Bajeczka o niskich podatkach
Łukasz Warzecha 18.02.2020

Jednej zwłaszcza rzeczy organicznie nie cierpię i działa ona na mnie jak płachta na byka: gdy ktoś, a już zwłaszcza polityk, a już szczególnie polityk sprawujący władzę próbuje mnie ordynarnie robić w bambuko. W obozie rządzącym jest kilku delikwentów, którym to przychodzi wyjątkowo łatwo – ot, choćby wicepremier Jacek Sasin, który jest gotów mówić największe idiotyzmy z kamienną twarzą. Ale niewiele rzadziej zdarza się to premierowi Morawieckiemu.

 

Na konwencji wyborczej Andrzeja Dudy wicepremier Sasin nie przemawiał, ale premier niestety owszem. Szef rządu jako osiągnięcia prezydenta wyliczył wszystkie socjalne programy PiS, jednym tchem wymieniając na przykład 500 Plus i wyprawkę plus. O ile w sprawie tego pierwszego można się spierać i argumentować, że faktycznie jakieś pozytywne skutki miało (choć jakie i jak trwałe – to inna kwestia), to przecież to drugie było już tylko łapówką wyborczą, wprowadzoną przed ostatnimi wyborami samorządowymi. Wyprawka plus to zwykłe marnowanie publicznej kasy – kosztujące 3 miliardy złotych rocznie – którą można by znacznie lepiej wykorzystać choćby na programy wspierające najzdolniejszych uczniów w znacznie większej skali niż wąskie grono państwowych stypendystów. Ale to byłoby wbrew egalitarystycznej poetyce rządów PiS.

Pan premier z entuzjazmem pokrzykiwał też o „możliwie równym dzieleniu owoców wzrostu”, ale tego typu retoryka rodem z „Krytyki Politycznej” nie powinna przecież dziwić w wykonaniu partii stricte lewicowej. W pewnym jednak momencie bezczelność Mateusza Morawieckiego przekroczyła granicę tolerancji. Premier najpierw przypomniał, że Bronisław Komorowski podpisał podwyżkę podatku VAT z 22 na 23 proc. Nie wspomniał już jednak, że PiS obiecywał się z tej podwyżki – wówczas ogłaszanej jako tymczasowa – wycofać w 2016 roku, ale wyborców oszukał i 23 proc. zostało z nami na stałe. Już za sprawą ustawy, przedłużającej obowiązywanie tej stawki, przegłosowanej przez posłów PiS i podpisanej przez nikogo innego jak właśnie Andrzeja Dudę w 2018 r. Dalej pan premier stwierdził:

Andrzej Duda jest tym prezydentem, w czasie prezydentury którego podatki są najniższe w Polsce. […] Jest takie ćwiczenie, które nazywa się „Dzień Wolności Podatkowej”. Na kiedy on przypada, ten dzień. W czasach prezydentury pana Andrzeja Dudy ten dzień przypadł na 8 czerwca, co jest rekordem w III Rzeczpospolitej. To jest najlepszy dowód na to, że wszelkie głosy o podnoszeniu podatków są nieprawdziwe, bo to jest łączna miara wszystkich podatków, wszystkich obciążeń i ta miara wypada rekordowo pozytywnie dla pana prezydenta.

Możliwości są dwie: albo pan premier nie wie, o czym mówi i nie rozumie, jak konstruowany jest wskaźnik Dnia Wolności Podatkowej – a co więcej, nie wie, kiedy ten dzień przypadał w ostatnich latach; albo po prostu bezczelnie kłamie.

Tak się złożyło, że Mateusz Morawiecki wymienił tylko ostatni termin DWP – faktycznie 8 czerwca. I faktycznie – jest to jedna z najwcześniejszych dat w historii zestawienia. Zapomniał tylko dziwnym trafem wspomnieć, że rok wcześniej, w 2018 r., DWP wypadł już 6 czerwca. To znaczy, że w ciągu roku spadliśmy w tym rankingu o dwa dni. W 2015 r. był to natomiast 11 czerwca. W 2017 – 9 czerwca. Innymi słowy – obecny rezultat jest o 3 dni lepszy niż ten z końca rządów PO, a o 2 dni gorszy niż ten z poprzedniego roku.

Pan premier nie powiedział też prawdy, opisując, co oznacza DWP. Stwierdził bowiem, że to „suma wszystkich obciążeń”. Tymczasem termin DWP nie jest obliczany na podstawie sumy „wszystkich obciążeń” i w ogóle nie daje obrazu tego, jak fiskalnie są dociążone poszczególne grupy podatników. To uśredniony, ogólny wskaźnik, obliczany jako stosunek sumy wydatków sektora publicznego – a więc państwa, samorządów, rządowych funduszy celowych – do PKB. DWP nie oddaje zatem faktycznej sytuacji podatników. Nie mówi nam nic o tym, jak wiele państwo w podatkach bezpośrednich i pośrednich zabiera przedsiębiorcy, prowadzącemu małą firmę albo JDG, przedstawicielowi wolnego zawodu czy urzędnikowi na etacie. Przy dobrej dynamice PKB i spadku wydatków sektora publicznego DWP będzie się przesuwał w kierunku początku kalendarza; z kolei ruch w przeciwną stronę będzie wynikiem wzrostu wydatków państwa lub malejącej dynamiki PKB – i z tym właśnie mieliśmy do czynienia w 2019 roku. A przypominam, że nie uwzględniało to jeszcze np. 14. emerytury oraz nieuchronnego spowolnienia gospodarczego, czyli spadku wzrostu PKB.

DWP jako uśredniony wskaźnik, oparty na makroekonomicznych wartościach, nie uwzględnia na przykład obciążeń składkami ZUS osób, prowadzących działalność gospodarczą. Albo tego, że znaczna część podatników ma dziś mniejszą lub zerową kwotę wolną od podatku. Nie bierze także pod uwagę tego, jakie podatki pośrednie różne grupy podatników muszą płacić w związku ze swoimi życiowymi potrzebami. To dotyczy na przykład akcyzy na paliwa.

Już rząd PO przyczynił się do drastycznego zwiększenia fiskalizmu w postaci likwidacji ulg podatkowych i możliwości odliczeń. Ale rząd PiS poszedł jeszcze dalej. Oto tylko niektóre posunięcia.

Po pierwsze – utrzymanie zwiększonej stawki VAT. To zresztą ewidentne złamanie obietnicy wyborczej. Wyższy VAT (mowa o stawce podstawowej) od nas ma tylko 6 krajów UE. Niższy – aż 18. Nie zapominajmy, że wśród krajów z niższą stawką VAT jest wiele takich, gdzie siła nabywcza pieniądza i średnie dochody obywateli są o wiele wyższe niż w Polsce.

Po drugie – utrzymanie niezmienianych od ponad dekady progów podatkowych. Ostatni raz ich wysokość zmieniono w 2009 r., tyle że wtedy średnie wynagrodzenie ledwo przekraczało 3 tys. złotych, a dzisiaj to już ponad 5600 zł. Tymczasem próg podatkowy nadal tkwi na wysokości 85 tys. zł. To po prostu ukryta podwyżka podatków.

Po trzecie – oszustwo wyborcze z kwotą wolną. Oszustwo, można rzec, podwójne, bo idące i na konto prezydenta, który obiecywał kwotę wolną w wysokości 8 tys. zł dla wszystkich, i na konto Beaty Szydło, która wprost taką obietnicę złożyła już po wyborach, w swoim exposé, w dodatku zapewniając, że to rozwiązanie zostanie przez jej rząd wprowadzone w ciągu pierwszych stu dni. Stało się inaczej: wykonując wyrok TK, kwotę wolną podwyższono (maksymalnie do 8 tys. zł) jedynie dla najmniej zarabiających – od 8 tys. zł rocznego dochodu do 13 tys. mieści się między 8 tys. a wcześniejszą wartością 3091 zł. Między 13 tys. – czyli, jak łatwo policzyć, powyżej zaledwie 1083 zł dochodu miesięcznego – a pierwszym progiem podatkowym, czyli 85 tys. zł podatnicy nie dostali nic – kwota wolna do nadal 3091 zł. Powyżej 85 tys. – czyli zaledwie trochę ponad 7 tys. miesięcznie, co w większych miastach nie jest niczym nadzwyczajnym – kwota wolna się stopniowo zmniejsza, żeby od 127 tys. zł rocznie (czyli 10,5 tys. dochodu miesięcznie) zniknąć całkiem. Jest to najbardziej ordynarne oszustwo wyborcze, którego dopuścił się PiS.

Po czwarte – rosnące składki ZUS dla przedsiębiorców. Jako że składki są uzależnione od przeciętnego wynagrodzenia, w tym roku przedsiębiorcy muszą wyłożyć o ponad półtora tysiąca złotych rocznie więcej.

Po piąte – niezliczone opłaty i daniny, który rządzący za wszelką cenę nie chcą nazywać podatkami. Płacimy za torebki w sklepach (opłata recyklingowa), do paliwa dołożono nam opłatę emisyjną, od października 2020 wejdzie opłata mocowa, która powiększy kolejny raz rachunki za prąd, opłata jakościowa, pobierana przy obowiązkowych przeglądach samochodów, skutki zepsutego do reszty przez PiS systemu wywozu odpadów, co oznacza wielokrotnie wyższe rachunki, danina solidarnościowa, czyli populistyczny podatek dla „bogaczy”, którym PiS załatwiło sprawę niepełnosprawnych, podwyżka akcyzy za tytoń i alkohol. Szczególnie bezczelnym trzeba być, żeby o niskich podatkach mówić tuż po tym, jak Sejm uchwalił kolejne podatki: od słodzonych napojów i małych butelek alkoholi.

Poziom fiskalizmu, który osiągnął rząd PiS, nie ma precedensu w historii III RP. Tam zaś, gdzie obciążenia, zostały obniżone, mamy do czynienia z kombinowaniem, jak to zrobić, żeby korzyść dla podatnika była jak najmniejsza albo żeby objęło to jak najmniejszą liczbę podmiotów. Tak jest z obniżką CIT czy zerową stopą PIT (ale już nie ZUS) dla podatników do 26. roku życia. Cieszyć się trzeba oczywiście z każdego obniżenia haraczu, jaki ściąga od nas nienasycone socjalistyczne państwo. Ale trzeba też widzieć, jaki ma to wpływ na obywateli. Ostatnie wspomniane rozwiązanie – zerowy PIT dla młodych – jest wyjątkowo perfidny, bo premiuje tych, którzy szybko skończą naukę i zaczną pracować na etacie. Ci, którzy odbędą wyczerpujące i ambitne studia, po których zaczną pracować, zarabiając przyzwoite pieniądze, załapią się na rok ulgi albo wcale z niej nie skorzystają. Socjalistyczne państwo mówi im: „mamy was gdzieś, nie trzeba się było tyle uczyć”. Ale to pewnie „kombinatorzy”, „zgniłe elity” i „bogacze”, a tych władzuchna ma w głębokim poważaniu.

Bajki premiera, wicepremiera Sasina, posła Horały czy innych członków obozu władzy o tym, że podatki są w Polsce wyjątkowo niskie, świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze – o przekonaniu, że „ciemny lud to kupi”, jak powiedział klasyk. I faktycznie – ciemny lud kupuje. Zresztą rząd PiS nie jest pierwszym, który korzysta na dramatycznie niskiej świadomości ekonomicznej Polaków. Gdyby nie ona, populistyczna, janosikowa opowieść o odbieraniu złym ludziom i rozdawaniu ludziom dobrym nie miałaby szans się utrzymać.

Po drugie – i to jest może jakaś iskierka nadziei – pokazuje to, że jednak rządzący obawiają się poczucia, że nakładają na Polaków olbrzymi ciężar fiskalny, nawet jeśli nakładają go przede wszystkim na tych, którzy jeszcze są w stanie go dźwigać, a zarazem nie są ich głównym elektoratem, czyli na przedsiębiorców, przedstawicieli wolnych zawodów, zamożniejszych, lepiej wykształconych. Ich akurat brednie o wyjątkowo niskich podatkach mogą jedynie doprowadzać do wściekłości.