Państwo i Prawo
Anonimowość sprzyja nadużyciom
Łukasz Warzecha 22.11.2020

Z policją mamy poważny problem. Pisałem o tym na wiosnę na blogu WEI w tekście o tym, jak policja stała się na powrót milicją, aczkolwiek chodziło wtedy o jej działanie podczas pierwszego lockdownu (pierwszego, bo obecnie też mamy lockdown, tyle że nieco łagodniejszy i nienazywany lockdownem). Ganianie ludzi po lasach, staruszek po parkach, skaterów po bulwarach, rozpędzanie całkowicie apolitycznych protestów, których uczestnicy zachowywali wymogi sanitarne, wystawianie mandatów lub sporządzanie notatek do Sanepidu za jazdę na rowerze – wiele z tego bez podstawy prawnej – i tym podobne wygłupy. Przy czym wygłupy te kosztowały oczywiście obywateli konkretne pieniądze albo wysiłek związany z zakwestionowaniem mandatu czy kary administracyjnej.

 

Można jednak uznać, że o ile dziś policjanci niemal nie egzekwują restrykcji epidemicznych (czy ktoś pamięta jeszcze, że formalnie rzecz biorąc, osoby powyżej 65 roku życia mają zakaz przemieszczania się – bezprawny, rzecz jasna – poza pewnymi wyjątkami? Zakaz oczywiście, jak było do przewidzenia, całkowicie martwy), to wynagradzają sobie to na innych polach. Zaangażowani już nie do ochraniania, ale do zwalczania antyrządowych demonstracji, począwszy od tzw. strajku przedsiębiorców Pawła Tanajny przed wyborami prezydenckimi i później, odznaczają się coraz większą brutalnością, wybuchającą niespodziewanie – jak podczas Marszu Niepodległości, a właściwie na jego opłotkach, czyli w okolicach Stadionu Narodowego. 

Nie będę opisywał szczegółowo swoich zastrzeżeń do działań policji – uczyniłem to już w innych miejscach. Niektóre metody są jednak identyczne z tymi z czasów PO – na przykład angażowanie w czasie protestów czy demonstracji tajniaków, mieszających się z tłumem. Nie trzeba wielkich umiejętności, żeby znaleźć w internecie filmy pokazujące, jak przed 2015 r. w czasie MN wyposażeni w teleskopowe pałki tajniacy dokonują prowokacyjnych wypadów poza linię zwartych oddziałów, po czym chowają się za plecami prewencji. Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że to między innymi rezygnacja z tej właśnie taktyki, począwszy od roku 2015 aż do teraz, sprawiła, że Marsze Niepodległości mogły się odbywać spokojniej niż wcześniej. 

Dla porządku dodajmy, że dziś komentarze w sprawie działań policji podczas MN i protestów Strajku Kobiet, który po nim nastąpił, rządzą się żenującą plemiennością. Jedna strona twierdzi, że oczywiście działania policji wobec Strajku Kobiet były zasadne, a nawet łagodne, no ale wobec MN były co najmniej zastanawiające, by nie rzec: skandaliczne. Druga – odwrotnie. Skandaliczne miały być działania wobec Strajku Kobiet, no ale te przeciw „faszystom Bąkiewicza” były całkowicie zrozumiałe. Władzy oczywiście w to graj – póki reakcja jest tak absurdalnie plemienna, póty niepokojący schemat w działaniach policji nie zostanie dostrzeżony. 

W innych miejscach pisałem szczegółowo, co powinno budzić wątpliwości. By wymienić tu tylko najistotniejsze punkty: do postrzelenia Tomasza Gutrego doszło najprawdopodobniej – tak wynika z opublikowanego przez samą policję filmu – gdy funkcjonariusz używał broni niezgodnie z zapisami Ustawy o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej, czyli w momencie, gdy napastnik, który wcześniej rzucił racą, już uciekał. Nie ma usprawiedliwienia dla takich zachowań policjantów jak poganianie dziennikarzy pałkami na peronie stacji Warszawa-Stadion czy rzucanie w nich granatem hukowym. W sprawie tajniaków zadałem bardzo konkretne pytania rzecznikowi Komendy Stołecznej Policji nadkomisarzowi Sylwestrowi Marczakowi i całkiem szybko dostałem kompletnie wymijającą odpowiedź (o co konkretnie pytałem i co odpowiedział pan nadkomisarz – o tym w najnowszym wydaniu mojego wideobloga na moim kanale tutaj). 

W związku z tymi zdarzeniami zaczęły się pojawiać postulaty zmniejszenia anonimowości funkcjonariuszy. Lewica złożyła projekt zakładający wprowadzenie do Ustawy o policji obowiązku noszenia identyfikatorów imiennych również przez funkcjonariuszy działających w oddziałach zwartych. Przeciwne – co nie dziwi – są policyjne związki zawodowe. Które – przypomnijmy – zawsze były niechętne wszelkim pomysłom, mającym sprzyjać monitorowaniu działań policji, w tym wprowadzeniu powszechnych kamer osobistych. 

Niektórzy wskazują, że zarządzenie komendanta głównego policji z tego roku wprowadza obowiązek podania danych dowodzącego akcją, a ten zna dane swoich funkcjonariuszy, zatem ich identyfikacja imienna nie jest konieczna. To oczywiście mydlenie oczu. Przełożony będzie miał z zasady tendencję do krycia swoich podwładnych, a w sytuacji nadużycia przez nich uprawnień staje się niejako sędzią we własnej sprawie. Zawsze będzie można powiedzieć, że sprawca danego czynu jest nie do ustalenia. I tak najprawdopodobniej skończy się to w przypadku wszystkich funkcjonariuszy, których wątpliwe, a najpewniej sprzeczne z prawem działania zostały utrwalone na filmach. 

Co do zasady – powinno się zmierzać do jak największej jawności, bo rację mają ci, którzy twierdzą, że anonimowość sprzyja nadużyciom. To doskonale znany mechanizm psychologiczny, za którego sprawą tak często dochodzi choćby do agresji na drodze – kierowca nie staje ze swoim „wrogiem” twarzą w twarz, osłania go auto. Jest oczywiście druga strona postulatów takich jak te składane przez Lewicę. Gdy jej politykom udało się ustalić dane kilku funkcjonariuszy, na tych policjantów oraz na ich rodziny spadły w internecie gromy. Można zrozumieć czysto pragmatyczne powody, dla których kierownictwo policji nie życzyłoby sobie tego typu sytuacji. Nie chodzi tu o to, że komuś będzie przykro, lecz o to, że może to być potężny demotywator przy poszukiwaniu chętnych do wstępowania do policji – a tu problemy są gigantyczne. Można by też argumentować, że takie konsekwencje rezygnacji z anonimowości mogą zniechęcać funkcjonariuszy do podejmowania bardziej zdecydowanych działań, nawet gdy będą one uzasadnione i konieczne. 

Czy to jest jednak słuszna argumentacja? Można na nią odpowiedzieć dwojako. Po pierwsze – określone zawody wiążą się z określonym ryzykiem, które akceptuje się na początku. Pisałem o tym kiedyś, argumentując przeciwko zakazowi handlu w niedzielę. Osoby zatrudniające się w handlu wiedziały, że mogą musieć pracować również w ten dzień i godziły się na to. Osoby wstępujące do policji powinny mieć świadomość różnego rodzaju problemów, jakie może to stwarzać dla ich rodzin i dla nich samych – to może być również społeczny ostracyzm w niektórych środowiskach. Jest to nieodłącznie związane z tym rodzajem zajęcia, tak jak z dziennikarstwem związane jest dzisiaj bycie narażonym na ataki internetowych nienawistników czy nienormowane godziny pracy. Można starać się oczywiście te uciążliwości dla policjantów ograniczać, ale nie może się to dziać kosztem w tym wypadku jawności, a co za tym idzie – odpowiedzialności za swoje działania. 

Po drugie – dlaczego z wymogu identyfikacji mają być zwolnieni akurat funkcjonariusze działający w oddziałach zwartych? To wydaje się kompletnie nielogiczne. Owszem, jest to zrozumiałe w przypadku policjantów z wydziałów kontrterrorystycznych (jak to się teraz nazywa – swoją drogą niezrozumiałe jest porzucenie naturalniejszego dla polszczyzny słowa „antyterrorystyczny”), którzy występują w specyficznym umundurowaniu, ale bez widocznej identyfikacji. Jednak prewencja zabezpieczająca protesty czy demonstracje? W czym jest lepsza i dlaczego ma być bardziej chroniona niż przeciętny policjant pracujący w swojej dzielnicy, na co dzień mający do czynienia z osobami agresywnymi, przestępcami, recydywistami i na ogół doskonale im znany z miejscem, gdzie mieszka i rodziną włącznie? Przecież policjantom z pierwszej linii codziennej służby we własnym rewirze mogą się zdarzyć sytuacje nieporównanie groźniejsze niż panom i paniom z prewencji – a jednak ci pierwsi mają widoczną identyfikację i nie ukrywają swoich twarzy pod hełmami i kominiarkami. Gdyby iść linią argumentacji przeciwników wprowadzenia identyfikacji w oddziałach zwartych, trzeba by uznać, że ci liniowi policjanci również mogą mieć opory przed zastosowaniem środków przymusu bezpośredniego, bo przecież wiadomo, kim są. A jednak tego typu zastrzeżenia w ich przypadku nie są podnoszone. 

Lecz dobrze – uznajmy nawet, że projekt Lewicy idzie za daleko. Czemu w takim razie nie wprowadzić rozwiązania pośredniego: niech policjanci z oddziałów zwartych nie mają identyfikatorów z nazwiskiem, ale w zamian niech mają dobrze widoczne numery osobiste. Numer nie pozwala na szczucie na danego funkcjonariusza w sieci, ale też odbiera anonimowość. Wiadome będzie, że niezgodnie z ustawą pałki użył funkcjonariusz o numerze 45376 – pozostanie zwrócić się do odpowiedniego komendanta ze skargą. Dla takiego rozwiązania nie jestem w stanie znaleźć kontrargumentów. Chyba że komuś z nieczystymi intencjami szczególnie zależy na tym, by policjanci mogli nadużywać władzy bez konsekwencji.