Anatomia paniki
Andrzej Krajewski 02.03.2020

Wzniecenie paniki w czasach masowych mediów jest rzeczą banalnie prostą. Wystarczy jedynie wziąć na tapetę lęki, które najmocniej dotykają ludzi i je dodatkowo spotęgować.

 

Dziś z dnia na dzień cały Stary Kontynent staje wobec co najmniej trzech wielkich obaw. Do Europy zawitał koronawirus, wywołujący chorobę oznaczoną na razie jeszcze kodem COVID-19, choć pewnie zaraza z Wuhan z czasem dorobi się własnej nazwy. Nie ma też co żywić złudzeń, iż szybko odejdzie i skończy się na kilkuset zarażonych i kilkudziesięciu zmarłych. Doświadczenia chińskie dowodzą, że epidemia będzie wyzwaniem, które potrwa nie tygodnie, lecz miesiące (oby nie lata).

Wszystko wskazuje też na to, iż zgodnie z prawem serii, oprócz walki z wirusem, czekają kraje Unii (zwłaszcza te leżące na jej południowych obrzeżach) zmagania z nową falą przybyszy z Bliskiego Wschodu. Turcja, po uwikłaniu się w konflikt z Syrią i Rosją, otworzyła granice, by użyć emigrantów, jako broni. Jeśli w jej wojnie UE i NATO nie zapewnią Ankarze odpowiedniego wsparcia, wówczas należy się spodziewać regularnie powtarzanego szantażu. Już mała jego próbka sprawiła, że granica grecka trzeszczy, a tamtejsza policja z trudem odpiera szturmy zdesperowanych uciekinierów. Nota bene jeszcze kilka lat temu wszędzie byłoby słychać gromkie głosy o konieczności humanitarnego traktowania przybyszy. Dziś słychać już tylko głuchą, podszytą strachem ciszę. Tak się nam czasy zmieniły.

Trzeci z wielkich lęków, być może wkrótce już największy, to narastająca obawa przed gospodarczym krachem. Czerwona barwa notowań giełdowych spółek, jedynie uwypukla rekordowe spadki. Rynki się boją, odzwierciedlając lęk inwestorów. A strach jak wiadomo jest bardziej zaraźliwy od grypy.

Jak łatwo go szerzyć, mając do dyspozycji nowoczesne media, dał próbkę już niemal sto lat temu ksiądz Ronalda Knoxa. Katolicki duchowny, a zarazem autor poczytnych kryminałów drobił się na początku lat 20. własnej audycji radiowej w BBC. Raz w tygodniu zapraszał słuchaczy do wspólnej zabawy z wyobraźnią. Jego programy cieszyły się wielką popularnością (słuchało je ok. 10 mln Anglików), bo oferowały ludziom chwilę rozrywki w niewesołych czasach.

Pod koniec 1925 r. Wielka Brytania pogrążała się w kryzysie. Gospodarkę gnębiła deflacja, a ludzi bezrobocie. Na dokładkę górnicy przygotowywali strajk generalny. Prasa donosiła, że ich związki zawodowe zostały zinfiltrowane przez komunistów i tak naprawdę szykują rewolucję. Wedle doniesień Scotland Yard związani z partią komunistyczną terroryści zamierzali ją zacząć w Londynie od serii zamachów bombowych.

W tej tężejącej atmosferze ksiądz Knox postanowił przygotować audycję, która przestrzeże miliony słuchaczy przed bolszewickim zagrożeniem. Zaczęła się ona 16 stycznia 1926 r., gdy Londyn spowiły ciemności i mgła, dokładnie o 7.30 wieczorem. Na początek spiker BBC poinformowała, że tym razem Ronald Knox nie będzie mówił o literaturze i sztuce, lecz przygotował słuchowisko. Następnie na antenie, jak zawsze rozległ się głos księdza-pisarza, ze swadą opowiadającego o kryminale, który właśnie przeczytał do poduszki. Nagle po dziesięciu minutach Knox ogłosił, iż otrzymał wiadomość, że na Trafalgar Square gromadzi się tłum bezrobotnych. Płynnie przechodząc od roli krytyka literackiego do roli radiowego reportera. Przez następne minuty wywiązywał się z niej znakomicie, ogłaszając na antenie ze swadą, zmyślone newsy. Opowiadał więc o zamieszkach, jakie miały wybuchnąć w centrum Londynu, walkach z policją i spaleniu żywcem przez rebeliantów jednego z członków rządu. W sukurs przyszedł mu realizator słuchowiska, imitując w tle dźwięki wystrzałów i wybuchów.

Wreszcie Knox zaczął relacjonować spanikowanym głosem, jak widzi przez okno studia budynek parlamentu ostrzeliwany z moździerzy, walący się Big Ben i wysadzony w powietrze Hotel Savoy. Dramatyczne słuchowisko kończył szturm rewolucjonistów na budynek BBC. Gdy wdzierali się do środka, czekający na śmierć ksiądz Knox, w ostatnich słowach przestrzegł Brytyjczyków przed komunistyczną zarazą.

Na tym słuchowisko się zakończyło. Jego autor wygłosił wówczas kilka słów pożegnania i spokojnie wyszedł z radia. „Szczątki hotelu Savoy leżały jeszcze w studiu, gdy zadzwonił telefon” – wspominał po latach na łamach magazynu BBC dźwiękowiec J.C.S MacGregor. Potem telefon wręcz się urywał, bo przerażeni słuchacze dzwonili, dopytując o to, gdzie w Londynie toczą się walki. Inni wydzwaniali na policję, do urzędów państwowych, Ministerstwa Wojny a nawet dowództwa marynarki wojennej. Jednak ci, którzy chwycili za telefoniczne słuchawki i tak wykazywali się pewną dozą zdrowego rozsądku. „Londyńczycy wylegli na ulice, pragnąc uciec z miasta” – opisuje w książce „Nieznane archiwa mistyfikacji” Alex Boese. Sądną noc przeżyła policja, zmuszona uspokajać spanikowanych mieszkańców stolicy. Lęk tymczasem dotarł poza jej przedmieścia. W Newcastle władze miasta zdążyły na nocnym posiedzeniu przygotować plany obrony miejscowości przez bolszewikami. Paniki początkowo nie zdusiło nawet wywleczenie – na polecenie dyrektora BBC Johna Reitha – z łóżka Knoxa i przywiezienie do radiowego studia. Zaspany autor zamieszania musiał do rana powtarzać komunikat, że komunistyczna rewolucja w Londynie była jedynie słuchowiskiem. Dopiero o świcie miasto się uspokoił, a ksiądz mógł wrócić do łóżka.

Kryzys, jaki swoim nowatorskim fake newsem wzniecił, nie umknął uwagi rządu. Dwanaście miesięcy później, z początkiem nowego roku budżetowego władze Wielkiej Brytanii znacjonalizowały BBC, nadając dotąd prywatnemu radiu, status „nadawcy publicznego”. Jego szefostwo w statusie zobowiązano do zachowywania wysokich standardów oraz nierozpowszechniania niesprawdzonych informacji. Ich destrukcyjne możliwości podczas kryzysów dostrzeżono już kilka lat później.

Począwszy od załamania na Wall Street każdą, kolejną katastrofę inicjowało pojawienie się informacji, podsycających lęki, trawiące ludzi. Najlepiej widoczne stało się to w drugim roku Wielkiego Kryzysu, gdy gospodarka Stanów Zjednoczonych zdawała się łapać oddech. Ustabilizowały się kursy akcji na Wall Street, bezrobocie zaczęło maleć i odnotowano pierwsze wzrosty produkcji. Wszystko to jednak szło na marne, bo w posadach chwiał się amerykański system bankowy. W roku 1931 zbankrutowały w Stanach Zjednoczonych aż 2294 banki. Zabił je niepohamowany wybuch paniki. Najczęściej któregoś dnia pojawiała się plotka, mówiąca iż dany bank traci płynność. Jako że od krachu na giełdzie ludzie już nie raz byli świadkami upadku wielkich instytucji finansowych, woleli dać wiarę niesprawdzonej informacji, niż zaryzykować utratę oszczędności. Ruszali więc je ratować. W efekcie pod oddziałami banku zjawiał się tłum klientów, rosnący z każdą godziną. Wszyscy chcieli wypłacić całość swych wkładów. Tymczasem nie ma na świecie banku zdolnego wypłacić wszystkie, gromadzone wcześniej depozyty. Dlatego w panikę wpadało też szefostwo instytucji wraz z całą obsługą. Ogarnięty histerią bank szybko kończył swój żywot. Zgon ponad 2 tys. pociągnął znów na dno gospodarkę USA, fundując Amerykanom drugą falę Wielkiego Kryzysu. Administracja prezydenta Herberta Hoovera była wobec tego zjawiska zupełnie bezradna i poczucie beznadziejności ogarnęło Biały Dom. Członek administracji sekretarz stanu Henry Stimson otwarcie mówił, że nie lubi tam bywać z racji: „dominującej atmosfery przygnębienia przenikającej wszystko związane z tą ekipą”.

Ludzie rządzący największym z mocarstw ówczesnego świata czuli się zupełnie bezradni w zderzeniu z lękami obywateli. Na szczęście zdarzali się Amerykanie, zachowujący zimną krew w trudnych czasach, a jednocześnie potrafiący znaleźć receptę na wybuch paniki. Marriner Eccles w 1932 r. był dyrektorem bankowego oddziału First Security Corporation w Ogden. Pewnego ranka spostrzegł, że w sąsiednim Ogden State Bank obsługa nie wpuszcza klientów do środka. Od razu się domyślił, że konkurencyjny bank upada. To zapowiadało, iż bankowa panika wkrótce ogarnie całe miasto. Nie zwlekając Eccles zwołał podwładnych na nadzwyczajną odprawę. Zaczął ją od komunikatu, że jeśli chcą aby ich miejsce pracy przetrwało muszą, bez względu na okoliczności, odegrać role, jakie im powierzy. „Ludzie będą przychodzić, żeby zlikwidować swoje rachunki oszczędnościowe. Będziecie im wypłacać pieniądze. Ale będziecie wypłacać bardzo powoli. To jedyny sposób jaki mamy, żeby przeciwdziałać panice” – mówił. „Uśmiechajcie się, bądźcie uprzejmi, mówcie o pogodzie, nie okazujcie oznak paniki” – nakazał, dodając przy tym: „przy wypłacie nie używajcie dużych banknotów, wypłacajcie piątkami i dziesiątkami, liczcie powoli. Naszym celem jest wypłacić jak najmniej w ciągu dzisiejszego dnia”. Po odprawie Eccles posłał kilku podwładnych do sklepów, żeby zrobili zapas prowiantu na czas oblężenia. Zaczęło się ono już w okolicach południa.

„Gdybyśmy próbowali zamknąć o trzeciej, nie wiadomo, co by się mogło stać. Ale, jak we wszystkim innym, brak innej drogi wyjścia kazał nam wybrać najśmielszą. Zdecydowaliśmy się zrobić wyjątek w tym jednym dniu i pozostawić drzwi otwarte tak długo, jak długo będą jeszcze klienci pragnący podjąć pieniądze” – zapisał we wspomnieniach Eccles. Oprócz sprawiania wrażenia całkowitej kontroli nad sytuacją, zadbał o sprowadzenie odsieczy. Udało mu się dodzwonić do Banku Rezerw Federalnych w Salt Lake City i przekonać jego szefa, aby przysłał furgonetkę wypełniona pod dach dolarami. Solennie obiecując odesłać je przed świtem. „Samochód pancerny, który przywiózł nam do Ogden gotówkę, pojawił się na scenie, jak w filmach, kiedy kawaleria Unii przeprowadzała szarżę, żeby ocalić wszystkich przed Indianami” – zapamiętał Eccles. Zmęczeni staniem w olbrzymiej kolejce ludzie, na widok furgonetki, z której demonstracyjnie przenoszono do banku kolejne paczki banknotów, zaczęli rezygnować z wypłaty depozytów. Uwierzyli, iż są bezpieczne i powoli rozeszli do domów. Brawurowe ocalenie banku w Ogden zainspirowało nowego prezydenta Franklina D. Roosevelta do przygotowania całego pakietu podobnych trików. Używając ich, wygaszono w 1933 r. panikę w Stanach Zjednoczonych. Wystarczyło zademonstrować Amerykanom, że rząd federalny ma plan działania, wie co robi i jest pewien sukcesu. Tak odbudowując zaufanie do państwa. Zaś „bankowemu cudotwórcy” Marrinerowi Ecclesowi prezydent zaoferował posadę przewodniczącego Rezerw Federalnych (FED), czyli szefostwo największego banku centralnego świata. Eccles kierował nim przez czternaście lat, bezpiecznie przeprowadzając przez Wielki Kryzys i II wojnę światową. Wiernie trzymając motta, jakie zabrzmiało podczas przemówienia, którym w marcu 1933 r. Roosevelt zainaugurował swą prezydenturę. Brzmiało ono: „Nie mamy się czego bać, z wyjątkiem samego strachu”. I dziś jest dokładnie tak samo.