A tymczasem w Brukseli…
Tomasz Wróblewski 29.05.2019

Wiwisekcja wyborczych wyników pewnie jeszcze chwilę potrwa. Wielkomiejska pogarda Europejskich partii ściera się na Facebooku z proletariacką dumą socjalnej prawicy o prawo do odtrąbienia moralnego zwycięstwa. I żadna z formacji ani ich harcownicy, nie zawraca sobie głowy z jaką Europa przyjdzie im pracować. Jeszcze w poniedziałek euroentuzjaści odetchnęli w Brukseli na wieść, że twardy anty-unijny elektorat nie zwiększył swojego posiadania w Parlamencie Europejskim, ale już we wtorek było jasne, że dla euro-entuzjastów to też nie był dobry wynik. PE, a z nim całą Komisję, czeka mocna przebudowa. Podpory dotychczasowego układu politycznego w Komisji Europejskiej, czyli centro-prawicowe partie w Niemczech czy Francji, osłabiły swój stan posiadania, nie tylko stawiając pod znakiem zapytania dalsze losy ich wewnętrznej polityki, ale przede wszystkim pozycje EPP, partii, która od 1989 roku w pełnej symbiozie z Angelą Merkel a wcześniej z Kohlem, kontrolowała europejską politykę. Już dziś możemy założyć, że Max Weber nie obejmie przygotowanego dla niego stanowiska szefa Komisji Europejskiej, a nowy kompromis będzie wymagał silniejszej pozycji socjalistów.

 

Niewątpliwie największym wygranym tych wyborów w UE są Zieloni, choć i oni będą kontrolowali niespełna 11% całego Parlamentu. To, że od dłuższego czasu pozostawali skonfliktowani z największymi ugrupowaniami w Niemczech, we Francji, Austrii czy Włoszech, nie oznacza, że zdołają teraz zawierać sojusze i kompromisy z mocno osłabionymi największymi graczami w Strasburgu. Jest to o tyle istotne, że wraz z osłabieniem partii ludowej należy założyć jeszcze więcej rozwiązań szkodliwych gospodarczo. Zarówno jeżeli chodzi o politykę klimatyczną, jak i protekcjonizm przed amerykańskimi gigantami technologicznymi. I pod tym względem, wyniki wyborów zdają się być szczególnie zaskakujące, zamiast zapowiadanego gwałtownego skrętu w prawo możemy mieć ostry skręt na lewo. Co dla Polski, już dziś zmagającej się z wyżyłowanymi wymogami klimatycznym i destrukcyjną polityką energetyczną, może być dodatkowym problemem. Nie mówiąc już o projektach poszerzania praw pracowniczych, walkę z GMO i tradycyjną komunikacją.

Czy poza kolekcjonowaniem bonmotów i durnawych memów obrażających jednych i drugich, ktoś w Warszawie pracuje nad programem ochrony naszej gospodarki? Czy jak przez ostatnie cztery lata, będziemy czekali aż Bruksela przyśle nam wyrok energetycznej śmierci?