Autodestrukcja po niemiecku
Andrzej Krajewski 25.02.2020

Co jakiś czas Niemcy stają się zbyt wielkie na Europę, lecz nigdy dość potężne, by zdobyć pozycję światowego mocarstwa. Acz trzykrotnie znajdowały się od tego dosłownie o krok. Dwukrotnie sen pryskał za sprawą wywołanej na własne życzenie katastrofy. Jej nadejście zawsze zwiastował nadmiar wiary we własną doskonałość i potęgę.

 

Państwo niemieckie jest ekonomicznym fenomenem, którego niezwykłość najlepiej widać w dłuższej perspektywie. Gdy w 1871 r., pod auspicjami Prus powstała II Rzesza, jej gospodarka wytwarzał 6 proc. światowej produkcji przemysłowej. Pozostając daleko za Wielką Brytania, do której należało aż 40 proc. produkcji. Tą przepaść Niemcy zasypywali z wielką determinacją i pracowitością. Minęło ledwie 40 lat i oba mocarstwa mogły się pochwalić podobnym udziałem wyrobów przemysłowych w światowym rynku. Przy czym to nie Wielka Brytania odnotowała spadek, lecz Niemcy rewelacyjnie szybki, nieprzerwany wzrost gospodarczy, zwiększając swą produkcję przemysłową pięciokrotnie. Anglicy na dokonanie analogicznego skoku potrzebowali nie 40., lecz ponad 100 lat.

Gdy nadszedł rok 1914 gospodarka niemiecka ustępowała jedynie amerykańskiej, mogąc się przy tym pochwalić wytwarzaniem urządzeń uznawanych za niezawodne i doskonałe. Marki: Krupp, Siemens, Bosch, czy Daimler, były czymś takim, jak dziś: Apple, Microsoft, czy Tesla. Wymienione koncerny symbolizowały nowoczesności. Anglicy natomiast mogli jedynie przeklinać ten dzień w 1887 roku, gdy brytyjski parlament przyjął specjalną ustawą, narzucającą niemieckim eksporterom obowiązek oznaczania wszystkich produktów etykietą „made in Germany”. W zamyśle rządu Zjednoczonego Królestwa ta metka miała odstraszać konsumentów, tymczasem oni ją pokochali.

Błyskawiczny wzrost potęgi II Rzeszy długo umykał uwadze świata. Działo się tak za sprawą wirtuozerii, z jaką Otto von Bismarck grał w polityce europejskiej rolę – jak sama mawiał – „uczciwego maklera”. Po pokonaniu Francji kanclerz wyrzekł się wszelkich roszczeń terytorialnych i konsekwentnie skupił na roli arbitra, pomagającego pokojowo rozstrzygać spory wybuchające w Europie. Jednocześnie starał izolować Francję, podporządkować II Rzeszy Austro-Węgry, przyjaźnić z Rosją i nie drażnić Wielkiej Brytanii. Pod parasolem tej strategii niemiecka gospodarka sukcesywnie podbijała Stary Kontynent. Gdy w Rosji narastało rewolucyjnie wrzenie, francuska III Republika zataczała się od jednego kryzysu politycznego do drugiego, to Niemcy rosły w siłę. Ich jedynym poważnym przeciwnikiem okazywał się Londyn. Ale Wielką Brytanię przytłaczało brzemię kolonialnego imperium. Na początku XX w. Zjednoczone Królestwo musiało pacyfikować powstanie Burów w Południowej Afryce i zmagać z niepodległościowymi aspiracjami Hindusów. Problemów przybywało, a Niemcy nie mieli prawie żadnych. Bismarck sądził, że wystarczy cierpliwie czekać, aż jego kraj w naturalnym sposób uporządkuje Stary Kontynent wedle własnych potrzeb.

Jednak wcześniej nastąpiła w niemieckiej polityce wymiana pokoleń. Młody cesarz Wilhelm II pozbył się „Żelaznego Kanclerza”, bo nie zamierzał czekać, aż Europa dobrowolnie uzna dominację II Rzeszy. Ani stopniowe wchłanianie Austro-Węgier, ani to, że cała Europa Środkowa stała się zapleczem dla niemieckiej gospodarki, nie zaspokajało jego ambicji. Wilhelma II zupełnie nie doceniał faktu, iż nowe trendy intelektualne od prawicy zapatrzonej w Friedricha Nietzsche, po wielbiącą Karola Marska lewicę, kreowali Niemcy. Równie nieistotne dla niego było, że w latach 1901-1914 na 42 Nagrody Nobla z nauk ścisłych aż 14, czyli ok. 30 proc. przypadło niemieckim uczonym. Potencjał naukowy II Rzeszy był większy od francuskiego i brytyjskiego razem wziętych. Bił na głowę nawet amerykański. Tak jedno pokolenie w zaledwie cztery dekady przekształciło konglomerat państewek w niemal najpotężniejsze mocarstwo świata. Po czym kolejne pokolenie straciło umiar.

Cesarz Wilhelm II zażądał od Wielkiej Brytanii kolonii i jednocześnie zaakceptował program gwałtownej rozbudowy floty. Gdy Berlin odkrył karty w Londynie zapachniało paniką. W efekcie brytyjski rząd przystał na od dawna ponawiane propozycje Francji, by wspólnie z Rosją okrążyć II Rzeszę. Zamiast poczekać na nieuchronny sukces, niemieckie elity polityczne na początku XX w. wybrały otwartą konfrontację z innymi mocarstwami. To musiało zakończyć się wojną. Tymczasem mocarstwa lądowe okrążone przez mocarstwa morskie (w tym wypadku Wielką Brytanię i USA) wojny z reguły przegrywają. Zamiast zostać potęgą równorzędną dla Stanów Zjednoczonych II Rzesza poniosła upokarzającą klęskę.

To, jak szybko potrafiła się z niej podnieść znów imponowało. Wykrwawione po I wojnie światowej Francja i Wielka Brytania okazały się gotowe w latach 30. ubiegłego stulecia na daleko idące ustępstwa, byle tylko nie musieć znów walczyć z Niemcami. Ci pod wodzą Adolfa Hitlera bez wystrzału odzyskali kontrolę nad Nadrenią, anektowali Austrię i Czechy. Wetując sobie straty terytorialne, jakie przyniósł traktat wersalski. Już tylko to wystarczyło, by III Rzeszy w Europie Środkowej podporządkowały się: Węgry, Rumunia, Słowacja i Bułgaria. Ale opętany wizją zdobycia zupełnie zbytecznej Niemcom „przestrzeni życiowej” („lebensraum”) na wschodzie, Adolf Hitler i tak wszczął nową wojnę. Powielając wszystkie błędy Wilhelma II oraz dodając mnóstwo własnych. Okrążona przez koalicję mocarstw III Rzesza musiała ponieść klęskę, bo na realizację megalomańskich planów nie posiadała dość potencjału przemysłowego, ludnościowego oraz własnych złóż ropy.

Jednak, gdy po II wojnie światowej zniszczone i podzielone Niemcy błyskawicznie podnosiły się z ruin, znów imponując swą żywotnością. Z dwóch wielkich klęsk wyciągnięto też wnioski. Symbolami Republiki Federalnej Niemiec stały się: umiarkowanie, przewidywalność oraz wyrzeczenie przemocy. Jej ojciec założyciel, kanclerze Konrad Adenauer odrzucił pruski militaryzm na rzecz idei budowania w Europie wspólnie z Francją unii gospodarczej, a następnie politycznej. Pół wieku później ponownie zjednoczone przez kanclerza Helmuta Kohla państwo niemieckie mogło gratulować sobie kolejnych sukcesów. Dziś ich miarą stała się gospodarcza potęga, wręcz nieproporcjonalna w stosunku do możliwości. Przez ostatnie dwadzieścia lat licząca 80 mln mieszkańców RFN ściga się o pozycję największego eksportera z czterokrotnie bardziej zaludnionymi Stanami Zjednoczonymi oraz posiadającymi piętnaście razy więcej mieszkańców Chinami. Zwiększając w tym czasie wartość swego eksportu z 650 mln euro w 2004 r. do ponad 1,2 bln obecnie. Marka „made in Germany” nadal ma swoją moc. Przy czym RFN najpewniej nie mogłoby się stale chwalić takimi osiągnięciami oraz nadwyżką w handlu zagranicznym (wynoszącą średnio 250 mld euro rocznie) bez unii walutowej. Wspólny rynek i wprowadzenie euro były dla niemieckiej gospodarki niczym turbodoładowanie. W parze z jej sukcesami szedł nieustany wzrost wpływów politycznych. Za rządów Adenauera i de Gaulle to Francja kształtowała politykę wspólnoty. Obecnie, pomimo ambicji prezydenta Marona, to wola Berlina decyduje o kierunku, w jakim zdąża Unia. Bismarck miał racje, że zjednoczone Niemcy powinny unikać wojen i zamiast walczyć, muszą ciężko pracować. Ale tak samo ważne okazuje się unikanie popadania w głębokie samozadowolenie, bo wystrzeganie się starych błędów nie chroni przed nowymi.

Od momentu narodzin RFN jej najstabilniejszymi filarami były gospodarka i system polityczny. Ta pierwsza imponowała innowacyjnością i siłą w głównej mierze za sprawą przemysłu samochodowego. Z kolei niemiecka polityka była do bólu nudna i przewidywalna dzięki chadekom. Przez 71 lat istnienia Republiki Federalnej kanclerze, którzy nie wywodzili się z CDU/CSU rządzili w sumie ledwie 13 lat. Niezależnie co się działo, to chadecy stanowili trzon systemu politycznego i główną siłę go stabilizującą. Te dekady sukcesów stanowiły znakomitą pożywkę do przekonania o własnej doskonałości oraz nieomylności. Podobnie rzecz się miała z koncernami samochodowymi.

Weryfikowanie przez życie niemieckiego samozadowolenia rozpoczęło się w 2015 r. We wrześniu tamtego roku Agencja Ochrony Środowiska Stanów Zjednoczonych (EPA) ujawniła, że w samochodach Volkswagena (a więc także marek: SEAT, Audi i Skoda), napędzanych silnikiem Diesla, instalowano oprogramowanie, pozwalające fałszować pomiary emisji spalin podczas badań kontrolnych. Wykrywało ono moment, gdy auto przechodziło test, przełączając wówczas silnik na tryb niskoemisyjny. Niemożliwy do zastosowania podczas normalnej jazdy. Wybuch afery zaowocował koniecznością wypłaty odszkodowań użytkownikom „podrasowanych” samochodów oraz zaspokojenia roszczeń rządu USA. Kosztowało to niemiecki koncern ponad 25 mld dolarów. Wyszedł on z opresji obroną ręką dzięki stałemu wsparciu, udzielanemu przez rząd Angeli Merkel. Jednak nie zniwelowało ono strat, jakie przyniosło przekonanie o nieomylności.

Gdy czując ducha nowych czasów koncerny motoryzacyjne w USA i Japonii inwestowały olbrzymie sumy w rozwój aut on napędzie elektrycznym lub hybrydowym, niemieckie firmy uparcie doskonaliły silnik Diesla. Kiedy zaś okazało się, że brak możliwości technologicznych dalszej redukcji emitowanego przez niego dwutlenku węgla oraz zanieczyszczeń, wolały skupić cały wysiłek na ukrywaniu faktów, niż przyznać się do błędu. Tak stracono wiele lat, podążając ścieżką donikąd. Amerykanie, Chińczycy i Koreańczycy budowali zaplecze niezbędne do rozpoczęcia elektromobilnej rewolucji, na czele w wielkimi wytwórniami baterii elektrycznych, niemieckie firmy doskonaliły silnik Diesla. Teraz muszą gonić konkurentów, którzy wysforowali się daleko do przodu. Jak jest to trudne pokazują opublikowane niedawno wyniki finansowe koncernu Daimler. Właściciel m.in. marki Mercedes-Benz zakończył IV kwartał ubiegłego roku stratą w wysokości 11 mln euro. Zresztą cały rok 2019 był dla Daimlera fatalny. Wprawdzie nadal odnotował 2,71 mld euro zysku, lecz był on trzykrotnie mniejszy niż w 2018 r. Firma płaci koszty powszechnego odwrotu na Zachodzie od silnika Diesla, do tego jeszcze musi gwałtownie zwiększyć wydatki na przygotowania do produkcji samochodów z napędem elektrycznym.

Ciężka zadyszka przemysłu motoryzacyjnego mogłaby się rozejść stopniowo po kościach, gdyby nie zbiegła się z coraz wyraźniejszymi symptomami destabilizowania się systemu politycznego RFN. W feralnym roku 2015 r., gdy do Europy napływały miliony przybyszy z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej (w dużej mierze nie mający nic wspólnego z wojną w Syrii) kanclerz Merkel, bez porozumienia z innymi państwami UE, zdecydowała, że konwencja dublińska chwilowo nie obowiązuje. Wedle jej zapisów uchodźca składa podanie o azyl w pierwszym kraju UE, do którego trafił, a jeśli go opuści, jest tam odsyłany. To pozwalało trzymać nielegalnych przybyszy na granicach Unii. Chcąc dowieść, że Niemcy stały się najbardziej humanitarnym narodem świata pani kanclerz nakazała przyjąć wszystkich, a nawet zaprosiła kolejnych. Tak potęgując falę, która o mały włos nie zmiotła układu z Schengen i doprowadziła do zamknięcia granic w całej Europie. Kryzys udało się Berlinowi zażegnać za sprawą porozumienia z Turcją i zapłacenia jej sowitego bakszyszu. Mimo to wpuszczenie jednorazowo tak licznej fali emigrantów zachwiało w Niemczech pozycją CDU, a w Bawarii CSU. Najpierw część najbardziej niezadowolonych działaczy zaczęła przenosić się do radykalnie anty-emigranckiej AfD. Wkrótce za nimi podążyli pierwsi wyborcy. Na lewicy ten sam proces dotknął SPD. Poparcie dla tej partii topnieje, bo dotychczasowy elektora przerzucił się na Zielonych, postkomunistów albo … Alternative für Deutschland. Kiedy więc dwa tygodnie temu wyszło na jaw, że lokalni przywódcy chadeków w Turyngii, przy wyborze nowego premiera landu dogadywali się po cichu z deputowanymi do landowego parlamentu z AfD, zapachniało przyśpieszeniem biegu zdarzeń. Wkrótce do dymisji podała się przewodnicząca CDU. Wyznaczona przez Angelę Merkel na „następczynię tronu” Annegret Kramp-Karrenbauer przyznała, iż odchodzi bo partyjne doły (nie tylko w Turyngii) zupełnie ignorują jej polecenia, a w stronnictwie pachnie rewoltą. Wszystkie znaki na niebie i ziemi coraz mocniej wskazują, że po wyborze nowego przewodniczącego CDU przyjedzie pora w Niemczech na przedterminowe wybory parlamentarne. Akurat w momencie, gdy światowa gospodarka odczuwać będzie skutki już nie tylko wojny handlowej ale też epidemii koronawirusa.

Tej niedzieli w wyborach do parlamentu Hamburga (miasto na prawach landu) CDU poniosło miażdżącą klęskę, otrzymując ledwie 11 proc. głosów. Powody do radości ma jeszcze SPD, bo wprawdzie straciła niemal 7 proc. poparcia, ale z 39 proc. głosów nadal jest najsilniejszą partią w landzie. Jednak prawdziwi zwycięzcy to Zieloni, którzy podwoili wynik z poprzednich wyborów, otrzymując ponad 24 proc. głosów. Potwierdza to prawidłowość, że właśnie na tę partię najchętniej przenoszą głosy wyborcy w zachodnich landach. Ci ze wschodu wolą AfD. Podział biegnie tak, jak niegdyś przebiegała granica między NRD a RFN. Dwubiegunowe Niemcy ze spolaryzowaną sceną polityczną, bez CDU/CSU przy władzy i z przemysłem samochodowym w zapaści raczej nie będą już tak nudnym i obliczalnym państwem. Zaś ich trzecie podejście do zdobycia rangi światowego mocarstwa znów może zakończyć się serią turbulencji niezbyt miłych dla całej Europy.