Autostradowa niemoc
Łukasz Warzecha 15.08.2018

Kupowałem właśnie dla kogoś winietę dwumiesięczną na austriackie autostrady. W tym roku po raz pierwszy można to zrobić przez internet, bo prócz tradycyjnych winiet w postaci naklejek, w Austrii pojawiły się winiety elektroniczne – podobnie jak od kilku lat na Węgrzech czy Słowacji. Dwumiesięczna winieta na austriackie autostrady kosztuje na stronie operatora tychże w przeliczeniu z euro ok. 110 złotych. Przypomnę, że przejazd w obie strony polską autostradą A2, tylko na odcinku zarządzanym przez Kulczykową Autostradę Wielkopolską S.A., kosztuje 136 złotych. Razem z odcinkiem zarządzanym przez GDDKiA to już prawie 156 zł.

 

O polskich rekordowo drogich autostradach, zbudowanych w ramach partnerstwa publiczno-prywatnego, pisałem kilka miesięcy temu na blogu WEI. Od tego czasu nic się nie zmieniło w stawkach za przejazdy autostradami A2, A1 i A4 na odcinkach, będących w prywatnym zarządzie (może coś najwyżej zdrożało, mogłem nie zauważyć). Przypomnę więc tylko tym, którzy twierdzą, że jako liberał nie powinienem się na ceny oburzać, że nie jest to w żadnym razie przykład działania wolnego rynku. Umowy z koncesjonariuszami były zawierane w warunkach dalekich od przejrzystości, autostrady nie są prywatne i nie zostały wybudowane za prywatne pieniądze wraz ze związanym z tym ryzykiem, ale przy udziale państwowych gwarancji. Drogi zaś nie są dobrem, które funkcjonuje w warunkach wolnej konkurencji. Nie mamy przecież trzech czy czterech równoległych autostrad wschód-zachód czy północ-południe, które rywalizowałyby o klientów.

Pretekstem do przypomnienia tematu autostradowego jest informacja o tym, że wobec niemocy polskiego państwa około 900 km autostrad, zarządzanych przez GDDKiA, pozostanie bezpłatne (w sensie opłat bieżących, bo przecież za ich budowę zapłaciliśmy w naszych podatkach) w ciągu prawdopodobnie najbliższych lat. W zasadzie można się cieszyć – im więcej pieniędzy zostaje w kieszeniach obywateli, tym lepiej. Z drugiej jednak strony kolejny raz okazuje się bowiem, że polskie państwo, niezależnie od tego, kto nim rządzi, jest z dykty.

Po pierwsze, poza ogłoszonym zaledwie w lutym tego roku śledztwem w sprawie okoliczności podpisania umowy na budowę A2 (bardzo słusznie) rząd nie zrobił kompletnie nic, aby przyjrzeć się i zrewidować umowy z prywatnymi koncesjonariuszami, owocujące absolutnie horrendalnymi stawkami opłat za przejazd, szczególnie w relacji do mediany wynagrodzeń. Łatwo jest toczyć symboliczną wojnę z rzekomym postkomunizmem i zaspokajać potrzeby twardego elektoratu retorycznymi popisami przychylnych władzy komentatorów w programach publicystycznych – znacznie trudniej wziąć się za problem, dotykający setek tysięcy ludzi, i doprowadzić do jego rozwiązania.

Po drugie – pod względem sposobu wnoszenia opłat autostradowych Polska jest absolutnym ewenementem. I to akurat jest dowód niemocy i indolencji wielu rządów, nie tylko tego. Podróżując po Europie, nie natknąłem się na inne państwo, gdzie funkcjonowałyby równolegle: przejazdy bezpłatne, opłaty wnoszone po przejechaniu każdego kolejnego odcinka (najbardziej archaiczna metoda), bilety pobierane przy wjeździe i opłaty przy zjeździe, wreszcie system ViaToll dla samochodów osobowych, działający na tak niewielkim odcinku, że poza regularnie podróżującymi nikomu nie opłaca się z niego korzystać. Współczuję obcokrajowcom, którzy muszą się w tym jakoś połapać.

Nie ma żadnego racjonalnego powodu, dla którego na początku budowy systemu autostrad ówczesne rządy nie postawiły na system winiet, wygodny i obowiązujący w wielu krajach w Europie. Byłby on do zorganizowania nawet przy założeniu budowy dróg w systemie partnerstwa publiczno-prywatnego. Wpływy z winiet można by mianowicie dzielić pomiędzy prywatnych koncesjonariuszy proporcjonalnie do natężenia ruchu, którego obliczenie nie wymagałoby budowy bramek. Być może jednak koncesjonariusze musieliby się wówczas pogodzić z mniejszymi wpływami. Dlatego ja brak systemu winietowego tłumaczę sobie tym, że to nie państwo było wówczas partnerem, stawiającym swoje warunki, ale pełniło raczej funkcję usługową wobec tych, którzy mieli akurat ochotę na polskich autostradach zarobić. I to, jak widać, idzie im znakomicie.

Dziś wiadomo, że państwo nie jest gotowe na uruchomienie systemu poboru opłat dla samochodów osobowych po tym, jak wkrótce wygaśnie umowa z firmą Kapsch, dotąd kontrolującą ViaToll. Jak, kiedy, czy w ogóle taki system ma szansę ruszyć – nie wiadomo. Jakikolwiek spójny i wspólny system opłat za wszystkie autostrady w Polsce – czy to oparty na winietach, czy na urządzeniach takich, z jakich dziś korzystają pojazdy powyżej 3,5 tony – pozostaje w sferze marzeń. (Ja w każdym razie pamiętam, że system elektronicznego poboru opłat od samochodów osobowych na autostradowych bramkach mogłem podziwiać w Portugalii już jakieś 16 lat temu.) A wszystko to po trzech latach rządów, które miały podobno przełamać imposybilizm i zrobić porządek z wykorzystywaniem państwa przez uprzywilejowane bezzasadnie grupy biznesowych interesów. A gdzie widać to wyraźniej niż w przypadku autostrad?