Arbuz nie jest zielony
Jerzy Marek Nowakowski 13.08.2020

Ostatnia debata w Świetlicy Wolności o Zielonym Ładzie uświadomiła mi, że Zielony Ład to nie wiatraki tylko ideologia. I słowa ideologia nie używam tu w sensie pejoratywnym. Przeciwnie, być może koncept zielonego ładu jest pomysłem na reanimację poczucia wspólnoty w Europie.

 

Ale od początku, większość dyskutantów w czwartkowe popołudnie skupiła się na problemach energii. W pewnej chwili Paweł Musiałek z Klubu Jagiellońskiego podkreślił, że zielony ład jest czymś dużo większym od pomysłu na energetykę. No ale tematy energetyczne okazały się najbardziej interesujące. Ponieważ nie mogłem dotrwać do końca dyskusji to potraktuję dzisiejsze zapiski jako swój głos do protokołu. O energii tez będzie, ale chciałbym zacząć od samego pojęcia zielonego ładu.

Otóż pomysł, by do 2050 roku Europa stała się neutralna klimatycznie nie znaczy, że powinniśmy wyłącznie wytwarzać zieloną energię. Jest to w istocie zmiana podstawowego modelu cywilizacyjnego ludzkości. Od początku cywilizacji kolejne etapy rozwoju, kolejne sukcesy organizacji ludzkich społeczeństw wiązały się z postępem w pozyskiwaniu energii. Od oswojenia ognia, udomowienia zwierząt, nabycia umiejętności wykorzystywania energii wody, wiatru i słońca, aż po reaktory atomowe i ogniwa wodorowe rozwój przekładał się na większa konsumpcję energii. I wbrew pozorom, idea zielonego ładu nie opiera się – jak by chcieli ekoszaleńcy – na rezygnacji z konsumpcji energii. Jej fundamentem jest wizja oszczędzania zasobów Ziemi. Inaczej mówiąc, korzystanie z takich źródeł energii, które nie prowadzą do gwałtownej dewastacji środowiska naturalnego. I coś jeszcze. Otóż dotychczasowy model gospodarki był oparty o priorytet nieustannego wzrostu. Wzrostu wszystkiego, konsumpcji, inwestycji, produkcji… Tymczasem założenia Zielonego Ładu mówią, że priorytetem powinno być zachowanie Ziemi w stanie możliwie niezmienionym dla kolejnych pokoleń.

Upraszczając nieco: strategię nieustannej ofensywy i podboju mamy zastąpić strategią obrony stanu posiadania. Dotychczas mając do wybory zachowanie czystego jeziora albo wzrost PKB o pół procenta politycy i menedżerowie nie mieli wątpliwości: inwestujemy w PKB. Przyjęcie koncepcji Zielonego Ładu zakłada priorytet jeziora.

Nie jest natomiast prawda, że ta wizja jest równoznaczna z końcem kapitalizmu. Nowe technologie i Zielony Ład jako taki mogą, a nawet musza być powiązane z zyskiem. I znowu – wszelkie „zielone” pomysły przez wiele lat były domeną najróżniejszych ideologicznych proroków, przekonujących nas, że miasto ma być zamknięte dla samochodów, a podstawą pożywienia ludzkości powinny być korzonki i plewy. Każdy normalny człowiek na takie dictum stukał się w czoło i czym prędzej uciekał od wszelkich ekologicznych pomysłów.

Tymczasem koncepcja „Zielonego Ładu” sprytnie ukradziona przez skrajną lewicę w istocie jest bardzo bliska konserwatyzmowi. W końcu – historycznie rzecz biorąc – to lewica opiewała dymiące kominy fabryczne i „postępową” industrializację. Wizja konserwatywna by natomiast wizją zrównoważonego rozwoju z szacunkiem dla dziedzictwa, które mamy chronić.

Tak, sztandarowa koncepcja Komisji Europejskiej jest próbą wprowadzenia do Europy nowej ideologii. Co więcej jest próbą dyskretnego przemalowania niebieskiej flagi unijnej na zielono. Ale jest równocześnie szansą, żeby odebrać radykalnej lewicy monopol na promocję Zielonego Ładu. No i na ochronienie Europejczyków przed przeniesieniem się do jaskiń, wyburzeniem miast i walką o nieliczne leśne jagódki.

Jeżeli mamy rozmawiać na serio o Zielonym Ładzie to musimy zacząć od elementarza, czyli od policzenia co jest zielone a co jest jak arbuz zielone z wierzchu, czerwone w środku. Czerwoni zawsze chcieli więcej państwa, więcej regulacji, więcej państwowego kolektywizmu i oczywiście prymatu dowolnych pomysłów ideologicznych nad naturalną dla człowieka chęcią dobrostanu i zyskiwania na podejmowanych działaniach. Kiedy widzę bezsensownie zwężone jezdnie w miastach pod hasłem ograniczenia ruchu samochodowego to czekam na analizy – czy kosztowniejsze ekologicznie jest stanie tysięcy samochodów w korkach czy ograniczenie ruchu o 10 procent wkurzonych obywateli pocących się na rowerach albo w tramwajach, bo korki albo brak dostępnych parkingów wyrzucił ich z samochodów. Eksperyment w postaci lockdownu dowiódł, że ruch samochodowy ma nieznaczny wpływ na zanieczyszczenie powietrza w mieście. Ale być może się mylę, tylko byłbym wdzięczny za naukowe dowody.

Dowiadujemy się, że w krajach które najwcześniej zaczęły wprowadzać panele słoneczne, pojawia się problem z ich utylizacją. Bo cudowne, proekologiczne szybki się zużywają po kilkunastu-kilkudziesięciu latach. A zawierają wyjątkowo wredne dla przyrody metale ciężkie. Dopóki był to eksperyment, czy niszowy sposób pozyskiwania energii, to nie było problemu. Ale kiedy założymy panele na milionach dachów i zastawimy nimi tysiące hektarów to problem może się okazać dużo większy niż ze składowaniem odpadów z elektrowni atomowych.

Gdyby przypadkiem spełniła się obietnica premiera Morawieckiego i na ulicach mielibyśmy milion elektrycznych samochodów to najbardziej by zyskali producenci świeczek. Prądu by zwyczajnie nie wystarczyło i ogłaszano by niczym w czasach komuny 10 stopień zasilania. Nie mówiąc już o tym, że szczęśliwy posiadacz elektrosamochodu po podjechaniu na stacje ładowania by słyszał – sorry chwilowa przerwa w dostawach prądu. Oczywiście ekoszaleńcy by oznajmili „niech jedzie rowerem”. Tylko reakcja ludzi byłaby – jak sądzę – taka sama jak ludu Paryża, kiedy Maria Antonina poradziła, żeby wobec „chwilowych braków” chleba jadł ciasteczka.

W Świetlicy Wolności zaczęliśmy dopiero dyskusję, która powinna zajmować naszych polityków dużo bardziej niż to kto komu i dlaczego przerywał wywód o wyższości flagi tęczowej nad mieczykiem Chrobrego lub odwrotnie. Na razie zachowujemy się jak dzieci w piaskownicy. Zamiast zamawiana niezależnych ekspertyz i myślenia o konsekwencjach nieuniknionego Zielonego Ładu ogłaszamy rożne programy a to budowy elektrowni atomowej, a to pięciu, a to małych reaktorów a to dużych. Tutaj budujemy wiatraki a gdzie indziej ich zakazujemy. Kolejne inwestycje gazowe są przedstawiane jako wielka bitwa o suwerenność narodową, a węgiel (najlepiej ten z Donbasu) jest periodycznie ogłaszany polskim złotem.

To dom wariatów. Wypada przyjąć do wiadomości, że ochrona środowiska jest koniecznym priorytetem. I zabrać się do sensownej polityki jego ochrony. Być może zaczynając od zmiany modelu konsumpcji. Kiedy wprowadzałem się do mojego mieszkania w centrum Warszawy – ponad 30 lat temu – z okna widziałem warsztat szewski i punkty (kto wie co to było) repasacji pończoch. Dzisiaj widzę dwa kebaby i knajpę wegańską. Bo w ciągu tych lat przeszliśmy na nieumiarkowaną konsumpcję tandetnych jednorazówek. Jedną z podstaw myślenia o Zielonym Ładzie powinna być dyskusja o zmianie modelu produkcji z ładnych jednorazówek na produkty naprawialne o dłuższej trwałości. Mam 12 letni samochód. Ot taką większą siatkę na zakupy. Lekko obity, stoi pod domem a nie w garażu. W trasy czy na wakacje mam inny samochód. No i kiedyś pojechałem tym staruszkiem do specjalisty od tej konkretnej marki z pomysłem, że go sprzedam i kupię nowy. „Panie – usłyszałem – nie rób Pan tego. To jeszcze stary solidny silnik, dobre blachy itd. Ten samochód będzie panu służył dłużej niż nówka z downsizingiem i blachą jak papier”. Pytanie czy wprowadzając kolejne normy –nierealne – emisji spalin, ich twórcy wzięli pod uwagę koszt wytworzenia, utylizacji i napraw silników o kilkukrotnie mniejszej trwałości od tych starych rzekomo nieekologicznych? Wątpię.

Stoimy przed koniecznością zmiany filozofii życia. Jesteśmy zbyt bogaci i jest nas za dużo na świecie by kontynuować dotychczasowy model życia. Zielony Ład to nie wiatraczki, rowerki i wegańskie knajpy. To na przykład dyskutowany poważnie w Niemczech, a nieistniejący w polskiej debacie publicznej, problem przejścia na lokalne źródła energii. Na osiedlu domków jednorodzinnych, jeżeli mieszkańcy się dogadają, to mogą założyć panele słoneczne, postawić wiatrak i kupić (to zdecydowanie najdroższe) magazyn energii po czym powiedzieć wielkim firmom energetycznym – do widzenia, nie potrzebujemy was. Jeżeli w regionie zostanie zbudowana mała elektrownia atomowa jako stabilizator na wypadek kłopotów z prądem, to zamiast pisać do megakoncernów supliki o dodatkowy prąd, władze lokalne na spółkę z obywatelami mogą całemu regionowi zapewnić energetyczną neutralność.

Ktoś powie, że małe (od 50 do 300 MW) elektrownie atomowe są drogie. Tak. Ale 50 lat temu słyszeliśmy, że informatyzacja nie ma przyszłości, bo komputery są drogie.

Nie jestem specjalistą od energetyki i nie będę się mądrzył. Chciałem tylko zasygnalizować, że wobec perspektywy wydania kilkudziesięciu miliardów na modernizację linii wysokiego napięcia być może powinniśmy się zastanowić nad regionalizacją dystrybucji energii. Fizyka na poziomie liceum uczy, że podczas przesyłu tracimy sporą część energii. A takiej dyskusji poza bardzo wąskim gronem specjalistów nie ma. Tymczasem za chwilę te wszystkie kwestie zaczną nas dotykać. I socjalistyczni mentalnie politycy spróbują nam narzucić te pomysły, które wydaja im się dobre, albo (co bardziej prawdopodobne) te, które podrzucą im lobbyści.

Parę lat temu w Armenii zapytałem dlaczego w kraju, który ma ponad 300 dni słonecznych w roku, nie instaluje się masowo paneli słonecznych? Odpowiedź była jasna. Bo jest ustawa, która zmusza właściciela panelu do odsprzedaży swojego prądu po niskiej regulowanej cenie państwu (dokładniej monopoliście energetycznemu) i odkupienia go znacznie drożej. Koszt instalacji zwraca się po 10 latach a na dodatek właściciel nie ma prawa sam korzystać z własnego prądu nawet w wypadku – częstego w Armenii – wyłączenia.

Jak widać zieleń ma sporo rożnych odcieni. Ta dobra jest bliska wizji konserwatywnej. I warto by podjąć studia i debatę na temat ekokonserwatyzmu, zanim arbuzowi ekolodzy zbrzydzą obywatelom ten temat.