Agenci, sędziowie i lustratorzy. Reminescencje po latach.
Robert Gwiazdowski 04.03.2017

W okresie gorszącego spektaklu przed Trybunałem Konstytucyjnym w 2007 roku przy okazji rozpoznawania przez Trybunał ustawy lustracyjnej umieściłem na prowadzonym wówczas blogu (na 2be.pl, który zniknął) kilka komentarzy. Bo choć sprawa była polityczna, a nie prawna, ani gospodarcza, dotyczyła mnie bezpośrednio. Pozwolę sobie zrobić z nich kompilację dla potrzeb dzisiejszych sporów o sądownictwo i lustrację.

Najpierw zwróciłem się do protestujących przeciwko oświadczeniom lustracyjnym kolegów naukowców: „za tak zwanej komuny, żeby zostać na uczelni asystentem trzeba było podpisać ślubowanie, w którym mowa była o obowiązku przestrzegania prawa, a w szczególności konstytucji. Przypomnę, że konstytucja była stalinowska, a od 1976 roku znajdowały się w niej zapisy o przewodniej roli PZPR i przyjaźni z ZSRR. Więc tak sobie myślę, że dla tych, którzy podpisali to ślubowanie, podpisanie dziś oświadczenia, że nie współpracowali z bezpieką, powinien być mały pikuś. A jednak nie jest… Ciekawe dlaczego??? Odwaga potaniała. To pewne. A co podrożało? Kilka  oświadczeń lustracyjnych chętnie bym przeczytał. I to nie z powodu tego, co się działo w stanie wojennym. Tylko z powodu tego, co się dzieje do dziś.” A działo się wówczas, oj działo. Pewni naukowcy, których podejrzewałem na studiach o współpracę, pisali opinie prawne ewidentnie pod dyktando służb.

A ja „byłem za lustracją i się zlustrowałem. Ale chyba nielegalnie. Podpisałem oświadczenie lustracyjne nie czekając na wyrok Trybunału o tym że NIE pracowałem, NIE pełniłem służby ani NIE byłem świadomym i tajnym współpracownikiem organów bezpieczeństwa państwa w rozumieniu art. 2 i 3 a ustawy z dnia 18 października 2006 roku o ujawnieniu informacji o dokumentach organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990 oraz treści tych dokumentów (Dz.U. Nr 218, poz. 1592, z późn. zm.)

Złożenie tego oświadczenia nie godziło w moją dumę, poczucie godności ani w wolność osobistą. Jednakowoż, w zdaniu „świadom odpowiedzialności karnej (…) po zapoznaniu się z treścią ustawy (…)” musiałem wykreślić słowa „zapoznaniu się” i nadpisałem „przeczytaniu”. Nie udało mi się bowiem „zapoznać z treścią ustawy” w takim znaczeniu, jakie polska tradycja prawna przypisuje określeniu „zapoznać się”. Świadom odpowiedzialności karnej za złożenie niezgodnego z prawdą oświadczenia, nie mogłem oświadczyć, że z ustawą „zapoznałem się” w sensie takim, że ją zrozumiałem, bo jej nie zrozumiałem”.

„A lustrowałem się z kilku tytułów. Jako doradca podatkowy, członek rad nadzorczych spółek giełdowych i nawet felietonista, bo niektóre redakcje nie wzywały swoich felietonistów do złożenia oświadczeń lustracyjnych, a niektóre owszem. Albo tych, którzy wzywali, albo tych, którzy nie wzywali powinno się ukarać – zgodnie z przepisami ustawy lustracyjnej – zakazem wykonywania zawodu, bo oświadczyli, że się „zapoznali” – znaczy, że „zrozumieli” – a przynajmniej część z nich jednak nie zrozumiała”.

„W jednym z programów radiowych Pan Premier Kaczyński wypowiadał się na temat zgodności ustawy lustracyjnej z Konstytucją  „jako prawnik”. W końcu ma nawet doktorat. No ale robił ten doktorat w PRL-u. A wtedy, jak sam wielokrotnie twierdził, wszystko było złe. „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Czym innym jest bowiem zgodność z konstytucją lustracji a czym innym ustawy lustracyjnej. Ustawę lustracyjną też trzeba umieć napisać”.

„Rzecznik Praw Obywatelskich dr Janusz Kochanowski skrytykował Trybunał za wyrok w sprawie ustawy lustracyjnej, uznając go za niespójny i nielogiczny. Zgoda. Jaki Parlament… taki Trybunał. W końcu to „wielce czcigodni” – jak mawiał kiedyś JKM – panie i panowie posłowie wybierają członków Trybunału. A z drugiej strony czy można spójnie i logicznie zakwestionować ustawę, która jest niespójna i nielogiczna?”

„Prezydent Lech Kaczyński oświadczył, że ustawa lustracyjna „w żadnym punkcie nie była bezpośrednio sprzeczna z Konstytucją…” A pośrednio…?” Pośrednio była w kilku punktach. „Była gniotem prawnym głównie za sprawą poprawek naniesionych do niej przez Prezydenta Kaczyńskiego. To właśnie większość z nich zakwestionował Trybunał. Niektórzy ukuli w związku z tym twierdzenie, że Pan Prezydent działał celowo, bo wcale „nie chodzi o to, żeby złapać króliczka, tylko by gonić go…”

„Minister Ziobro z kolei stwierdził, że „jeśli jakąś ustawę uchwalają przedstawiciele narodu, a potem pięciu ludzi będących fragmentem Trybunału orzeka o jej zgodności z Konstytucją, to jest to zadziwiające”. Naszły mnie w związku z tym dwie refleksje:

(i) niektórzy z tych „przedstawicieli narodu” otrzymali po kilkaset głosów w bardzo demokratycznych wyborach proporcjonalnych z systemem głosowania na listy partyjne układane przez partyjnych przywódców …

(ii) tych „pięciu ludzi” do zasiadania w Trybunale nie nasłali nam Marsjanie – wybrali ich właśnie „przedstawiciele narodu”…

Dla równowagi profesor Safjan uznał, że pomysły PiS „zmierzają do obniżenia rangi Trybunału, sparaliżowania jego prac i uzależnienia Prezesa Trybunału od władzy wykonawczej”. Dziwiłem się “jakież to zmiany mają mieć takie okropne skutki? PiS proponowało bowiem, żeby Trybunał częściej orzekał w „pełnym składzie”. Wbrew mylącej nazwie „pełnym składem” nie są byli wówczas wszyscy sędziowie, tylko dziewięciu (na piętnastu). PiS chciało, żeby to było jedenastu sędziów (a nie dziewięciu). W tak rozumianym „pełnym składzie” Trybunał miał wyznaczać terminy rozprawy i przydzielać sprawy poszczególnym sędziom (a nie robił tego Prezes w kolejności alfabetycznej). Sprawy miały  być rozpatrywane według kolejności wpływu, a nie „po uważaniu”. Oczywiście dla Iksińskiego jego konkretna sprawa czekająca na werdykt Trybunału ma o wiele większe znaczenie niż cały zamęt o lustrację. Nie ma się więc co mu dziwić, że on się dziwi, że jego sprawa czeka, a inne są rozpoznawane. Ale jak Iksiński nazywa się Ziobro, to można się spodziewać, że po prostu nie chce, aby Trybunał rozpoznawał sprawy ustaw uchwalanych przez PIS przystawkami, tylko zajmował się ustawami uchwalonymi w poprzedniej kadencji i różnymi sprawami indywidualnymi.”

A może, pytałem nieśmiało, „Trybunał powinien po prostu szybciej rozpoznawać sprawy…? Przecież zasiadają w nim najlepsi prawnicy w Polsce (przynajmniej teoretycznie powinni) Więc na większość spraw, nie tylko na lustrację, powinni mieć wyrobione zdanie i odpowiednią wiedzę prawniczą, żeby kreować wyroki…”

Ale największy spór dotyczył tego, że Prezes Trybunału miał być wybierany przez Prezydenta spośród trzech kandydatów, a nie dwóch, na kadencję trzyletnią z możliwością ponownego wyboru. Podobno, pisała wówczas Ewa Siedlecka w GW,  „stwarza to sytuację psychicznego uzależnienia Prezesa Trybunału, którego Prezydent będzie mógł powołać lub nie na kolejną kadencję”…

Jako całkiem niepoprawny politycznie, pozwoliłem sobie na kolejne dwie refleksje:

(i) „Jak są sędziowie Trybunału, którzy mogą ulec takiemu „psychicznemu uzależnieniu”, tylko po to, żeby być powołani na kolejna kadencję na stanowisko Prezesa, to w ogóle nie powinni być sędziami Trybunału – ergo PiS ma rację, że to mocno podejrzane towarzystwo;

(ii) Prezesa Trybunału powoływać miał Prezydent SPOŚRÓD trzech kandydatów przedstawionych przez Trybunał. Również w przypadku powoływania na kolejną kadencję. Więc jak się Prezes Trybunału za bardzo „psychicznie uzależni” od „władzy wykonawczej”, to pozostali członkowie Trybunału po prostu nie przedstawią powtórnie jego kandydatury… No chyba, że to „uzależnienie” nie będzie im przeszkadzało, albo go nawet go nie zauważą – ergo PiS tym bardziej ma rację, że to mocno podejrzane towarzystwo”.

Ale PiS oczywiście absolutnej racji nie miał. Podobnie jak nie mieli jej komuniści lansujący doktrynę „jednolitości władzy państwowej”, która skupiona miała być w organie władzy ustawodawczej będącej emanacją woli ”ludu pracującego miast i wsi”. Każda demokracja potrzebuje prawdziwego trójpodziału władzy. No chyba, że demokracja ma być „ludowa”…

Znamienne jednak, że „najwięcej przepisów ustawy lustracyjnej Trybunał uznał za sprzeczne z art. 2 Konstytucji. Artykuł ten od samego początku był elementem politycznego kompromisu legislacyjnego pomiędzy liderami ówczesnej Unii Wolności i SLD, a nie wyrazem jakiejś głębszej myśli prawnej. Stanowi on, iż: „Rzeczpospolita Polska jest demokratycznym państwem prawnym, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej.” W jednym zdaniu mamy odwołanie do:

1) idei „państwa prawnego”

2) zasad „demokracji”

3) zasady „sprawiedliwości społecznej” i to w koniunkcji z „demokratycznym państwem prawnym”

Co prawda w nauce toczy się debata na temat istoty „państwa prawnego” i różnic między tym pojęciem, a anglosaską zasadą „rządów prawa” („rule of law”), panuje jednak pewne communis opinio na temat istoty państwa prawnego. Twórcom Konstytucji nie wystarczyło jednak odwołanie się do zasad dość dobrze znanych i w literaturze szeroko opisanych. Musieli, dla celów politycznych, wzbogacić je o „demokrację” i „sprawiedliwość społeczną”, która nigdzie nie jest zdefiniowana! Wyszedł prawny gniot. Podobny do ustawy lustracyjnej, która łamie kilka istotnych reguł konstytucyjnych. Ale do nich Trybunał akurat się nie odniósł. Wolał przywołać przepis „kuriozum”. A jak Trybunał powołał się na art. 2 Konstytucji jako uzasadnienie swojego sprzeciwu de facto przeciwko ujawnieniu agentów komunistycznej bezpieki, to trudno dociec, czy chodziło o samą zasadę „państwa prawnego”, czy o „demokrację”, czy może o „sprawiedliwość społeczną”?

 O demokrację nie mogło chodzić, bo większość wyłoniona w demokratycznych wyborach ustawę lustracyjną uchwaliła. Więc mogło chodzić raczej o poszanowanie praw mniejszości, które są istotnym elementem demokracji. Tylko, czy każda mniejszość ma być prawnie chroniona pod każdym względem? Moim skromny zdaniem donosiciele są gorsi niż ci, którzy nie płacą podatków, a ich prawo bynajmniej nie chroni!

Z kolei zasada „państwa prawnego” wymaga transparentności i przejrzystości działania organów państwa. Dlatego ujawnienie, kto był agentem komunistycznej bezpieki nie może godzić w zasady „państwa prawnego”. Nawet „demokratycznego”.

Może zatem to „sprawiedliwość społeczna”, którą „wrzucono” do art. 2 Konstytucji, wymagała utajnienia nazwisk konfidentów? To akurat bardzo możliwe, skoro ta sama zasada wymaga podobno istnienia progresji podatkowej. W starym antykomunistycznym dowcipie sprawiedliwość, od sprawiedliwości społecznej  różniła się tym, czym krzesło, od krzesła elektrycznego. Jeśli nie wiemy, kto donosił, to siedzimy na krześle elektrycznym, bo nie jesteśmy w stanie zrozumieć istoty wielu wydarzeń”.

Dlaczego PiS wybrał siłowe rozwiązanie sprawy TK, choć mógł ten sam efekt osiągnąć bardziej finezyjnie (aczkolwiek zabrałoby mu to więcej czasu)? Może dlatego, że głównym strategiem wjechania czołgiem do TK, był niedawny TW, który dziś współrządzi w TK razem z żoną innego TW? I nie jest to wina jedynie PiS. Przesądziła o tym większość krótkowzrocznych i niedouczonych polityków i sędziów TK.