Państwo i Prawo
Albicla, czyli jak zawstydzić CD Projekt
Łukasz Warzecha 25.01.2021

Znają państwo na pewno sytuacje, gdy znany i ustosunkowany reżyser zabiera się za jakiś temat, po czym wychodzi z tego film, powiedzmy, średnich lotów, ale temat jest już na długi czas „zmarnowany”. Dwa najgłośniejsze tego typu przypadki w ostatnich kilkunastu latach to „Katyń” Andrzeja Wajdy (2007) i „Smoleńsk” Antoniego Krauzego (2016). 

 

Tak się też składa, że jeden z pierwszych tekstów opublikowanych przeze mnie na blogu WEI dotyczył preferencji dla polskich produktów. Pretekstem był start „Korony królów” w TVP, nad którą sam prezes Kurski zachwycał się jak zresztą nad wszystkim, co sam robi, ale która, najdelikatniej mówiąc, nie powalała poziomem produkcji. Pisałem wtedy:

 

Przy okazji dyskusji o serialu „Korona królów” warto porozmawiać o patriotyzmie gospodarczym. Co ma wspólnego produkcja TVP z tą modną koncepcją? Całkiem dużo, zwłaszcza gdy spojrzy się na argumentację niektórych obrońców serialu. Powiadają oni: może to i słabe, a w każdym razie nie rewelacyjne, ale za to nasze, polskie, rodzime, krwawicą rąk naszych stworzone (choć za publiczne pieniądze), przeto chwalić trzeba, a kto nie chwali lub, nie daj Boże, krytykuje, ten ma kompleksy, chodzi na niemieckim pasku, należy do złej elity i tak dalej, i tym podobne.

 

I oto temat wraca za sprawą serwisu Albicla (przyznaję – złośliwie przezywanego przeze mnie „Alkiblą”). Kwestię nazwy miłosiernie tutaj pominę, aczkolwiek daje ona niemal nieograniczone pole do kpin i widziałem już kilkanaście jej wariantów, jak najdalszych od podniosłego łacińskiego aquila alba, które podobno było inspiracją. 

Nie nazwa jest tutaj jednak najważniejsza. Środowisko medialno-polityczne, związane z „Gazetą Polską”, ogłosiło z nieprawdopodobnym wprost patosem i pompą powstanie konkurencji dla Facebooka oraz Twittera naraz, strefy „prawdziwej wolności”, która miała zostać uruchomiona pod sam koniec urzędowania „lidera wolnego świata”, jak dość pretensjonalnie określono byłego prezydenta Donalda Trumpa. Tymczasem dostaliśmy produkt nawet nie na poziomie tzw. bety (wypuszczana w przestrzeń beta od szanujących się producentów jest zwykle o niebo lepiej dopracowana), który natychmiast stał się przedmiotem żartów. W pełni zasłużenie. Porażka CD Projektu z Cyberpunkiem to przy Albicla sukces na miarę kosmiczną. 

Nie będę tu kopiował długiej listy niedociągnięć – łatwo ją znaleźć w sieci. Nie będę też cytował portali zajmujących się bezpieczeństwem cyfrowym, które na zabezpieczeniach portalu nie pozostawiły suchej nitki. Dość napisać, że Zaufana Trzecia Strona trzykrotnie była w stanie wskazać bardzo poważne problemy z bezpieczeństwem, pozwalające w teorii ściągnąć całą bazę użytkowników (co być może nastąpiło). Kto zatem rejestrował się na Albicla z używanym w innych miejscach adresem mejlowym i hasłem, które stosuje w innych serwisach (powszechna praktyka), powinien chyba poważnie rozważyć szybką rewizję swoich zabezpieczeń. O takich możliwościach zwiększenia bezpieczeństwa na Albicla jak podwójna autoryzacja za pomocą aplikacji lub choćby OTP (jednorazowe hasło przesyłane na zaufane urządzenie lub konto mejlowe) projektanci portalu chyba nie słyszeli. 

Serwis natychmiast zaroił się od wszelkiego rodzaju trolli. Było tam nawet konto z moim nazwiskiem i zdjęciem, choć jako żywo nie ja je zakładałem i nie mam z nim nic wspólnego. Teraz już go nie ma, ale też właściwie nie wiadomo, na jakiej zasadzie je skasowano, bo nie interweniowałem w tej sprawie żadnym oficjalnym kanałem. 

Nie da się edytować własnego profilu. Po zarejestrowaniu się nie wiadomo właściwie, co dalej robić, bo całość jest skrajnie nieintuicyjna i nieczytelna. Nie ma żadnych sugestii, kogo obserwować, żadnej pełnej listy zarejestrowanych kont, z których można by sobie wybrać te bardziej interesujące. Większość linków (typu „obserwują”, „obserwowani”) nie działa. Można odnieść wrażenie, że nawet NaszaKlasa sprzed lat była na samym początku bardziej funkcjonalna. 

Jak można było wypuścić na rynek tak nieprawdopodobną niedoróbkę? Być może trochę wyjaśnia wypowiedź Sakiewicza dla Wirtualnych Mediów, które poinformowały, że nad projektem pracowali informatycy odpowiadający m.in. za portal niezalezna.pl: „Trudno w to uwierzyć, ale nikt z tych kilkudziesięciu ludzi jeszcze nie poprosił o pieniądze. Oczywiście będziemy chcieli się z każdym rozliczyć, chyba że ktoś zadeklaruje, że pracował społecznie”. 

Czyli „zabójcą Facebooka” miał zostać sypiący się i pospinany trytytkami projekt na poziomie klasowego słabego technikum, zrobiony w zapewne kilka tygodni (a może nawet w niewiele ponad tydzień, bo przypuszczałbym, że impulsem było zbanowanie „lidera wolnego świata” przez Twittera) za darmochę po pracy przez ekipę informatyków, zajmujących się przede wszystkim czymś innym. Wszystko wskazuje na to, że nie zrobiono też niemal żadnych testów. Co mogło pójść nie tak?

Nie chcę się już nad Albicla znęcać – zakładam, że za miesiąc nikt już o niej nie będzie pamiętał, a 90 procent kont będzie martwych – nie sposób jednak nie zauważyć, że jakość tego produktu jest odwrotnie proporcjonalna do zadęcia, z jakim mówią o nim jego właściciele. 

Po co o tym pisać zamiast pozwolić Albicla konać w spokoju, na co zasłużyła? Bo mamy tu właśnie przypadek jak ze wspomnianymi na początku filmami. Ktoś zabrał się za coś i skopał to tak dokumentnie, że spalił pomysł na dłużej. Mało tego – twierdzi, że świetnie mu wyszło, co ma tyle sensu, jakby ktoś posklejał z trzech wraków starego moskwicza, postawił go obok nowego porsche Targa i oznajmił, że stworzył konkurencję dla niemieckiej marki. 

Pisałem o tym, że cenzura na wielkich serwisach społecznościowych jest problemem. Wyjaśniałem, dlaczego nie działa tutaj wolny rynek, a jedynie w najlepszym przypadku oligopol, szczególnie groźny dlatego, że dotyczy sfery wolności słowa i przepływu informacji. Jednak to wszystko nie znaczy, że należy pochwalać wypuszczanie na rynek żenującej partaniny. 

Można było to oczywiście zrobić inaczej. Można było zebrać profesjonalną ekipę z rynku, dobrze jej zapłacić, dać czas na spokojne dopracowanie systemu, potem na testy, a na koniec odpalić projekt początkowo w małej skali – na przykład, jak to kiedyś było z Gmailem (co może już mało kto pamięta), pozwalając się rejestrować jedynie osobom zaproszonym przez już zarejestrowanych, a pierwszych uczestników zapraszając osobiście. Tak też działał początkowo Salon24, którego debiut merytorycznie i technicznie był nieporównanie lepszy niż debiut Albicla. Można też było od początku ogłosić, że to nie „strefa wolności dla każdego”, ale miejsce skierowane do środowisk „Gazety Polskiej” i sympatyków PiS. Wreszcie, gdy skala kompromitacji stała się aż nadto widoczna, można było skorzystać z ostatniej okazji, przeprosić, podziękować wytykającym błędy, zamknąć serwis, dać sobie nawet kilka tygodni na dopracowanie i testy, i wrócić, dopiero gdy wszystko będzie działać. 

Zamiast tego dostaliśmy farsę, przy której Monty Python wymięka. 

Do, umownie mówiąc, prawicy przylgnęła kiedyś nie bez powodu etykietka bylejakości. Różne przedsięwzięcia nie udawały się nie z powodu spisku niecnych sił i byłych oficerów esbecji na spółkę z postkomunistami, ale po prostu dlatego, że były fatalnie pomyślane i kierowane – by wspomnieć choćby nieszczęsną Telewizję Puls. Kto odwiedzał siedzibę „koncernu” firmującego Albicla, ten zna ów klimacik: sterty starych gazet, poupychane tu i tam, niepomalowane ściany, niedomykające się drzwi, krzesła z różnych parafii, jednym słowem – pierwsza połowa lat 90. przeniesiona jak w wehikule czasu w drugą, a nawet trzecią dekadę XXI w. Bez żadnego uzasadnienia – bo uzasadnienia dla bylejakości, partaniny, bałaganu nie ma i być nie może. 

Ze swoich życiowych doświadczeń wyciągnąłem jeden wniosek: od takich inicjatyw i miejsc należy się trzymać jak najdalej. Porządne, dopracowane projekty da się robić nawet za małe pieniądze, bez angażowania tłumów – o ile oczywiście nie ogłasza się, że zaraz podbije się świat i zdetronizuje YouTube’a czy Facebooka. Lepszy taki mały, elegancki, dopięty na ostatni guzik produkt bez fajerwerków niż zapowiadana z fanfarami żenująca klapa.