Baku – Ankara – Londyn czyli lekcja historii starożytnej
Jerzy Marek Nowakowski 01.12.2019

Słuchaczom wykładu na Uniwersytecie w Baku oczy otwierały się coraz szerzej. Oto prezydent Alijew oznajmił – ku zaskoczeniu zebranych – iż Azerbejdżan nie jest zainteresowany integracją z Europą. „Jesteśmy krajem ceniącym tradycję, a Europa znajduje się w kryzysie, nie respektując relacji pomiędzy mężczyznami i kobietami oraz zwalczając islam”. Fraza jakby wyjęta z typowej opowieści propagandy rosyjskiej o „geyropie”. Na koniec Alijew przypomniał, że Władimir Putin jest „numerem jeden wśród polityków światowych”.

 

Warto przypomnieć, że Azerbejdżan wciąż jeszcze jest uczestnikiem Partnerstwa Wschodniego, że władze Polski wpisały Azerbejdżan do grona priorytetowych partnerów gospodarczych a sam prezydent Alijew podkreśla, że jego strategicznym partnerem jest Turcja Erdogana. Niedawno zaś gościł u siebie szczyt państw turańskich z udziałem premiera Węgier.

Wiele wskazuje na to, że wokół przywódcy Rosji zaczyna powstawać międzynarodówka dyktatorów. Skoro Zachód coraz częściej zapomina o tym, ze jest przede wszystkim wspólnotą wartości, a jednocześnie nie ma ochoty na to by swoich interesów bronić siłą, to przywódcy o ciągotach autorytarnych zaczynają działać wspólnie, wykorzystując słabość świata zachodniego.

Wypowiedzi prezydenta Azerbejdżanu można oczywiście potraktować jako niesympatyczny folklor. Ale nie można tego samego powiedzieć o działaniach jego partnera i mentora prezydenta Erdogana. Tuż przed londyńskim szczytem NATO, który miał zatwierdzić nowe (i rozbudowane) plany ewentualnościowe dla państw naszego regionu, Turcy zgłosili veto. Zażądali by sojusznicy z NATO uznali prozachodnią partyzantkę kurdyjską YPG (Powszechne Jednostki Obrony) za organizację terrorystyczną.

Wygląda to na ciąg dalszy długiego sporu pomiędzy Turcją a zachodnią Europą i Stanami Zjednoczonymi. Sporu wynikającego ze zmiany priorytetów Ankary w dziedzinie polityki zagranicznej. A z drugiej strony ze zmiany modelu władzy. Turcja przez całe dziesięciolecia była dla partnerów z NATO nadzieją. Nadzieją na to, że we współpracy z Sojuszem Atlantyckim i Unią Europejską powstaje modelowa demokracja muzułmańska. Jeszcze kilka lat temu analitycy określali Partię Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) prezydenta Erdogana mianem „islamskiej chadecji”. Starano się bardzo długo nie dostrzegać narastających tendencji autorytarnych i ograniczania demokracji w Turcji. Co tylko zachęcało Erdogana do kolejnych obrotów „przykręcanej śruby”. Niewątpliwie momentem przełomowym stał się nieudany zamach stanu w roku 2016. Turecki prezydent – choć nie wypowiadał tego publicznie – podejrzewał o jego organizację Amerykanów. I postanowił zdecydowanie rozluźnić więzy z Zachodem oraz utwardzić politykę wewnętrzną.

Kolejne ograniczenia wolności obywatelskich, flirt z Rosją, straszenie zalaniem Europy falą uchodźców, coraz ostrzejsze interwencje w Syrii. Wszystko to nie wywoływało ostrzejszej reakcji. Ankara świadoma tego, że posiadając klucze strategiczne zarówno do akwenu Morza Czarnego, jak do Środkowego Wschodu może pozwolić sobie na więcej, testowała wytrzymałość sojuszników.

Erdogan zapomniał jednak, że Turcja jest uzależniona gospodarczo od Zachodu a strategicznie od USA. Bez zachodnich kapitałów gospodarka turecka w krótkim czasie się zawali. Potrzebuje co najmniej 20 miliardów dolarów rocznie. Z kolei zakup rosyjskich rakiet S-400 zagroził zakupowi i produkcji myśliwców F-35. A to nie tylko technologie i zarobek dla kilkudziesięciu firm tureckich zaangażowanych w produkcję myśliwca. To również kłopot z wymianą sprzętu (Turcy mieli kupić ponad sto F-35) i wreszcie utrata potencjalnie ogromnych korzyści z bycia technologicznym centrum prowadzącym remonty tych maszyn w skali całej Europy.

Ostra reakcja USA na zakup rosyjskich rakiet i na polityczny flirt z Putinem zdawała się uświadamiać Turcji pewne ograniczenia w stawianiu żądań i w samodzielnym rozgrywaniu spraw na Bliskim Wschodzie. Po wizycie w Waszyngtonie pojawił się przeciek medialny, że Turcja przekazała rakiety S-400 do zbadanie przez amerykańskich specjalistów w zamian uzyskując odblokowanie sprzedaży myśliwców. Oficjalnie nikt tego nie potwierdził ani temu nie zaprzeczył. Natomiast z Moskwy odezwały się pomruki niezadowolenia.

Kilka dni później Turcy zapowiedzieli blokowanie modyfikacji planów ewentualnościowych NATO dotyczących wschodniej flanki Sojuszu. Pytanie brzmi, czy chodzi o to, by uzyskać wolną rękę w Syrii – bo uznanie wojsk YPG za organizację terrorystyczną oznaczałoby wyjątkowo obrzydliwe porzucenie dotychczasowego sojusznika i przyzwolenie na jeszcze brutalniejsze niż dotąd działania armii tureckiej przeciwko Kurdom, czy też chodzi o gest pod adresem Moskwy, wskazujący, że Turcja pozostaje względnie lojalna wobec Putina.

Przypomnijmy, że plany ewentualnościowe to po prostu plan działań wojskowych na wypadek ataku. Jest to rzecz absolutnie niezbędna w wypadku realnego zagrożenia wojennego, bo w razie wojny modyfikowanie planów działania jest praktycznie niemożliwe. Stworzenie takiego planu dla Państw Bałtyckich jest oczywistą konsekwencją zwiększenia zaangażowania Sojuszu na tym obszarze. W przeciwnym wypadku amerykańskie czołgi czy kanadyjskie samoloty na Łotwie lub w Estonii będą tylko ładnymi zabawkami, kompletnie bezużytecznymi w czasie wojny.

Turcja kolejnymi działaniami wyraźnie osłabia spoistość NATO i wzajemne zaufanie wśród sojuszników. Walcząc o dominację na Bliskim Wschodzie zdaje się postrzegać Zachód jako rywala i zagrożenie a nie starego i wypróbowanego sojusznika. Jest to szczególnie przykre wówczas, gdy państwa Europy Środkowej zabiegały o to, by kolejne naruszenia przez Turcję praw człowieka czy solidarności NATO były traktowane wyrozumiale.

Warto pamiętać, że Ankara wciąż jeszcze zachowuje elementy systemu demokratycznego (przykładem wybory na mera Stambułu), wciąż definiuje się jako część świata zachodniego, ale ewolucja tureckiej polityki i tureckiej rzeczywistości społecznej jest co najmniej niepokojąca.

Obawiam się, że Turcja tak czy inaczej będzie coraz mniej pewnym ogniwem NATO. A w połączeniu z zapowiedziami prezydenta Trumpa, iż USA zamierzają ograniczyć finansowanie Paktu może to oznaczać, ze wypowiedzi prezydenta Macrona o „śmierci klinicznej” Sojuszu nie były wcale przesadzone. NATO stoi przed pilnym zadaniem potwierdzenia swojej tożsamości jako sojuszu wartości. Szczyt w Londynie, który miał być szczytem technicznym staje się nagle wydarzeniem wyjątkowo ważnym.

Rosja mając świadomość, że jest wobec Chin i Stanów Zjednoczonych partnerem słabszym, że jej jedynym argumentem jest siła wojskowa, podjęła gigantyczną ofensywę dyplomatyczną. Doskonale widać to na Kaukazie i Środkowym Wschodzie, obszarach tradycyjnie lekceważonych przez polskich polityków. Widać także w coraz skuteczniejszym podporządkowywaniu sobie Białorusi. Przyznam, że z poczuciem schadenfreude czytam kolejne amerykańskie raporty wskazujące na potrzebę wspierania ułomnej, ale faktycznej białoruskiej niepodległości. Nie wiem jednak czy nie jest już za późno. Tak jak w wypadku Armenii, która została niemal w całości połknięta przez Rosję. O ile w Londynie nie potrafimy dojść do porozumienia co do aktywnej i solidarnej polityki całego Zachodu to może się okazać, że świat euroatlantycki dominujący od kilku stuleci w polityce globalnej podzieli los imperium rzymskiego. O ile bowiem współcześni historycy dość precyzyjnie określają datę końca Rzymu o tyle ówcześni mieszkańcy Imperium tego upadku nie zauważyli. A dokładniej zauważali, że dzieje się źle. Ale woleli żyć wygodnie w podzielonym Imperium pod władzą barbarzyńców niż podjąć wysiłek obrony swoich wartości. O których zresztą zdążyli zapomnieć.