Rasmussena było zresztą niezbyt dokładnie. Miał on powiedzieć, że Gruzja powinna wzmocnić starania o wejście do NATO ale bez okupowanych czy – formalnie – separatystycznych prowincji: Abchazji i Południowej Osetii. Oryginalna wypowiedź była nieco dłuższa i nieco bardziej antyrosyjska w formie. Fogh Rasmussen powiedział bowiem, że Gruzja powinna zrezygnować z obejmowania tych prowincji działaniem artykułu 5 Traktatu Waszyngtońskiego, po czym dodał, że jeśli Gruzja (i Ukraina – tu idzie i Krym i Donbas) nie zgodzą się na takie rozwiązanie to w istocie zachęcą Rosję do tego, by poprzez prowokowanie konfliktów łatwo blokować wejście dowolnego kraju do NATO. No bo skoro nie ma bezpiecznych i zdefiniowanych granic, to zgodnie z zapisami Traktatu państwo nie może być przyjęte do Sojuszu.

Skądinąd Moskwa testowała już wcześniej takie rozwiązanie w wersji łagodnej nie podpisując bardzo długo umowy z Łotwą o delimitacji granicy (spór dotyczył miasteczka po rosyjsku nazywanego Pytałowo a do 1940 leżącego na Łotwie i noszącego nazwę Abrene). Tu jednak udało się sprawę załatwić. Napaść na Gruzję w 2008 r. była testem wersji ostrzejszej. Dwa regiony, które ogłosiły „niepodległość” pod osłoną bagnetów Armii Rosyjskiej okazały się skutecznym hamulcem dla gruzińskich aspiracji do NATO. Od chwili wojny problem przyjęcia Gruzji do Sojuszu został odłożony, nawet formalnie, ad acta. Skądinąd ku uldze wielu krajów europejskich starających się „nie drażnić” Rosji.

Rasmussen dokonał jeszcze jednego porównania. Otóż powiedział, że przecież RFN wstąpiła do NATO bez Niemiec Wschodnich, a po zjednoczeniu do Paktu dołączyła również dawna NRD. Nie dodał, że istnienie dwóch państw niemieckich było rzeczywistością międzynarodową usankcjonowaną i uznaną przez świat za trwałą.

Kiedy pisałem jakiś czas temu o groźbie nowej Jałty, rozumianej jako powrót koncertu mocarstw dogadujących się ponad głowami mniejszych państw na temat ich losów, spotkałem się z mnóstwem głosów krytycznych. Zarzucano mi przesadę, czarnowidztwo i wszystko co tylko można z głupotą na czele. Dla dominującej grupy czytelników, którzy zwykli ograniczać się do lektury tytułu i pierwszego akapitu tekstu, wynikało to ze zbyt literalnego rozumienia pojęcia Jałty. Nie chodziło mi tymczasem o oczywistą zdradę, tylko o powrót do modelu koncertu mocarstw.

Wypowiedź byłego Sekretarza Generalnego NATO niestety mieści się w podobnym modelu myślenia. Najkrócej mówiąc poinformował on Gruzinów (i nie wprost także Ukraińców), że „żadnych złudzeń Panowie”. Nie będziemy bez końca psuli sobie relacji z Rosją upominając się o jakieś peryferyjne prowincje waszych krajów. Musicie pogodzić się z tym, że bez zasadniczej zmiany koniunktury międzynarodowej, tych ziem nie odzyskacie (stąd wzmianka o NRD). W zamian oferujemy wam rozmowy o zbliżeniu do Zachodu. Bo przecież nie pewność członkostwa, które dla Moskwy jest wciąż nie do przyjęcia. Tymczasem przed Gruzją zostaje w istocie postawiona diabelska alternatywa: albo zgodzi się na pomysł rezygnacji z podkreślania integralności terytorialnej swojego państwa, co w konsekwencji doprowadzi do trwałej zmiany granic, albo przyjmie do wiadomości, że Rosja ma w istocie prawo veta w kwestii ich członkostwa w NATO.

Co ważniejsze ten sam model myślenia dotyczy Ukrainy i – nie zapominajmy – Mołdawii, która nie kontroluje samozwańczego Naddniestrza.

Obawiam się, że kolejne sygnały wskazują na to, iż pragnienie ułożenia sobie relacji z Rosją jest na Zachodzie coraz silniejsze. A Władimir Putin licytuje ostro. Jego oferty pod adresem Turcji zmierzają przecież wprost do rozmontowania NATO. Ankara jest dla architektury bezpieczeństwa Europy i Bliskiego (Środkowego) Wschodu miejscem kluczowym. Nie oszukujmy się, wiele więcej wartym niż Polska razem z całym regionem. Przegryzanie rosyjskich lodów na wystawie lotniczej w Moskwie i zachwyty nad SU-57, które Rosjanie zaoferowali Turcji zamiast F-35 nie mają jeszcze znaczenia decydującego, ale osłabiają poczucie, że Art. 5 jest żelazny i niepodważalny. No bo kto w Waszyngtonie zdecyduje się ryzykować życie Amerykanów w obronie jakiegoś orientalnego satrapy – bo taki jest wizerunek prezydenta Erdogana – skoro ten ostentacyjnie przyjaźni się z Moskwą.

Cała grupa najnowszych produktów rosyjskiego przemysłu lotniczego przylatuje właśnie na festiwal „Technofest”. SU-57 już wylądował na nowym gigantycznym lotnisku w Stambule, a za chwilę pojawią się tam SU-35 i bardzo pożądane przez Turków łodzie latające Be-200. Rosjanie oferują korzystne ceny i nie pytają się o losy tysięcy aresztowanych przeciwników reżimu. Na dodatek proponują rozmowy w trójkącie z Iranem o przyszłości Syrii i całego Bliskiego Wschodu.

Jest oczywiste, że syrenie śpiewy Moskwy mają osłabić związek Turcji z NATO. A także zmienić podejście Turcji do zaboru Krymu. Ankara w tej ostatniej kwestii zajmuje dosyć pryncypialne stanowisko. Bowiem, powróciwszy do starego modelu polityki osmańskiej, Turcy wrócili także do marzeń o panowaniu na Morzu Czarnym. Trzymają w ręku klucze do tego akwenu w postaci Bosforu i Dardaneli. Ale po opanowaniu Krymu Rosja jest w istocie państwem dominującym nad całym Morzem Czarnym. Warto zaś pamiętać, że w regionie są zaangażowane także inne mocarstwa: Chiny, które chcą by gruzińskie porty w Anaklii i Poti były jednym z elementów Nowego Jedwabnego Szlaku. No i oczywiście USA, z jednej strony dążące do tego by Morze Śródziemne pozostawało pod ich wyłączną kontrolą a z drugiej starające się powstrzymać Chińczyków przed ekspansją w regionie.

Wypada na chwilę wrócić znowu na Południowy Kaukaz. Gruzja od ponad 15 lat dobijająca się do NATO może liczyć na zdecydowanie większe zainteresowanie ze strony Waszyngtonu wobec kłopotów jakie ma NATO z Erdoganem. Logicznie rzecz biorąc Turcja nie ma innego wyjścia jak współpraca z Zachodem. Realnymi rywalami w regionie są dla niej Iran i Rosja. Co ważniejsze, nikt poza szeroko rozumianym Zachodem nie jest w stanie łatać gigantycznej dziury jaka od lat jest w tureckim budżecie. Tyle, że jednoosobowa (jak chcą niektórzy dyktatorska) władza nie zawsze poddaje się politycznej logice. A Gruzini (też rządzeni jednoosobowo i to na dodatek z tylnego siedzenia, przez Bidzinę Iwaniszwilego) bez Turcji będą całkowicie odseparowani od terytorium NATO.

Morze Czarne i jego okolice zaczynają pomału przypominać beczkę prochu podobną do Bliskiego Wschodu. Stany Zjednoczone, które na różne sposoby próbowały „skrócić front” na Bliskim i Środkowym Wschodzie przekazując znaczącą część odpowiedzialności swoim sojusznikom, aby mieć możliwie duże pole manewru w sporze z Chinami, muszą coraz mocniej się angażować. Pokusa zwarcia jakiegoś dealu z Rosją może być w tej sytuacji coraz większa. Odejście Johna Boltona, który był twarzą polityki konsekwentnego powstrzymywania wpływów rosyjskich może wskazywać na taką zmianę kierunku. Sygnał wysłany przez Rasmussena w kierunku Tbilisi zdaje się wskazywać, że gra w strefy wpływów nie jest wymysłem teoretyków.