Akcyza, czyli władzuchna o nas dba
Łukasz Warzecha 18.11.2019

Nie ma lepszego pretekstu, gdy trzeba dokonać kolejnego podatkowego rozboju na obywatelach, niż ich dobrostan, zdrowie oraz bezpieczeństwo. Jak jednak pisałem już na blogu WEI – takie uzasadnienie musi oznaczać, że państwo uznaje się za właściciela obywateli, o których dba tak jak hodowca dba o trzodę, będącą jego własnością. Innymi słowy – jeśli politycy chcą nas wychowywać domiarami finansowymi, obojętnie w jakiej dziedzinie, to znaczy, że traktują nas jak bydło, a nie jak wolnych ludzi. Zakładając oczywiście, że mielibyśmy takie wychowawcze uzasadnienie brać poważnie, co wcale nie jest oczywiste.

 

Gdy tylko pojawiła się informacja o drastycznej podwyżce akcyzy na alkohol i papierosy, dalszy przebieg wypadków był łatwy do przewidzenia: najpierw w internecie liczne „pelikany” (względnie może trolle, nigdy nie wiadomo), a potem już czynniki oficjalne w postaci rzecznika rządu, a nawet samego Gierka 2.0, miłościwie nam rządzącego premiera, zabrały się za przekonywanie, że wspaniały polski naród jest rozpijany na potęgę i stoi wprost na krawędzi alkoholowej degeneracji, której zapobiec może tylko patriotyczny rząd, podnosząc ceny wódki, wina i piwa poprzez podwyżkę akcyzy. Zabrakło mi tylko fragmentu o rozpijaniu chłopów pańszczyźnianych przez złego dziedzica.

Ale i tak było pięknie i wzniośle. Pozwolą państwo, że zacytuję pana premiera, bo to trzeba przeczytać:

Alkohol jest dla wielu ludzi ucieczką od problemów dnia codziennego. Chcemy budować społeczeństwo, w którym tych problemów będzie jak najmniej, a ludzie nie będą pozostawieni sami sobie. Chcemy budować państwo dobrobytu, a dobrobyt to coś więcej niż tylko wysokie dochody. To również zdrowie, wolność od stresu, pewność jutra.

W niezmierzonej trosce o zdrowie Polaków premier potrafi nawet wyrokować o stopniu szkodliwości poszczególnych produktów i uznać, że akcyza na e-papierosy powinna pozostać na poziomie zerowym, a na podgrzewacze tytoniu musi wzrosnąć. Mimo, że w tym przypadku akcyza nawet jeszcze nie obowiązuje. Jak widać, pan premier ma tu wiedzę większą niż najlepsi eksperci.

Prymitywizm tej propagandy jest wprost porażający, ale jestem pewien, że będzie ona teraz grzana do znudzenia. W „Wiadomościach” codziennie w najbliższym czasie będziemy mieli opowieści o straszliwych skutkach pijaństwa, o trzech milionach „małpek”, a pewnie i o tym, jak palacze masowo umierają na raka. I jakaś część ludzi się na to złapie.

Następnym krokiem powinna być seria gospodarskich wizyt Gierka 2.0 na wzór słynnej inspekcji kotlecika przez panią premier Kopacz. Proszę sobie to wyobrazić: przyjeżdża pan premier do całkowicie przypadkowej rodziny byłego alkoholika, kamery pracują z dyskretnego dystansu, ale mimo to słychać cichą, wzruszającą rozmowę.

Gierek 2.0: No jak tam, pije pan jeszcze?

B. alkoholik: Ani kropelki, panie premierze!

Gierek 2.0: Jak to się stało?

B. alkoholik: Pewnego dnia poszedłem do sklepu po ulubioną „małpkę”, a tu patrzę, podrożało o 70 groszy. No jakby mnie piorun strzelił, wszystko zrozumiałem, spłynęła na mnie jasność, objawiła mi się nędza mojej dotychczasowej egzystencji i natychmiast wytrzeźwiałem. I już od tego czasu nic a nic, piwka nawet przy meczyku. Chyba że bezalkoholowe.

Gierek 2.0 (poruszony ociera ukradkiem łzę): Pan wie, że my się o pana troszczymy?

B. alkoholik: Wiem, panie premierze. Bóg wam zapłać!

Rodzina b. alkoholika (rzuca się Gierkowi 2.0 do nóg):

Władza zadba i pomoże,

I na co dzień, i od święta,

Dzięki ci, o dobry Boże,

Alkoholu moc przeklęta!

Spróbujmy jednak przez chwilę zachować powagę. Wiem, to trudne.

Na boku zostawiam kwestię wprowadzenia zmian bez żadnych konsultacji z branżami – to typowe dla PiS. Wartości wstawia się do Excela, coś tam wychodzi, to się wpisuje do budżetu – po co zawracać sobie głowę jakimiś rozmowami z producentami? Oni mają milczeć i cieszyć się, że nasz dobry rząd w ogóle pozwala im jeszcze działać i produkować rzeczy tak zgubne dla dobra Wielkiego Narodu Polskiego.

Może dlatego, że celem operacji nie jest oczywiście zniechęcenie ludzi do picia czy palenia, ale skok na kasę, z którą zaczyna być cienko. Przecież w budżecie zapisany jest wzrost wpływów z tego podatku o 1,7 mld złotych. Ten wzrost – nawet uwzględniając większą kwotę akcyzy – raczej nie weźmie się stąd (i nie z takim założeniem jest liczony), że ludzie zaczną masowo rzucać picie i palenie. Inna sprawa, że rząd może się srogo zawieść. W 2010 roku gabinet Tuska podwyższył akcyzę na wyroby tytoniowe, po czym zebrał z tego podatku prawie miliard złotych mniej. Przecież nie dlatego, że ludzie nagle zaczęli masowo rzucać palenie.

Podobnie teraz ludzie nie przestaną pić. Skutki będą wręcz przeciwne. Alkoholicy będą pić tyle samo, ile pili, z tą różnicą, że będą na to wydawali więcej pieniędzy, a więc będą szybciej rujnować siebie i swoje rodziny. W skrajnych przypadkach, zamiast legalnego alkoholu będą kupować byle co byle gdzie – będziemy więc mieć więcej zgonów z powodu wypicia substancji niewiadomego pochodzenia. To samo dotyczy papierosów i tytoniu – szara strefa się po prostu zwiększy, wzrośnie popyt na „prywatny” import zza wschodniej granicy. Morawiecki musi to rozumieć, przecież mimo wszystko nie rządzą nami idioci, więc swoje frazesy wygłasza z pełną świadomością ich hipokryzji.

Jeszcze śmieszniejsza jest propaganda, mówiąca o rzekomym dobijaniu Polaków przez pijaństwo. Wprawdzie na czele Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych nie stoi już osławiony dyrektor Krzysztof Brzózka, ale jego sposób siania paniki został idealnie skopiowany przez rządowe media i polityków PiS. To Brzózka przez lata grzmiał o tym, że Polacy są na krawędzi alkoholowej apokalipsy, uzasadniając w ten sposób budżet na poziomie 7-8 mln złotych dla swojej agencji.

Dane WHO nijak nie potwierdzają tezy o alkoholowym dramacie Polaków. Nie potwierdzają tego nawet dane samej PARPA, które pokazywały niezmiennie, że połowę całego wypijanego w Polsce alkoholu konsumuje raptem ok. 7 proc. Polaków. Jeśli to miałoby uzasadniać radykalną podwyżkę akcyzy, to na tej samej zasadzie można by radykalnie podwyższyć akcyzę na paliwo, uzasadniając to tym, że 2 proc. kierowców powoduje wypadki ze skutkiem śmiertelnym (to odsetek rzucony „na rybkę”, dla przedstawienia argumentacji), więc trzeba sprawić, żeby wszyscy mniej jeździli.

Poziom spożycia alkoholu w Polsce nie jest porażający. Według raportu WHO w 2016 r. było to (spożycie legalne) 10,4 l czystego alkoholu per capita, raptem o 0,1 l więcej niż sześć lat wcześniej. W Czechach jest to 12,9 l, w Niemczech – 11,3 l, we Francji 11,8 l, w Portugalii – 10,6 l, na Słowacji – tak jak w Polsce, 10,4 l, w Austrii – 11,4 l, na Węgrzech – 10,9 l, Bułgaria – 11,4 l, Irlandia – 11,3 l.

Co ciekawe, najniższą legalną, czyli oficjalną konsumpcję odnotowują kraje, gdzie stosunek do alkoholu jest najbardziej restrykcyjny lub państwo robi teatrzyk wokół walki z alkoholizmem. Rosja to 8,1 l (przypominam, że w Rosji dopuszczalna norma alkoholu dla kierowcy to 0,0 – komiczne), Białoruś – 9,6 l, Ukraina – 5,4 (tutaj to już trudno usiedzieć ze śmiechu), Szwecja (alkoholizm „promowy” i weekendowy) – 7,2 l. Przy czym w Polsce nielegalna konsumpcja szacowana jest na dodatkowe 1,7 l, ale już w Szwecji – na 2 l, a w Rosji aż na 3,6 l. A to i tak zapewne niepełne dane.

Oczywiście w odpowiedzi na te statystyki pojawią się kolejne wysilone argumenty – że „Polacy piją inaczej”, że więcej piją wódki niż łagodniejszych alkoholi (to nieprawda, zdecydowana większość spożywanego alkoholu to piwo), że dużo jest osób „uzależnionych” (tu pojawia się pytanie o definicję uzależnienia), a nawet – jak przeczytałem na Twitterze – że „ulicami przewalają się watahy pijanych ludzi o każdej porze”. Fakty tymczasem są takie, że nie ma żadnego alkoholowego Armagedonu, Polacy piją dużo mniej niż wiele innych europejskich nacji, jesteśmy daleko poza czołówką, a gdy mowa o wzrostach spożycia (niewielkich) – warto uwzględnić masową ukraińską imigrację. Histeria, którą teraz obserwujemy, wynika na poziomie samego swojego mechanizmu z podobnych przyczyn jak ta wokół spraw klimatu czy „rzezi na pasach”: z bieżącej potrzeby politycznej jakiejś grupy. W tym wypadku to bieżąca potrzeba fiskusa. Tylko i wyłącznie. Zaś publiczność przywykła do pobudzania jej emocji, co jest najłatwiejszym, choć najbardziej prymitywnym sposobem usprawiedliwiania przez polityków swoich niegodziwości. Czekam tylko, aż władza lub jej akolici użyją standardowego argumentu „pod Owsiaka”, a potem doprawią go argumentem „pod Śpiewaka”, czyli usłyszę, że skoro nie chcę wyższej akcyzy, to znaczy, że pragnę, by alkohol rujnował życie wspaniałego narodu polskiego i niszczył polskie rodziny, potem zaś zostanę zapytany, w czyim interesie działam i kto mi płaci. Nie muszę tłumaczyć, że to nie metoda dyskusji, ale dyskredytacji sceptyków.

Czy państwo nie powinno zatem w ogóle prowadzić polityki antyalkoholowej? Nie jestem ortodoksem, więc nie powiem: nigdy i żadnej. Natomiast na pewno nie w sytuacji, gdy problem nie jest absolutnie alarmujący (a w Polsce nie jest) i nigdy poprzez sztuczne ograniczanie dostępności alkoholu. Dlaczego?

Skutki są zawsze odwrotne od oczekiwanych. Rozrost szarej strefy, używki z nielegalnych źródeł, zatem szkodliwsze. Tu z kolei socjalistyczne państwo w reakcji na sytuację istniejące służby wyposaża w kolejne kompetencje, tworzy nowe, ogranicza prywatność obywateli – wszystko w imię walki z problemem, który samo stworzyło, dokładnie jak w słynnej sentencji Kisiela.

Ważniejsze jednak jest, że taki fiskalny (lub w innej formie) interwencjonizm państwa, jeśli się niego godzimy, nie ma żadnych granic. Jeśli uznamy za zasadny sylogizm: obywatele są leczeni z publicznych pieniędzy – chorują między innymi z powodu alkoholu – trzeba im utrudnić dostęp do alkoholu, a wtedy państwo oszczędzi – nie ma już żadnej przeszkody, aby podobny schemat zastosować do jakiejkolwiek dziedziny, gdzie da się sprawę uzasadnić podobnie. Już coraz głośniej rząd napomyka o „podatku cukrowym”, który oczywiście nie spowoduje jakiegoś znaczącego spadku spożycia cukru. Jedynymi jego skutkami będzie zwiększenie wpływów do budżetu, a i to do czasu, aż przemysł znajdzie alternatywę słodzącą dla substancji wymienionych w rozporządzeniu, które będzie musiało być załącznikiem do ustawy.

Lecz przecież na tym inwencja władzy się nie kończy. Ileż rzeczy, potencjalnie zagrażających zdrowiu obywateli, można opodatkować! Tłuszcze, sól, uprawianie sportów ekstremalnych, a nawet zwykłych. Niby sport to zdrowie, ale też kontuzje, wypadki, uszkodzenia. Idę o zakład, że gdyby władzuchna taki pomysł przedstawiła i na przykład ustanowiła „opłatę stokową”, doliczaną do każdej usługi związanej z narciarstwem, natychmiast pojawiłaby się rzesza usłużnych komentatorów, wyliczających, ile to wypadków zdarza się na stokach narciarskich, jak są groźne, jakie straty ponosi państwo i jak niszczy to życie wielu polskich rodzin.

Na koniec zaś udzieliłby wywiadu Gierek 2.0, mówiąc: „Szybka jazda na nartach jest dla wielu ludzi ucieczką od problemów dnia codziennego. Chcemy budować społeczeństwo, w którym tych problemów będzie jak najmniej, a ludzie nie będą pozostawieni sami sobie. Chcemy budować państwo dobrobytu, a dobrobyt to coś więcej niż tylko wysokie dochody. To również zdrowie, wolność od stresu, pewność jutra”.