Atomowa Europa Środkowa
Andrzej Krajewski 10.08.2020

Jeszcze dekada, góra dwie i Polska będzie jedynym krajem Europy Środkowej, który swej energetyki nie oparł na elektrowniach atomowych.

 

Taki wniosek nasuwa się nieuchronnie wraz z napływem kolejnych informacji, co w tej materii słychać u naszych sąsiadów i w nieco odleglejszych krajach, leżących między: Bałtykiem, Morzem Czarnym i Adriatykiem. Na początku sierpnia tego roku Chorwacja i Słowenia rozpoczęły rozmowy, dotyczące wspólnej rozbudowy elektrowni atomowej zlokalizowanej w Krško. Oddana do użytku w 1983 r. siłownia miała zostać wygaszona za trzy lata. Jednak zaspokaja ona ok. 40 proc. zapotrzebowania na prąd Słowenii, więc taka decyzja pachniałby energetycznym samobójstwem. Zamiast wyłączenia szykuje się modernizacja i dokupienie nowych reaktorów. Zaledwie tydzień wcześniej rząd w Pradze zawarł kontrakt z największą, czeską spółką energetyczną ČEZ, zlecający jej rozbudowę elektrowni atomowej Dukovany. Ona również ma swoje lata, bo całą inwestycję nieopodal Třebíč rozpoczęto w 1974 r.

Na Węgrzech siłownię jądrową w Paksu od pięciu lat rozbudowuje koncernem Rosatom, szykując uruchomienie dwóch nowych reaktorów. Nota bene, za sprawą sprytnego balansowania między interesami krajów Zachodu a Moskwą, udało się Viktorowi Orbanowi przekonać Rosjan, żeby sami zechcieli sfinansować inwestycję. Rosatom z poparciem prezydenta Putina zdobył na nią 10 mld dolarów, które następnie rząd Węgier przyjął w postaci długoterminowego kredytu. Teraz z niego wypłaca rosyjskiemu koncernowi kolejne transze należności. Słowacja ma swoje dwie, wielkie elektrownie atomowe Bohunice i Mochovce. Ta druga jest właśnie powiększana o dwa, nowe reaktory.

Podobne działania planują Rumuni w swej siłowni jądrowej Cernavodă. Początkowo Bukareszt zamierzał zawrzeć kontrakt na postawienie tam dwóch nowych bloków energetycznych z China General Nuclear Power Corporation (CGN). Jednak po interwencji amerykańskiej ambasady rozmowy zostały zerwane. Waszyngton nie zamierzał oddać strategicznej inwestycji na terenie sojusznika w ręce największego obecnie wroga, Zamiast kontraktu z Chińczykami w styczniu 2019, prezydent Rumunii Klaus Iohannis podpisał z Donaldem Trumpem deklarację o „pogłębieniu współpracy amerykańsko-rumuńskiej w dziedzinie energetyki jądrowej”. To niechybnie oznacza, że elektrownię Cernavodă będzie rozbudowywać koncern energetyczny z USA.

Jako ciekawostkę (choć z drugiej strony Bałtyku) należy dodać tu Finlandię, gdzie właśnie trwa modernizacja dwóch reaktorów w elektrowni Olkiluoto oraz rozpoczęto budowę zupełnie nowej siłowni jądrowej w Pyhäjoki. Na co zgodzę wydali mieszkańcy okolicznych gmin w przeprowadzonym wcześniej referendum.

Tak oto 35 lat po katastrofie w Czarnobylu energetyka jądrowa zaczyna w Europie Środkowej przeżywać swój renesans. Co nie jest takim znów ewenementem w światowej skali, ponieważ obecnie trwa budowa 55 zupełnie nowych reaktorów atomowych. Najwięcej takich inwestycji rozpoczęto w: Chinach, Indiach, Korei Południowej i USA. Zaś jedynym państwem na serio rezygnującym z tej możliwości wytwarzania prądu są Niemcy.

Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Jedna z ważniejszych (choć może nie główna), to koszty energii. Budowa elektrowni atomowej może trwać nawet dwie dekady i pochłonąć ponad 10 miliardów dolarów (dlatego najbardziej opłaca się modernizować i rozbudowywać stare siłownie), ale potem inwestycja zaczyna się błyskawicznie spłacać.

Weźmy przeciętną elektrownię zasilaną węglem kamiennym o mocy 4 tys. MW. Taką jak np. w Kozienicach. Rocznie spala ona 8 mln ton węgla kamiennego. Obecnie jego tonę na giełdzie w Amsterdamie można kupić bardzo tanio, bo już za ok. 55 dolarów. Przez rok pracy Kozienice spalają więc trochę mniej niż pół miliarda dolarów. Bywały jednak czasy (i to zaledwie dwa lata temu), gdy węgiel kosztował ponad 100 dolarów. Łatwo policzyć, iż wówczas koszt prądu z elektrowni w Kozienicach dochodził do miliarda dolarów rocznie. Najzabawniejsze w tym jest, że nadal wychodziło to taniej, niż realna cena pozyskania tej samej ilości energii z elektrowni wiatrowych oraz paneli słonecznych.

Elektrownia atomowa o tej samej mocy, co kozienicka zużywa ok. 30-50 ton uranu rocznie. Jego cena ostatnio mocno wzrosła i taką ilość trudno zakontraktować na giełdzie za mniej niż… 4 mln dolarów. Mimo drożyzny w branży paliw jądrowych trudno nie zauważyć różnicy miedzy czterema milionami a miliardem. Acz pieniądze to nie wszystko, bo w dzisiejszych czasach zaczynają mniej ważyć od dwutlenku węgla. Jego emisję mają ograniczyć odnawialne źródła energii. Jednak transformacja energetyczna okazał się przedsięwzięciem bardzo kosztownym, mimo iż sama produkcja turbin wiatrowych i paneli słonecznych, a następnie ich instalowanie są to rzeczy od strony technicznej banalnie proste. Przez długie lata wszystko komplikowały koszty prądu. Ten z wiatraków był początkowo 20-30 proc. droższy niż z elektrowni węglowych. W przypadku paneli słonecznych różnica okazywała się kilkukrotnie większa. „Oszukanie” praw rynkowych wymagało stworzenia całego systemu dopłat, a także podnoszenia cen energii konsumentom, żeby transformacja nie umarła śmiercią naturalną.

Wielką rolę odgrywa tu, uruchomiony w 2008 r. Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS). W jego ramach każdy kraj dostaje pulę uprawnień do określonej ilości dwutlenku węgla, jaką jego przemysł może wysłać do atmosfery. Gdy się ona wyczerpuje firmy nie potrafiące ograniczać emisji CO2, muszą kupić dodatkowe certyfikaty. Ich cena od kilku lat sukcesywnie rośnie. Boleśnie odczuwają to koncerny energetyczne, posiadające elektrownie węglowe. Ich los byłby już przesądzony, gdyby nie kolejna, technologiczna przeszkoda. Elektrownie wiatrowe oraz słoneczne pracują średnio przez 20-30 proc. doby, pozostając całkowicie uzależnione od tego, czy wieje wiatr lub świeci słońce. Nie potrafią więc obsłużyć szczytów energetycznych. Z kolei, gdy nadchodzi wichura nagle następuje przeciążenie sieci z powodu nadmiaru mocy. W obu, skrajnych przypadkach niedoboru lub nadmiaru prądu całemu państwu grozi blackout. Ryzyko załamania się dostaw energii znacząco rośnie, kiedy więcej niż 30 proc. jest pozyskiwana ze źródeł odnawialnych. Bezpieczeństwo każdego państwa wymaga utrzymywania tradycyjnych elektrowni, które ze względu na swą elastyczność stabilizują cały system, bo w razie konieczności zapewnią mu szybko ponad 70 proc. potrzebnej mocy.

W Niemczech, gdy zaczęto wygaszać kolejne reaktory, kluczową rolę przejęły elektrownie zasilane węglem brunatnym. W odwrotności do atomowych dewastują one środowisko naturalne, nie tylko za sprawa emisji CO2, ale też konieczności rozbudowy odkrywkowych kopalń. Olbrzymia fala krytyki ze stronny obrońców środowiska naturalnego oraz chęć Berlina, by świecić przykładem w walce z ociepleniem klimatu, przyniosły korektę strategii. Dziś elektrownie węglowe są zastępowane przez gazowe, które emitują o jedną trzecią dwutlenku węgla mniej. Paliwo do nich zapewni Rosja za pośrednictwem gazociągów Nord Stream oraz (jeśli uda się obejść amerykańskie sankcje) Nord Stream 2.

I w tym momencie zaczyna się miejsce na renesans energetyki jądrowej. Kraje Europy Środkowej w odpowiedzi na obostrzenia EU ETS, chcąc uniknąć błędów Berlina oraz uzależnienia od kaprysów Moskwy, zaczęły jedne za drugim modernizować posiadane elektrownie atomowe. Dzięki temu otwiera się przed nimi szansa posiadania stabilnych systemów energetycznych, w których reaktory atomowa i odnawialne źródła energii znakomicie się uzupełniają. Zaś emisja dwutlenku węgla oscyluje wokół zera. Daje to także szansę na większą niezależność polityczną.

Ten fakty dostrzega się również w Polsce, dzięki czemu już od kilkunastu lat myśli się o zbudowaniu elektrowni atomowej. Zaledwie kilka lat myślenia wystarczyło, by w 2010 r. rząd Donalda Tuska powołał do życia spółkę PGE EJ 1, której zadaniem było przygotowanie inwestycji. Czyli znalezienie w kraju lokalizacji dla jednej lub dwóch siłowni jądrowych, sporządzenie wstępnych kosztorysów oraz planów budowy. Wreszcie wskazania potencjalnych wykonawców, dysponujących odpowiednimi technologiami. Przez dekadę istnienia spółka wydała na pensje, dla 78 pracowników oraz 9 członków zarządu, pół miliarda złotych. Intensywne myślenie w końcu musi kosztować adekwatnie do wysiłku.

Wreszcie po dziesięciu latach kolejny z zarządów w kwietniu 2020 opublikował oświadczenie, że PGE EJ 1 prowadzi: „cyklicznie bada nastawienie mieszkańców Pomorza do budowy elektrowni jądrowej”. Badanie ponoć idą świetnie. Niecały rok wcześniej pełnomocnik rządu do spraw strategicznej infrastruktury energetycznej Piotr Naimski zadeklarował, że rząd myśli nad tym, by do końca 2045 r. powstało w Polsce 6 reaktorów jądrowych o łącznej mocy 6 GW. Zajęłyby one miejsce wygaszanych elektrowni węglowych.

Przed nami więc kolejne dekady myślenia. Zapewne już po następnej z powodu idących w górę cen prądu, konieczności dekarbonizacji oraz niestabilności systemu energetycznego, zacznie się szukanie winnych, czemu nic z owego myślenia nie wynika. Wówczas ich wskazanie okaże się niezwykle proste. Po pierwsze Edward Gierek, który nie rozpoczął budowy elektrowni atomowej nad Jeziorem Żarnowieckim, choć planowano to od 1971 r. Po drugie gen. Wojciech Jaruzelski, bo wprawdzie inwestycję nakazał rozpocząć, lecz nie dopilnował podwładnych i stale zawalano terminy. Na koniec premier Tadeusz Mazowiecki, który na fali histerii po katastrofie w Czarnobylu, zgodził się, żeby prawie już gotową elektrownię zamknięto i rozkradziono. Po wskazaniu tych osób polski rząd skupi się na marzeniu o energetyce jądrowej, zaś prąd kupimy od sąsiadów.