Bałtycki slalom
Jerzy Marek Nowakowski 13.05.2019

Powierzchowna analiza wyników wyborczych z Litwy i Estonii, oraz przewidywanych rezultatów wyborów prezydenckich na Łotwie wskazuje, że Kraje Bałtyckie skręcają w prawo. Po bliższym przyjrzeniu się wygląda to jednak na slalom, z dość nieoczekiwanymi zwrotami akcji. Zaczęli Estończycy. Długi kryzys polityczny w 2016 r. po zakończeniu kadencji charyzmatycznego Toomasa Hendrika Ilvesa, kiedy parlament nie był w stanie przez trzy miesiące wybrać jego następcy zakończył się sukcesem mało znanej Kersti Kajluaid. Z kolei po ostatnich wyborach powstała dość egzotyczna koalicja Partii Centrum (socjalliberalnej) i Konserwatywnej Partii Ludowej (EKRE) jawnie eurosceptycznej. Zabawne, że dwie główne siły koalicji wykrystalizowały się podczas konfliktu o pomnik tzw. Brązowego Żołnierza. Popierana przez Rosjan Partia Centrum go broniła a Estoński Ruch Patriotyczny, z którego wyrosła EKRE, żądał jego usunięcia. Jak widać udział we władzy adwersarzy pogodził.

 

Kłopot w tym, że rządy partii otwarcie eurosceptycznej i partii wspieranej przez Rosjan w kraju położonym niemal na przedmieściach Petersburga i będącym dotychczas liderem przemian w regionie Bałtyku wyglądają co najmniej oryginalnie. 18% głosów na antyeuropejskich nacjonalistów dowodzi wewnętrznego kryzysu i dezorientacji społeczeństwa.
Podobnie slalomem poruszają się Łotysze. Najnowsze badanie opinii publicznej przeprowadzone przez firmę SKDS wskazują, że dla 36% mieszkańców najlepszym wyborem politycznym dla Łotwy byłaby neutralność, dla 27% lepszym wyborem wydaje się pogłębienie integracji europejskiej a dla niewielu mniej – bo dla 24% sojusz z Rosją Putina. Krótko mówiąc sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana niż w Estonii, bo przecież zwolennicy neutralności i wzmacniania suwerenności to lokalni eurosceptycy, albo łagodni zwolennicy opcji rosyjskiej. A z drugiej strony mamy nadchodzące wybory prezydenckie, w których faworytem zdaje się być Egil Lewits syn dysydenta z czasów sowieckich, współautor łotewskiej konstytucji (w tym jej preambuły i zapisów o narodzie łotewskim) i twardy zwolennik polityki nacjonalistycznej ale zorientowanej na Zachód. Lewits, którego rodzina ze strony ojca była wymordowana w czasie Holocaustu deklaruje, że czuje się stuprocentowym Łotyszem. Ale dzięki temu, że wybory prezydenckie na Łotwie są kompetencja parlamentu to może liczyć na większościowe poparcie. Choć, jak podkreślają lokalni eksperci bardzo wiele będzie zależało od wyników wyborów do Parlamentu Europejskiego, bo te wskażą jakie są tendencje wśród Łotyszy. Usunięcie popularnego mera Rygi i lidera łotewskich Rosjan Nila Uszakowsa pod zarzutem korupcji było zagraniem va banque. Uszakows przewodzi liście prorosyjskiej partii „Zgoda”. Jeżeli odniesie sukces cała łotewska konstrukcja polityczna może się zachwiać.

Wybory europejskie odegrają również dość kluczową rolę w walce o prezydenturę na Litwie. Tutaj podobnie jak w Polsce prezydent wybierany jest w wyborach powszechnych. Pierwsza tura wyborów – 12 maja przyniosła sukces prawicy.
Bardzo dobry wynik wyborczy Ingridy Szimoniete z partii chadecko – konserwatywnej, która minimalnie wyprzedziła faworyta sondaży Gintansa Nausjedę (też identyfikowanego jako kandydat centrowy z lekkim skrzywieniem na prawo) i porażka urzędującego premiera Skvernialisa wywodzącego się z centrolewicy dowodzą, że sympatie polityczne Litwinów przesuwają się w stronę środowisk narodowych.

Była minister finansów (w rządzie konserwatystów), reprezentująca pokolenie czterdziestolatków, dorastających już w niepodległej Litwie wygrała zdecydowanie w dużych miastach: Wilnie, Kownie i Poniewieżu oraz wśród emigracji (ponad 50% głosów). Nausjeda, bankowiec i doradca byłego prezydenta Valdasa Adamkusa wygrał na prowincji. Ale różnica pomiędzy dwojgiem kandydatów, którzy weszli do drugiej tury wyborów (odbędzie się ona razem z wyborami do Europarlamentu 26 maja) jest minimalna. W opinii ekspertów faworytem wyścigu po prezydenturę jest Nausjeda. Tyle, że sondaże dawały mu również wyraźne zwycięstwo 12 maja.

Ingridzie Szymoniete sprzyjają dwa czynniki. Połączenie wyborów europejskich i drugiej tury walki o prezydenturę wzmacnia kandydaturę partyjną. Poparcie „Związku Ojczyzna” będącego sondażowym faworytem w eurowyborach to punkt na korzyść kandydatki tej partii. Podobnie nieformalne poparcie odchodzącej prezydent, Dalii Grybauskaite może pomóc byłej minister w walce o najwyższy urząd w państwie. Kiedy obecna Pani Prezydent oznajmiła, że nie zamierza oddawać głosu w referendum dotyczącym zmniejszenia liczby parlamentarzystów (ze 141 do 121), a zorganizowanym równolegle z wyborami, prawie 10 procent wyborców posłuchało tego apelu. Na korzyść Nausjedy przemawia z kolei fakt, iż większość przegranych kandydatów – łącznie z liderem mniejszości polskiej W. Tomaszewskim – prezentowała programy o bardziej lewicowym wyrazie. A z dwójki kandydatów właśnie Nausjeda adresuje swój program do wyborców centrowych i lewicowych.

Wszystko wskazuje na to, że podobnie jak w pierwszej turze, różnica pomiędzy kandydatami będzie bardzo niewielka. Ale konsekwencje wyboru jednego z nich mogą być istotne. Dalia Grybauskaite wzmocniła urząd prezydencki najbardziej jak się dało w ramach istniejącej konstytucji. Nie bez racji oskarżano ja wręcz o „rozpychanie się” w ramach konstytucji. Urząd prezydencki całkowicie kontrolował politykę zagraniczną i obronną państwa. Pani Grybauskaite potrafiła upokarzać nielubianych ministrów odpytując ich ze znajomości angielskiego, i blokując niektóre kandydatury. Nowy prezydent będzie musiał zderzyć się z próbami odwojowania części kompetencji przez rząd i parlament. Na pewno łatwiej byłoby obronić silną prezydenturę Ingridzie Szymoniete, dysponującej silnym zapleczem partyjnym. Bezpartyjny i nie mający doświadczenia politycznego Nausjeda najprawdopodobniej będzie zmuszony do rezygnacji z części uprawnień, które wywalczyła sobie Dalia Grybauskaite.

Wiadomo już, że Litwa będzie miała nie tylko nowego prezydenta ale również premiera. Pokonany w I turze Szaulus Skvernialis potwierdził, iż poda się do dymisji po II turze wyborów. Wprawdzie wyraził nadzieję, że rządząca obecnie centrolewicowa koalicja zdoła sformować nowy gabinet, ale nie jest to wcale oczywiste. O ile partia chłopska i socjaliści tworzący obecną koalicję przegrają wybory europejskie to bardzo prawdopodobne są przedterminowe wybory parlamentarne, których faworytem jest „Ojczyzna”.

Wypada pamiętać, że sukces partii założonej przez legendarnego przywódcę walki o niepodległość Vytautasa Landsbergisa, może oznaczać kłopoty w relacjach litewsko-polskich. Szczególnie, że poparty przez ok 4% wyborców Waldemar Tomaszewski (szóste miejsce w wyścigu prezydenckim) głosił program w istocie prorosyjski. To paradoks, ale Tomaszewski jako jedyny kandydat zapytany o pierwszą wizytę zagraniczną po ewentualnym zwycięstwie wskazał Białoruś Łukaszenki. (Wszyscy pozostali wymienili Warszawę).

Polityka litewskich konserwatystów wobec mniejszości polskiej jest dużo bardziej – dyplomatycznie mówiąc – asertywna, niż lewicy. Wprawdzie obecny rząd RP jest zmuszony do mocno ustępliwej polityki wobec Litwy, bo Bałtowie gwarantują nam, że nie zostanie zebrana w Radzie Europejskiej większość zdolna do uruchomienia przeciwko Polsce procedur art. 7 Traktatu UE, ale zaostrzenie polityki mniejszościowej na Litwie może doprowadzić do kolejnej fazy ochłodzenia. A przy bardzo wyrównanej walce wyborczej, pozyskanie elektoratu antypolskiego ( 10 – 12 % zwolenników prawicy), może mieć kluczowe znaczenie.
W wyborach prezydenckich wzięło udział nieco mniej niż 57 % uprawnionych do głosowania. Na emigracji zagłosowało zaledwie 35 tysięcy Litwinów. To zaś oznacza, że politycy muszą skupić się na mobilizacji swoich zdeterminowanych elektoratów, które przesądzą o wynikach wyborów. A z kolei poziom poparcia wyznaczy polityczną legitymację do podejmowania bardziej odważnych inicjatyw. Odrzucenie zmian w konstytucji – odbyły się referenda dotyczące zmiany prawa o podwójnym obywatelstwie i o zmniejszeniu liczby posłów, oba nieważne ze względu na udział mniej niż połowy uprawnionych – wskazuje na to, że aktywni politycznie Litwini nie życzą sobie zmian o charakterze ustrojowym, nawet tak populistycznie nośnych jak ograniczenie liczebności Sejmasa. Generalnie zaś społeczeństwo jest względnie bierne i zmęczone polityką.

Litwa, która podczas prezydentury Dalii Grybauskaite zajęła rolę lidera europejskiej polityki wschodniej, która w miejsce Polski traktowana jest jako unijny ekspert do spraw Wschodu wydaje się wchodzić w fazę polityki mniej dynamicznej, aczkolwiek podobnej co do kierunku, do polityki obecnej. Szansą dla Wilna wydaje się bardzo prawdopodobny awans odchodzącej Pani Prezydent. Wiele wskazuje, że przy poparciu Angeli Merkel – prywatnie bardzo lubiącej p. Grybauskaite – odchodząca prezydent Litwy może zastąpić Donalda Tuska na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej lub zostać szefową Komisji Europejskiej. To zaś dawałoby Litwie narzędzia do kontynuowania swojej obecnej aktywności wobec Wschodu.

Państwa Bałtyckie nie mogą spać spokojnie. Pobieżna nawet analiza polityki rosyjskiej wskazuje, że Władimir Putin ma kłopoty. A dotychczas lekarstwem na kłopoty władcy Rosji była „mała zwycięska wojenka”. Z Czeczenią, potem z Gruzją i wreszcie z Ukrainą. Teraz zdaje się, że lokator Kremla ma ochotę połknąć Białoruś. Ale Aleksander Łukaszenka jest politykiem sprytnym i sprawnym. Jeżeli nie uda się spektakularny anschluss Białorusi może się okazać, że potrzebna będzie jakaś akcja w regionie Bałtyku. Ryzyko jest duże, ale przed zaborem Krymu eksperci także uważali, że taki scenariusz jest niemożliwy.

Tak czy inaczej Bałtowie powinni „trzymać się mocno”, a wygląda na to, że kolejne zakręty slalomu uprawianego przez społeczeństwa bałtyckie są coraz bardziej ryzykowne.