Awersja do ryzyka
Łukasz Warzecha 14.10.2020

Gdyby współczesnego człowieka przenieść w czasy Sienkiewiczowskiej Trylogii, groziłoby mu pomieszanie zmysłów. Nie z powodu samej podróży w czasie, odmienności języka (którego Sienkiewicz przecież nie odtworzył, a jedynie wystylizował zgodnie z XIX-wiecznym wyobrażeniem o XVII-wiecznej polszczyźnie) czy choćby warunków higienicznych. Jednym z największych szoków dla współczesnego człowieka byłoby wszechobecne ryzyko śmierci, a może nawet nie tyle bezpośrednio ono samo, ile spokojny do niego stosunek naszych przodków. 

 

Ryzyko śmierci w połogu, dziecka w niemowlęctwie, wskutek zabaw, które dziś uznane by zostały za koszmarnie ryzykowne, wskutek chorób, gwałtu, wojny, napadu, w wyniku upadku z konia, poparzenia w kuchni i setek innych możliwych przyczyn. Ludzie poniekąd żyli w cieniu śmierci, więc musieli do niej przywyknąć. Zresztą XVII wiek nie był już pod tym względem tak dramatyczny – wszak wciąż dokonywał się postęp, choć akurat w kwestii oczekiwanej długości życia przez setki lat był on bardzo niewielki. Jan Kochanowski umierając w roku 1584 miał zaledwie 54 lata, ale w kategoriach końca XVI w. był już osobą wiekową. Kanclerz Jan Zamoyski, zmarły w 1604 r., umierał jako „sędziwy” 63-latek. A mówimy o ludziach, którzy żyli w warunkach względnych wygód i komfortu, z dostępem do środków higieny czy lekarzy. 

Współczesny człowiek, którego średnia życia jest często ponad dwukrotnie wyższa niż w tamtych czasach, zapałał awersją do ryzyka. Ta awersja ma różne źródła – być może powstały już pogłębione studia na ten temat. Na pewno jest nią trauma dwóch światowych wojen, wciąż obecna w psychice dzisiejszych ludzi, nawet jeśli już tylko na zasadzie przekazu, a nie bezpośredniego doświadczenia. 

Jest nim także usilna praca koncernów, które z zapobiegania ryzyku zrobiły jeden ze swoich podstawowych modeli marketingowych – by wspomnieć o Volvo, które jako pierwsze zainstalowało trzypunktowe pasy bezpieczeństwa jeszcze pod koniec lat 50. i zrobiło wokół tego duży szum. Dzisiaj jedną z głównych zalet nowego samochodu ma być to, że da nam poczucie, iż opiekuje się nami przez cały czas, a w razie czego sam zahamuje, skręci, wezwie pomoc. Być może następnym krokiem będzie katapulta. Jednocześnie robi się wszystko, żeby przekonać ludzi, że jazda samochodem ma być nudno bezpieczna. Wolno, najlepiej bez wyprzedzania – byle uniknąć ryzyka. 

Winne są wreszcie rządy, które z choćby tylko retorycznego zaspokajania potrzeby bezpieczeństwa zrobiły sobie znakomity wehikuł wyborczy. Szeroko pojmowane bezpieczeństwo zaś – o czym na blogu WEI pisałem wielokrotnie – jest najlepszym pretekstem do odbierania nam pieniędzy oraz kolejnych obszarów wolności. Ogromna grupa obywateli zgodziłaby się chodzić na co dzień obowiązkowo w zielonych skarpetach i z wiadrem na głowie, gdyby rząd obiecał im, że dzięki temu będą bezpieczniejsi. I jeszcze przekonywaliby, że to mądre, zasadne i słuszne. 

Wszystkie te zjawiska wzmocniły się znacząco, gdy zaczęła się pandemia SARS-COV2. To, co się dzieje – również w Polsce – trzeba widzieć w dwóch planach. Pierwszy to wielokrotnie już przeze mnie opisywana dość prymitywna operacja na społecznych emocjach. Schemat jest przejrzysty: ponieważ zawaliliśmy sprawę i nie bardzo mamy pomysł, jak z tej kabały wybrnąć, a nie starcza nam odwagi na całkowitą zmianę kursu, ogniskujemy społeczną emocję wokół grupy sceptyków, których połączymy w naszej retoryce w jedno z kompletnymi szurami, i skierujemy na nich niechęć reszty ludzi. Kwestia noszenia maseczek na powietrzu jest symbolem tej operacji. Na tych, którzy kwestionują jakikolwiek wymiar przyjętej przez rząd strategii, zwali się następnie winę za wszystko złe, co się wydarzy. Kto idzie bez maseczki po pustej nawet ulicy, ten mordercą i terrorystą. Przez niego umrą setki ludzi. 

Drugi plan to samoistnie już działająca społeczna emocja, napędzana panicznym, irracjonalnym strachem, mającym swoje źródło w zachwianiu przekonania, że świat jest bezpieczny. To, co kiedyś było naturalne – życie z nieustającym ryzykiem jego nagłej utraty – teraz okazuje się nie do zniesienia. Owocem tego są tak kuriozalne wypowiedzi jak prof. Mariana Zembali, w histerii pokrzykującego, że rząd powinien kontestatorów jego polityki zamykać w psychuszkach, albo ekonomisty z SGH Artura Bartoszewicza, wykrzykującego w byłym Programie Trzecim PR, że to terroryści i powinni być „zdejmowani z ulicy”. Od tego naprawdę już tylko krok do samosądów. 

Do tej pory, według oficjalnej statystyki, na COVID zmarło w Polsce trochę ponad 3100 osób. To, jako się rzekło, statystyka oficjalna, a ponieważ większości ofiar nie wykonuje się sekcji zwłok, więc można założyć, że ich liczba jest w rzeczywistości niższa, bo lekarze chętnie kwalifikują zmarłych jako covidowców z powodów finansowych. Ofiar „samego” COVID (czyli bez chorób współistniejących), było niedawno około 300. Być może dziś jest bliżej 400. 

Przy czym media – co oczywiste – pompują na potęgę każdy przypadek śmierci zwłaszcza kogoś młodego i przynajmniej oficjalnie zdrowego. Tak, każdy taki przypadek jest smutny, ale takie rzeczy po prostu się zdarzają. Przy każdej chorobie. Jeśli chcemy zobaczyć jej prawdziwy obraz, musimy sięgać po statystykę, a nie pojedyncze kazusy. A statystyka jasno pokazuje, że tego typu przypadki to przy COVID absolutny margines. 

Spróbujmy umieścić to w jakimś sensownym kontekście. W ubiegłym roku w wypadkach samochodowych zginęło w Polsce blisko 3 tys. osób – czyli tylko trochę mniej niż dotąd zmarło na COVID. Wyobraźmy sobie teraz, że każdy wypadek jest przez media raportowany tak jak śmierć na COVID. Czy wówczas spanikowani obywatele domagaliby się zmniejszenia dopuszczalnej prędkości na każdej drodze w Polsce do 40 km na godzinę, tak jak dziś domagają się noszenia maseczek na pustej ulicy czy polu? Czy wsiadając do samochodu, za każdym razem myślimy, że możemy zginąć – nie z własnej przecież również winy? Nie, bo zwariowalibyśmy. Przyjęliśmy i zaakceptowaliśmy, że takie ryzyko istnieje. Staramy się je zminimalizować, w większości przypadków instynktownie odnajdując racjonalną równowagę między sprawnością i szybkością przemieszczania się a bezpieczeństwem. Dlaczego identycznie nie możemy się zachowywać wobec koronawirusa?

Prawdopodobieństwo śmierci w wypadku lotniczym jest naprawdę niskie. Wynosi (2017 r.) 1 do 29 mln. Wyobraźmy sobie jednak, że ktoś, kto ma lecieć samolotem pierwszy raz, przed podróżą ogląda wszystkie 180 odcinków „Katastrofy w przestworzach”. Może zdoła wsiąść na pokład, ale chyba tylko z dużą butelką whisky pod pachą. Tak działa ludzka psychika. A to sytuacja bardzo podobna do tej z medialnymi relacjami dotyczącymi śmierci na COVID. 

Spójrzmy na medyczne zagrożenie, które zbiera w Polsce naprawdę gigantyczne żniwo: nowotwory. Na raka umiera w Polsce rocznie około 100 tys. osób, choruje – około 160 tys. Koronawirusem, według oficjalnej, z pewnością wielokrotnie zaniżonej statystyki, zakaziło się dotąd blisko 140 tys. osób, zmarły 3100. Jak ślepym trzeba być, żeby nie dostrzegać, jak drastycznie niższe są szanse przeżycia przy raku niż przy COVID? Przy tym nie ma tu żadnego znaczenia, że rakiem zakazić się nie można. W tym porównaniu nie jest to nijak istotne. A pamiętajmy, że mówimy tu o swego rodzaju grze o sumie zerowej: pacjenci onkologiczni, u których ryzyko śmierci jest wielokrotnie większe niż u zakażonych koronawirusem, zostali zepchnięci na margines, bo cały system przestawiono na epidemię. 

Wracając do kwestii ryzyka: czy ludzie na co dzień myślą o tym, że mogą zachorować na raka? Czy obsesyjnie pilnują zdrowego trybu życia, który zresztą i tak może im nic nie dać? Oczywiście – nie (choć pewnie są takie pojedyncze przypadki, ale kwalifikują się raczej do opieki psychiatrycznej), bo zwariowaliby. Tymczasem rak jest ryzykiem o wiele potężniejszym niż COVID. Nawet jeśli uwzględnimy, że na śmiertelność COVID ma wpływ właśnie ustawienie służby zdrowia pod jego kątem. 

Świat miał przed sobą dwie drogi działania wobec epidemii: podsycanie paniki i wyczekiwanie szczepionki niczym paruzji lub przejście na koronawirusem do porządku dziennego, oczywiście przy zapewnieniu, że ciężkie przypadki otrzymają pomoc, a najbardziej narażeni będą mieli komfort samoizolacji dzięki przyjętym rozwiązaniom. Polska drugi raz wybiera tę pierwszą drogę, a wypowiedzi przedstawicieli rządu o konieczności trwania ograniczeń do czasu wynalezienia szczepionki po prostu przerażają swoją bezmyślnością i oderwaniem od realiów. Drugą drogę wybrała Szwecja (aczkolwiek w sprawie opieki nad najbardziej narażonymi zachowała się mało empatycznie) czy USA na poziomie federalnym. Mam głębokie przekonanie, że konsekwencje naszego wyboru będą pod każdym względem fatalne. 

Ja sam żyję możliwie normalnie, spotykam się z ludźmi, podaję rękę, dłonie dezynfekuję możliwie często, noszę maseczkę w zamkniętych przestrzeniach – zachowuję zdrowy rozsądek, godząc się z naturalnym ryzykiem. W dodatku ze świadomością, że współczesny świat w innych sferach to ryzyko zminimalizował, w sumie zatem wychodzę na zero.