A nie mówiłem? Tym razem o pochodzeniu pieniędzy na emerytury
Robert Gwiazdowski 12.07.2014

Najcenniejszy dla adwokata potrafi być świadek powołany przez przeciwnika procesowego. Doczekałem się właśnie przyznania przez obrońców OFE, że „aby zmiany dokonane w systemie OFE były neutralne dla funkcjonowania funduszy, w OFE powinno pozostać ok. 10-15 proc. ubezpieczonych, czyli co najmniej ok. 1,5 mln osób”. Ale to oczywiście tylko wprowadzenie do zdania najważniejszego: „wtedy pieniądze, które napływałyby do OFE ze składek, równoważyłyby kwoty, które fundusze będą musiały wypłacać”.

Więc pytanie – czy OFE będą sprzedawały posiadane aktywa by wypłacać emerytury, a za nową składkę będą kupowały nowe aktywa, czy pieniądze wpływające na bieżąco ze składek będą przeznaczone na wypłatę emerytur – czyli dokładnie jak w ZUS! Oczywiście pieniądze są oznaczone co do gatunku a nie tożsamości, więc nie ma znaczenia, które zostaną wypłacone emerytom, a które zainwestowane. Byłoby nawet nonsensem sprzedawać akcje w celu wypłaty emerytur i za tyle samo kupować nowe akcje ze składek, które w tym samym miesiącu wpłyną do OFE. Ale chodzi o mechanizm, który będzie na końcu taki sam jak w ZUS. Bo nie może być inny.  

Gdyby OFE wypłacało emerytury swoim klientom tylko z tego, co oni zgromadzili – a taki był przecież przekaz „twoje pieniądze na twoją emeryturę” – te emerytury z OFE byłyby jeszcze niższe niż będą. Bo co działoby się, gdybyśmy „zamknęli” system? Wtedy pieniądze, które nie napływałyby do OFE ze składek, nie równoważyłyby kwoty, które fundusze będą musiały wypłacać”. No i … kamieni kupa. Jakby OFE tylko sprzedawały akcje, które kupiły za składki tych, którzy już przeszli na emerytury i nie kupowały akcji za składki otrzymywane na bieżąco od przyszłych emerytów, to cena akcji by spadała i emerytury byłyby niższe. Jest więc tak, jak powtarzamy od lat: emerytury z OFE będą zależały od tego co zrobią kolejne pokolenia. Pod warunkiem oczywiście, że ubezpieczeni w OFE zrobią jednak więcej dzieci.

Powtórzę po raz kolejny – co może jest już nudne – system emerytalny, jak każdy system ubezpieczeniowy oparty na tradycji „górskiej” (w odróżnieniu od ubezpieczeń „morskich”) – jest systemem solidarnościowym. System ten narodził się w XVI wieku w dolinach alpejskich, gdy tamtejsi górale przystąpili do tworzenia pierwszych towarzystw pomocy wzajemnej. Jego cechą charakterystyczną był właśnie solidarystyczny charakter i samopomoc wzajemna, prowadzące do odrzucenia klasycznego związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy kosztem ubezpieczenia, prawdopodobieństwem wystąpienia szkody i wysokością świadczenia. W systemie tym ryzyko jednostki jest minimalizowane, gdyż ma on w praktyce charakter redystrybucyjny.

System morski narodził się w portach włoskich przybierając początkowo postać pożyczek udzielanych pod zastaw towarów na statkach weneckich i genueńskich, a następnie utrwalił się w praktyce londyńskiej, głównie za sprawą pierwszych transakcji ubezpieczania ładunków herbaty zawieranych w kawiarni Lloyda. W systemie tym liczy się przede wszystkim interes stron zawieranej transakcji, a nie dobro osób trzecich oraz maksymalnie dokładne oszacowanie prawdopodobieństwa ryzyka, którego nie ponosi się  na zasadzie pomocy wzajemnej, jak ma to miejsce w systemie alpejskim, lecz na zasadzie realnego prawdopodobieństwa. Ubezpieczenia morskie są pod pewnym względem podobne do hazardowego zakładu, z tym tylko, że „obstawiający” wygrywa w przypadku wystąpienia niepomyślnego zdarzenia: jeśli mój statek dopłynie do portu przeznaczenia ja tracę postawioną stawkę, a jeśli zatonie – ty płacisz jej wielokrotność, czyli sumę ubezpieczenia. To górski model ubezpieczeniowy stał się podstawą ubezpieczeń społecznych – zwłaszcza emerytalnych. I nie może być inaczej bez względu na to, jak bardzo niektórzy wierzą w „rynki kapitałowe”.

Robert Gwiazdowski

Fot. na lic. CC2.0/aut. aag_photos/flickr.com/