Beata na prezydenta
Jerzy Wysocki 28.05.2019

Wiem, przeczytaliście już 63 analizy powyborcze, obejrzeliście w TV polityków, socjologów i dziennikarzy snujących polityczne rozważania w dowolnym kierunku. Wszystko już zostało powiedziane. Jedni upili się ze szczęścia, drudzy z rozpaczy, trzeci dla zasady. Jeśli macie jeszcze siłę przeczytajcie ten tekst. Tego wątku chyba nikt nie poruszył.

 

Otóż kandydatem Prawa i Sprawiedliwości z przyległościami w wyborach prezydenckich będzie Beata Szydło. Jak to? Od razu uprzedzam, nie mam żadnej tajemnej wiedzy, nie wszedłem też w posiadanie poufnych badań opinii publicznej w tej sprawie. Zwykła intuicja, poparta skromnym doświadczeniem obserwatora sceny politycznej. A jeśli ktoś woli, to tylko włożenie kija w mrowisko. Jeśli moja prognoza się sprawdzi, nowa pani prezydent stawia mi flaszkę prosecco, a nawet karton owego trunku. Order już mam, więc dziękuję. 

Pani Beata Szydło uzyskała w eurowyborach rekordowy wynik: 525 8811 głosów w okręgu małopolsko-świętokrzyskim. Podobno jeden z najlepszych wyników w UE (sprawdźcie sobie sami). Zdaniem Andrzeja Piaseckiego, politologa z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, to efekt kilku zjawisk. – Beata Szydło była pierwszy premierem po „dobrej zmianie” i kojarzy się Polakom najmocniej – poza Jarosławem Kaczyńskim – z 500 plus i innymi programami społecznymi rządu. Jej wizerunek – matki Polki – jest dla Polski lokalnej doskonale przyswajalny. Myślę, że to, iż przestała być premierem też jej pomogło. Spora część jej zwolenników odebrała to jako krzywdę, a takie wrażenie wywołuje chęć wsparcia dla poszkodowanego.

Profesor ma rację. Tym bardziej, że wybory prezydenckie wygrywa się w Polsce lokalnej, o ile ta pójdzie na wybory. A jak się w niedzielę przekonaliśmy, pójdzie… i odda głos na panią Beatę z sąsiedztwa. Nie wiemy czy pani premier wygra z kandydatem kombajnu zbożowego, wehikułu skleconego przez opozycję. Ale do zawodów przystąpi. Tak zdecyduje kingmaker Jarosław Kaczyński. Swoją drogą warto przy okazji przypomnieć jego personalne kreacje (Lech Wałęsa i Andrzej Duda na prezydenta, Jan Olszewski, Kazimierz Marcinkiewicz, Mateusz Morawiecki a wcześniej właśnie Beata Szydło na premiera). 

No dobrze, ale skąd ten niewypowiedziany przez nikogo pomysł? To proste i logiczne, choć polityka często z logiką nie ma za wiele wspólnego. Otóż dla prezesa zwanego naczelnikiem to optymalne rozwiązanie. Co prawda Andrzej Duda ma dobre notowania i z sondaży wynika, że wygra z Tuskiem, to obecny prezydent stanowi zagrożenie. A zagrożenie Kaczyński wycina, o czy wielu się już przekonało. Andrzej Duda wygrywając drugą kadencję staje się z automatu prezydentem niezależnym. Trzeciej kadencji nie ma, więc buduje własną ponadpartyjną pozycję, by zapisać się w historii jako mąż stanu, a nie nominat prezesa. Ten nie ma już nad nim żadnej kontroli, nic czym może go postawić na baczność. Może co najwyżej zabiegać o względy, ale to nie świat Kaczyńskiego. I nic w tym dziwnego.

Przywrócona do łask Beata Szydło, już z europejskim sznytem, nie tylko wnosi świeżą zmianę, ale jest pod kontrolą. Andrzej Duda przełknie wolę prezesa. Na otarcie łez ten załatwi mu coś w Brukseli. Przeciwko naszej Beacie nie wystartuje. Do tego trzeba fantazji a przede wszystkim pieniędzy. A te ma naczelnik, kingmaker, biznesmen Kaczyński. Gratulacje pani Beato.